umkol 01

Stało się! 10 listopada, po burzliwym okresie mniej lub bardziej publicznych utarczek, dostaliśmy w końcu długo oczekiwaną umowę koalicyjną. Jak można się było spodziewać, jest to arcydzieło – przede wszystkim literackie. Bądźmy szczerzy – nie jest łatwo stworzyć taki dokument (ok. 3 tys. słów) i nie powiedzieć w zasadzie nic! Tuż obok niedawnego pokonania „dyktatury” i „faszyzmu” wolnymi wyborami jest to kolejny z niezwykłych fenomenów polskiej polityki XXI w. Okazuje się, że do „posprzątania po PiS-ie” wystarczy zaledwie kilka okrągłych fraz. Ale teraz ten bojowy manifest, niewart papieru, na którym go napisano, czeka próba ognia. Trudno będzie powstrzymać pożar przy tak płomiennych deklaracjach!

Rzeczywistą wartością tej umowy i całego krzyku wokół tego, co się w niej powinno, a co nie powinno znaleźć, jest jednak niezaprzeczalna jasność jej prawdziwego fundamentu, którym jest po prostu – „nie liczcie na zmiany”. Odbiorcą tej niezbyt zaskakującej wiadomości jest rzecz jasna klasa pracująca i młodzież – a więc zdecydowana większość społeczeństwa.

Przyjrzyjmy się teraz temu planowi dalszego ograbiania robotników z owoców ich pracy, jaki szykują nam uśmiechnięte panie i panowie błagający pana prezydenta o prawo do stworzenia swojego kryzysowego rządu.

Uroczyście przysięgam…

Zobowiązujemy się wspólnie pracować na rzecz poprawy poziomu życia i poczucia bezpieczeństwa obywatelek i obywateli naszego kraju jako nowoczesnego narodu w sercu Europy, przyjaznego sąsiadom podzielającym nasze wartości, w poszanowaniu tradycji i wartości wywodzących się z naszej kultury i historii.

Ktokolwiek wierzy w te słowa padające z ust polityków tak zasłużonych dla „poprawy poziomu życia” jak Donald Tusk, niech sięgnie do historii – i to całkiem niedawnej. Młodzież nie zapomniała ekipie „mniejszego zła” zepchnięcia całego pokolenia na śmieciowe warunki zatrudnienia – ale za to z drogimi czynszami. Najwyższą cenę za walkę z tym barbarzyństwem zapłaciła Jolanta Brzeska. Ale czym jest dla kapitalistów śmierć jednej kobiety w obliczu ogromnych zysków z wynajmu mieszkań! Nie jest to bynajmniej rzeczywistość stworzona przez PiS, choć, jak na kapitalistycznego brata komitywy Tuska przystało, dochował on wierności swoim panom i wiele w tej sprawie nie zrobił.

Jednak im dalej, tym śmieszniej:

Pragniemy podziękować wszystkim wyborcom, którzy 15 października 2023 roku w niespotykanej dotąd liczbie stawili się przy urnach. To wspaniałe święto polskiej demokracji nie byłoby możliwe, gdyby nie wielka aktywność społeczeństwa obywatelskiego w ostatnich latach, którą strony Koalicji uważają za wielkie zobowiązanie.
[…]
W sprawach programowych nieuwzględnionych w niniejszej umowie, strony Koalicji zgodnie postanawiają, że mając na względzie interes Polski, będą prowadzić przyjazny dialog, by wypracowywać wspólne stanowiska i projekty aktów prawnych. Dialog ten będzie prowadzony pomiędzy partiami tworzącymi Koalicję, ale też z szerokim uwzględnieniem głosu społecznego. 

Niezłe to „święto demokracji”, podczas którego wyższa frekwencja, w połączeniu z moralnym szantażem ze strony klasy posiadającej, poskutkowała odpływem wyborców z tanich podróbek liberałów do ich prawdziwego przedstawiciela, czyli KO. To nie demokracja wygrała, lecz prawo silniejszego, prawo posiadacza, prawo medialnej propagandy i wywoływania powszechnego wstydu u tych, którzy wcale z entuzjazmem się do żadnej z opcji nie odnosili.

Teraz zarówno PiS, jak i koalicja odtrąbiły sukces, a w Sejmie mamy obecnie próby „uzdrawiania” struktur politycznych przez obsadzanie „swoimi” – tyle, że z drugiej opcji. Lekcja jest z tego jedna – niezależnie od tego, która z burżuazyjnych frakcji będzie rządzić, „deptanie demokracji” będzie na porządku dziennym. W państwie kapitalistycznym demokracja dotyczy tylko i wyłącznie klasy posiadającej, a nam zostaje wybór tego, który z przedstawicieli kapitału będzie nas oficjalnie wyzyskiwał. Kto tego nie zrozumie, ten co cztery lata będzie zdziwiony.

Prawdziwą demokracją może być tylko system, w którym organy władzy robotniczej – reprezentujące nie garstkę posiadaczy, lecz masy, znakomitą większość społeczeństwa – aktywnie uczestniczą w życiu gospodarczym, politycznym i kulturowym. W każdym innym sensie „demokracja” jest zwykłym pustosłowiem – niezależnie, ile razy się o niej wspomni na mównicy sejmowej czy w propagandowej gazetce wielkiego kapitału. A być może politykom PO chodziło o referendum? Ale przecież jest ono tylko pisowskim skokiem na wynik wyborczy! Niech nam teraz uczeni panowie i panie tłumaczą, jak to teraz wszystko będzie inaczej, a nasz „głos społeczny” będzie „szeroko uwzględniany”. Przekonamy się o tym przy pierwszym lepszym strajku. Kolejny raz okaże się, że dla polityków „społeczeństwo” to ten, kto płaci – a więc wyłącznie ten czy inny burżuj.

To chyba wszystko, jeśli chodzi o niezwykle „wiarygodne” zapewnienia. Zobaczmy, jak teraz prezentują się „konkrety”.

Wschodnia flanka NATO

Po tradycyjnym już postraszeniu Rosją (czemu by nie, pomysł może i stary, ale jakże przez wszystkich „demokratów” uwielbiany!), mamy prawdziwą petardę:

Będziemy konsekwentnie stać na straży polskich interesów prowadząc jasną i obliczalną politykę zagraniczną, czytelną dla przyjaciół i odstraszającą dla wrogów naszego państwa. Polskie bezpieczeństwo oprzemy na trzech filarach: odbudowie wspólnoty narodowej, umocnieniu pozycji w Unii Europejskiej i Sojuszu Północnoatlantyckim oraz wzmocnionej armii – sprawnie dowodzonej i wyposażonej w nowoczesny sprzęt.

Zastanówmy się dobrze – co znaczą tu „polskie interesy”? Czy w interesie polskiego robotnika jest zaangażowanie polskich wojsk w Iraku czy Afganistanie? Czy w interesie studenta i ucznia jest obecność amerykańskich i natowskich wojsk na terenie kraju? A może przydadzą się nam jakoś miliardy złotych, które topi się w ramach zakupach militarnych, zamiast wspomóc upadający system ochrony zdrowia czy edukację?

Jedynym „wrogiem naszego państwa”, do którego te siły będą mogły być zmobilizowane, to polscy robotnicy. Bo i „polskie interesy” trzeba rozumieć nie inaczej, jak interesy polskiej burżuazji – jako sojuszniczki kapitalizmu europejskiego i amerykańskiego. Prawdziwe spełnienie tego postulatu oznaczałoby odrzucenie kapitalistycznej logiki marnowania pieniędzy na imperialistyczne wojny i zapewnienie prawdziwego bezpieczeństwa – gwarancji zatrudnienia, niezachwianej obrony prawa pracy, masowej walki z bezdomnością i galopującym zubożeniem oraz zahamowania wzrostu cen podstawowych produktów czy mieszkań. Ale na to wszystko przecież „nie ma pieniędzy” – i nic dziwnego, bo kapitalizm nie zamierza wspierać sektorów, z których szybkich zysków dla nielicznych uzyskać się nie da. I nie zmieni tej logiki inne logo rządzącej partii.

Ale wojsko to nie wszystko! Okazuje się, że koalicja romansuje z ideą dozbrojenia całego społeczeństwa.

W trosce o bezpieczeństwo obywatelek i obywateli będziemy także dążyć do odbudowy obrony cywilnej.

Jaśniej się chyba nie da – PiS miał „faszystowską” obronę cywilną w postaci „prywatnych bojówek Macierewicza”, ale proponowana przez koalicję forma „obrony” będzie znacznie lepsza, „europejska” i „demokratyczna”. Podobnie jest z pomysłem na zastąpienie Straży Granicznej europejskim Frontexem. Być może rozbijanie demonstracji lub strzelanie do biednych w podlaskim lesie będzie od teraz wykonywane w lepszym stylu? Tylko na taką „poprawę” możemy liczyć ze strony obecnej koalicji. Jak jednak zapewnić, że „obrona cywilna” będzie sumiennie spełniać swoje zadanie obrony interesów kapitału? O to niech się martwią autorzy tej genialnej propozycji.

Kon-sty-tu-cja!

Jeżeli czegoś nauczyła nas działalność koalicjantów w czasie opozycyjnej „walki z dyktaturą”, to z pewnością tego, że nawet w ogniu ogromnych społecznych niepokojów – strajku kobiet, nauczycieli, pracowników ochrony zdrowia – nie wahała się ona z gracją rozsierdzonego jaskiniowca w filharmonii pełną piersią krzyczeć o „wolnych sądach” i „konstytucji”. Jak widać ta oderwana od wszelkiej rzeczywistości legalistyczna miłość nie słabnie:

Sądy będą wolne od nacisków politycznych, prokuratura będzie niezależna i apolityczna. Zapewnimy legalność funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości i sądownictwa konstytucyjnego. Dołożymy wszelkich starań, aby przywrócić konstytucyjny i apolityczny kształt Krajowej Rady Sądownictwa i Sądu Najwyższego.
[…]
Przywrócimy bezstronność i autorytet innych organów państwa zmienionych w ostatnich latach w partyjne przybudówki. Odbudujemy służbę cywilną oraz przeprowadzimy reformę procesu legislacyjnego, otwierając go na szerokie konsultacje społeczne. 

Powiedzmy sobie jasno – żaden z elementów państwa burżuazyjnego nie może być „niezależny i apolityczny”, bo zawsze będzie związany z klasą panującą, klasą kapitalistów. Ale w bardzo „wymyślnym” języku koalicjantów przymiotnik „apolityczny” trzeba rozumieć po prostu jako „kapitalistyczny” – niczego nie zmienia fakt, że do głosu dojdzie nieco inna grupa kapitalistów, z nieco innym szyldem.

Mit „pisowskiej” policji, sądów i prokuratury jest zwykłą bajką – wystarczy spytać każdego, kogo „przedpisowska” machina sądownicza pozbawiła godnego życia. Cały aparat, ustrój i prawo było, jest i będzie przesiąknięte kapitalistycznym interesem – tak długo, jak istnieje sam kapitalizm.

„Wolne sądy”? Oczywiście – na podstawie bezkompromisowej walki z panowaniem kapitalistycznego wyzysku, tylko i wyłącznie w ramach gospodarki uspołecznionej. To byt tworzy świadomość – a dopóki żyjemy w gnijącym kapitalizmie, dopóty, nawet „dokładając wszelkich starań” i z „otwarciem na szerokie konsultacje społeczne”, prawo będzie podyktowane logiką burżuazji i tylko jej przychylne.

Marchewka czy kij?

Strony Koalicji potwierdzają pilną potrzebę podwyżek dla nauczycieli, pracowników służby publicznej, w tym administracji, sądów i prokuratury. Niskie zarobki wypychają z zawodu ludzi zapewniających ciągłość działania naszego państwa oraz edukację dzieci i młodzieży. Powstrzymamy i odwrócimy ten proces. Stosowne akty prawne zapewniające podwyżki zostaną przedłożone w ciągu pierwszych stu dni rządów.
[…]
Koalicja chce zdecydowanej poprawy jakości i dostępności systemu ochrony zdrowia. Podniesiemy nakłady na ochronę zdrowia. Zniesiemy limity na leczenie przez NFZ. Wprowadzimy mechanizmy oddłużania szpitali i urealnimy wycenę świadczeń zdrowotnych. Zapewnimy powszechną i dostępną pomoc psychologiczną i psychiatryczną finansowaną przez państwo.
[…]
Dobra edukacja to inwestycja w przyszłość naszych dzieci, ale także realny zysk w postaci wyższego PKB, bo każda złotówka przeznaczona na edukację wraca z nawiązką. Efektywnie zwiększymy wydatki budżetowe na edukację. Zadbamy o zdrowe wyżywienie dzieci w szkołach. 

Ale ale – podwyżki przecież wprowadzał również PiS. Jak to w takim razie rozumieć – komu w końcu zależy na polskiej edukacji? Odpowiedź jest prosta – w obozie kapitalistów nikomu. Zarówno podwyżki PiS-u, jak i zapowiadane projekty koalicji są jedynie kroplą w morzu potrzeb, a każdą podwyżkę i tak pożre inflacja – na którą w kapitalizmie recepty nie ma, bo po co walczyć z czymś, na czym można nieźle zarobić.

Jest jednak druga strona tych pustych deklaracji. Żaden z polityków burżuazyjnych – bez znaczenia, z którego stronnictwa – nie daje niczego z dobroci serca. Jeżeli mówią oni o podwyżkach w edukacji i ochronie zdrowia, to zza tych słów wyziera bezmiar strachu – strachu nie tylko przed niskim PKB (czy można jaśniej wyłożyć, w czyim interesie ta cała awantura o młodzież?), ale na pierwszym miejscu przed masowymi strajkami, które wstrząsały Polską w ostatnich latach. Na horyzoncie mamy nie powrót do społecznego spokoju, lecz dalsze zaostrzenie walki klas.

Wielkim „darem” dla polskiej oświaty ma być przemysł obliczony na zwiększanie PKB – czyli wskaźnika, który mówi nam dokładnie nic o tym, jak owoce krajowej produkcji rozkładają się według klas społecznych. Przy rosnącym w Polsce rozwarstwieniu, o którym alarmują nawet burżuazyjni ekonomiści, jest to po prostu pomysł wyciśnięcia z młodych robotników jeszcze więcej wartości dodatkowej, która wpadnie wprost do kieszeni kapitalistów. W edukacji potrzebujemy właśnie odejścia od masowej produkcji taniej siły roboczej i rozumienia oświaty przez pryzmat zysków i inwestycji dla nielicznych, na rzecz wychowania rzeczywiście ludzkiego, rzeczywiście społecznego, a więc  opartego na nauce socjalizmu.

Kapitalizm jedną ręką zrzuca przegniłe resztki z pańskiego stołu, a drugą przystawia nam broń do głowy. Żyjemy nie w okresie stabilizacji i wzrostu gospodarczego, lecz ogromnego i nieprzerwanego kryzysu trwającego od dekad. Wyborcze uśmiechy muszą ustąpić cięciom i policyjnej pałce, a wtedy okaże się, ile zostanie z tych „potwierdzeń” i obietnic. Bardzo łatwo będzie przecież koalicji powiedzieć, że przecież „chce dobrze”, ale się nie da. Owszem, nie da się – na drodze stoi kapitalizm.

Prawdziwą zmianą w gospodarce byłaby nie kolejna ogólna obietnica dobrobytu ani wzrost płacy minimalnej poniżej poziomu inflacji, lecz prawdziwy konkret – skala płac wyrównywana do inflacji. W ten sposób rzeczywiście można by zapewnić godne płace i bezpieczeństwo pracownika. Ten postulat powinien być osią naszej walki ekonomicznej – przeciwko każdej władzy kapitalistów.

Szwindel

Kolejny ustęp wypada zacytować w całości.

Wzmocnimy prawa kobiet, które będą kluczowym obszarem działań Koalicji. Unieważnimy wyrok Trybunału Konstytucyjnego z 2020 roku. Kobiety mają prawo decydowania o sobie. Państwo zapewni szczególne wsparcie dla par planujących rodzicielstwo poprzez finansowanie procedury in vitro oraz pełen dostęp do bezpłatnych badań prenatalnych. Zapewnimy realizację nowoczesnych standardów opieki okołoporodowej. Dostęp do bezpłatnego znieczulenia będzie zasadą, a nie wyjątkiem. Szczególny nacisk zostanie położony na rozbudowę sieci żłobków. Jednocześnie strony Koalicji zgodnie przyznają, że w trosce o budowanie kapitału społecznego i wyrównywanie pozycji kobiet na rynku pracy, koniecznym jest zapewnienie dodatkowego wsparcia kobiet w powrocie do pracy po urlopie macierzyńskim. Strony Koalicji będą współpracować na rzecz likwidacji luki płacowej, a także eliminacji innych barier, stojących na drodze równego traktowania na rynku pracy. Koalicja będzie dążyła do skutecznej egzekucji alimentów.

Pięknie! Trzeba gorąco „podziękować” sprzedawczykom z OSK, dzięki którym ogromny wybuch gniewu młodych Polek i Polaków przekształcono w przybudówkę architektów „kompromisu aborcyjnego” w postaci arcy-hipokrytów z KO i podobnych tworów. W efekcie, po kilku latach bardzo „odważnych” ultimatów i innych rozsądnych działań, mamy w końcu prawdziwy „konkret” – trzy zdanka o „wzmocnieniu praw kobiet” i frazesik o „decydowaniu o sobie”. Czy trzeba przypominać wyniki sondaży, według których znaczna większość zdecydowanie wybrała nieco inne rozwiązanie? Znów okazuje się, że możemy „decydować o sobie” tylko na tyle, na ile nam pozwoli pan Tusk, pan Hołownia czy pani Lempart, jako wybrańcy klasy kapitalistów.

Polityk burżuazyjny, bez względu na płeć, reprezentuje wyłącznie interes własnej klasy. Szumne deklaracje o unieważnieniu wyroku TK należy tu rozumieć nie jako obietnicę powrotu do znienawidzonego „kompromisu”, lecz wyłącznie jako element legalistycznego skrzywienia, jakie opisywaliśmy wyżej. Może się jednak okazać, że kobiety nie będą chciały czekać na „uwolnienie” sądów. W takim wypadku „koalicyjna” policja będzie wobec protestujących równie „przychylna” co ta „pisowska”.

Inaczej być zresztą nie mogło. Ze wszystkich koalicjantów wyłącznie najsłabsza Lewica w jakikolwiek sposób proponowała rozwiązanie liberalizacji prawa aborcyjnego (choć, oczywiście, odpowiednio do swoich miar ograniczone). I co? I nic, bo jak wykazywaliśmy, Lewica nie jest w stanie grać nawet roli języczka u wagi w obecnym rządzie. Rzecz jasna naiwnie jest myśleć, że w tej kwestii w Lewicy mamy jakąś spójność, jak pokazuje niedawna sztafeta politycznych fikołków takich tuz, jak uśmiechnięty i trącacy wszystkim, co stare i zgniłe w kapitalizmie poseł Lewicy Łukasz Litewka, czy nawet sam naczelny wódz pseudoreformistów, Włodzimierz Czarzasty, którego za niekonsekwencję punktuje nawet prawica. Cóż, każdy członek tych eklektycznych partyjek ma święte prawo być osobiście takim reakcjonistą, jakim tylko sobie zapragnie, a program niech sobie będzie jakikolwiek – w końcu żaden burżuazyjny polityk nie traktuje go poważnie.

Oto prawdziwy wynik tego „frontu ludowego” reformistów z liberałami. Uśmiechy Czarzastego i odtrąbienie zwycięstwa umowy koalicyjnej są cynicznym potwierdzeniem tego, że takie żałosne hasełka to wszystko, czego możemy dostać od tych bezzębnych marionetek. Baba z wozu, koniom lżej? Cóż, w efekcie resztki zaufania do reformistów wyblakną jak plakaty wyborcze przedstawicieli „innej polityki”. Ta kolejny raz okazała się w kapitalizmie niemożliwa.

Co z resztą tego cudownego planu? Oczywiście możemy ominąć wszystkie te pomysły, do których koalicja chce wyłącznie „dążyć”. Gadanie nic nie kosztuje! Jest jednak niezmiernie interesujące, w jaki sposób koalicja chce „wyrównywać pozycję kobiet na rynku pracy” i „likwidować lukę płacową”. Nie ma i nie będzie państwa burżuazyjnego, w którym tę przepaść będzie się dało zakopać. Bo i przyczyna tej historycznej niesprawiedliwości leży w samym fundamencie kapitalizmu – w społeczeństwie klasowym – co jak najjaśniej opisał Fryderyk Engels w Pochodzeniu rodziny, własności prywatnej i państwa. Te puste hasełka w zestawieniu ze ścisłą analizą marksistowską są warte dokładnie tyle, ile warte jest dla liberałów zdrowie i życie kobiet – czyli dokładnie nic.

Jedynym realnym gwarantem nie tylko na wprowadzenie, ale i utrzymanie legalnej aborcji – bez ograniczeń obliczonych na uspokojenie sumienia „postępowej” chadecji i liberałów – a także na walkę z podrzędną pozycją kobiet (na rynku pracy, ale i w każdej strefie życia społecznego) jest radykalne przekształcenie podstaw naszego społeczeństwa. Mówiąc krótko – socjalizm albo barbarzyństwo! Innej drogi nie ma. Tego uczy nas historia Rewolucji Październikowej i każdej innej walki proletariatu z obrzydliwym systemem kapitalistycznym,  który dla kobiet oznacza to, co Lenin nazywał „podwójną niewolą”. Frazeologię zostawcie słownikom, panowie literaci!

Zielony kapitalizm

Będziemy zgodnie współpracować na rzecz przeciwdziałania zmianom klimatycznym oraz ograniczenia ich wpływu na życie mieszkańców Polski. W szczególności, strony Koalicji są zdeterminowane do przyspieszenia zielonej transformacji energetycznej. Stworzymy stabilne prawo wspomagające sprawiedliwą transformację energetyczną poprzez budowę systemów wspomagania finansowego i technologicznego.
[…]
Strony Koalicji podejmą wspólnie działania, by zwiększyć udział odnawialnych źródeł energii w produkcji energii elektrycznej. Będzie to możliwe m.in. dzięki uwolnieniu potencjału lądowej energetyki wiatrowej, fotowoltaiki, biogazowni, rozwojowi konkurencji i zaangażowaniu sektora prywatnego i samorządowego. 

Czy ktokolwiek ma jeszcze jakiekolwiek wątpliwości, co rzeczywiście oznacza „zielona transformacja” w ustach zbliżonych do Brukseli polityków kapitalistycznych? Zamiast zmian klimatu potrzebna jest głęboka zmiana społeczeństwa, a nie budowanie kolejnego sektora fikcyjnych inwestycji i masowego marnotrawstwa. Co na przykład z kryzysem energetycznym?

Zapewnimy niskie ceny energii gospodarstwom domowym i firmom w oparciu o mechanizmy zdrowej konkurencji oraz jasne zasady działania rynku. Jednym z fundamentów rynku będzie energetyka prosumencka, zapewniająca milionom obywateli możliwość uczestnictwa w procesie wytwarzania energii.

Oczywiście! Lekiem na chorobę kapitalistycznej produkcji rynkowej jest… gospodarka rynkowa i mieszczański pomysł „przydomowych elektrowni”. Panie i panowie koalicjanci – tej politycznej homeopatii nikt nie kupi.

Tusk wykłada swoje niezwykle cieniutkie karty – my powiedzmy „sprawdzam”. Jeżeli „zielone inwestycje” mają być lekiem na kryzys energetyczny i niedobory, to z pewnością kraje takie, jak Niemcy, gdzie proces „walki z klimatem” metodami rynkowymi trwa od dekad, ten problem nie istnieje? Cóż, okazuje się, że jest to kwestia na tyle paląca, że bardzo szybko zwija się ten „silny sektor” na rzecz powrotu do gospodarki węglowej. Tylko i wyłącznie najwięksi polityczni cynicy mogą teraz twierdzić, że w znacznie mniej prężnej gospodarczo Polsce ten plan się uda. Znana i ograna melodia!

Jak i w innych kwestiach, lekiem na zmiany klimatu może być tylko i wyłącznie robotnicza kontrola nad gospodarką. To nam, ogromnej większości społeczeństwa, zależy nie na zyskach nielicznych, lecz zdrowym i bezpiecznym życiu, bez smogu, katastrof klimatycznych i śmierci milionów na całym świecie. Bzdurnym deklaracjom przeciwstawiamy prawdziwy socjalistyczny program dla klimatu. Nie naiwne i skazane na porażkę próby regulowanie kapitalizmu, lecz jego ostateczne obalenie!

Wiejski kapitalizm w natarciu

Marzenia o jakimkolwiek udziale Lewicy w kreowaniu polskiej polityki zdążyła już pogrzebać rzeczywistość. Drugie skrzypce gra nie Czarzasty, a Trzecia Droga, a PSL nie mógł nie wepchnąć do umowy swojej deklaracji reprezentowania wiejskich kapitalistów:

Niekontrolowany napływ produktów na nasz rynek spowodował wielomilionowe straty polskich producentów. Dlatego będziemy podejmować działania na rzecz polskich rolników m.in. poprzez budowę nowej infrastruktury logistycznej – takiej jak port zbożowy i nowe powierzchnie magazynowe. Będziemy wspierać polską produkcję np. wprowadzając obowiązek flagowania produktów oraz aktywnie pilnować interesów tego kluczowego sektora na arenie międzynarodowej. 
[…]
Będziemy dążyć do stabilizacji sytuacji na rynkach rolnych, zwiększenia opłacalności produkcji poprzez rozwój potencjału eksportowego i unormowanie relacji z krajami trzecimi oraz uproszczenie procedur administracyjnych.

A jakże! Wojna handlowa z Ukrainą jest prostym faktem, na którego rozwiązanie pomysłu nie miał ani PiS, ani Unia Europejska. Świętym prawem (silnego) koalicjanta jest jednak wysunięcie rozwiązań odpowiednich dla klasy, którą reprezentuje. Ale ukłon w stronę tradycyjnego elektoratu PSL-u jest jednocześnie odwróceniem się tyłem do europejskich polityków, dla których żywność z Ukrainy stanowi filar gospodarki spożywczej. Konflikt będzie się tylko nasilać. Jakie jest jednak jego sedno?

Nic innego, jak produkcja dla zysku. Tak długo, jak produkcja żywności będzie poddana prawom rynku, tak długo będzie kartą przetargową pomiędzy przedstawicielami wiejskiej burżuazji w państwach kapitalistycznych – bez względu na to, czy są one członkami „społeczności europejskiej”, czy jeszcze czekają w brukselskim przedpokoju. Deklarowane zadanie wzmocnienia produkcji i zapewnienia taniej żywności są ściśle związane z logiką kapitalizmu. Bez zaadresowania sedna problemu głód, przerwy w dostawach i wojny handlowe będą codziennością.

W gospodarce uspołecznionej natomiast, gdzie motyw zysku będzie konsekwentnie zwalczany, wyżywić się będzie dało całą ludzkość. Produkcja rolna temu podoła, bo kapitalizm na tym etapie odznacza się niemalże ciągłym kryzysem nadprodukcji, a problem leży nie w samym sposobie wytwarzania, lecz dystrybucji wartości, którą wytwarza wyłącznie klasa pracująca.

Żywności mamy aż nadto. Jednocześnie na całym świecie panuje głód, a w krajach rozwiniętych mamy epidemię otyłości. Ta pozorna sprzeczność to właśnie wynik chaosu kapitalistycznej produkcji. Zamiast wyrzucać tony żywności będzie można ją bezstratnie rozdysponować, dbając też ściślej o jej jakość. Tylko tyle i aż tyle.

Przy okazji można by spytać o obecność, a raczej jej brak, przedstawicieli „ludowej” AgroUnii. Ale nie kopmy leżącego. Prawo politycznego kanibalizmu zadziałało tak, jak musiało.

Pracownicy czy posiadacze?

Koalicja zamierza jak najszybciej doprowadzić do powrotu przewidywalności w systemie podatkowym, poprzez ustabilizowanie prawa i przywrócenie dialogu z organizacjami reprezentującymi pracodawców i związkami zawodowymi.
[…]
Strony Koalicji zgodnie deklarują gotowość do zmniejszenia obciążeń podatkowych nakładanych na pracujących, w celu pobudzenia aktywności zawodowej i wsparcia rodzin. Widząc potrzebę wsparcia 16 milionów pracowników dofinansujemy Państwową Inspekcję Pracy, by efektywnie broniła ich praw.

Jak dobrze słyszeć, że ekipa odpowiedzialna za drapieżną prywatyzację wszystkiego, na czym położyła łapska, „deklaruje gotowość” do bronienia naszych praw! Wspaniale jest wyobrazić sobie, że pomiędzy pracownika a pracodawcę wkroczy pan w garniturze, oczywiście broniący nie klasy, którą reprezentuje, lecz robotnika. Zadajmy sobie jednak pytanie, w jaki sposób jednocześnie zapewnić:

[…] korzystne warunki do rozwoju działalności gospodarczej. Ostatnie lata stały pod znakiem wojny wypowiedzianej przez rządzących polskim przedsiębiorcom.

Wojny wypowiedzianej przez kogo? Oczywiście w domyśle mamy tu kolejną bajkę o „socjalistycznym” PiS-ie. Ale prawda jest taka, że ta wojna trwa od wieków – jest to walka klas. Nie da się jednocześnie bronić praw pracownika i „polskiego przedsiębiorcy”. Zysk kapitalisty bierze się właśnie z okradania robotnika z jego siły roboczej – z niczego innego! Mit o możliwości klasowej kolaboracji, „wspólnym działaniu” i innych podobnych mądrościach zaliczył „małą” wpadkę w czasie kryzysu 2008 r. i uparcie nie chce od tego czasu zmartwychwstać. Całym światem wstrząsają masowe strajki i rewolucje, ale ta sytuacja pozostaje dla naszych koalicjantów po prostu niezauważalna. Jak w każdej wojnie, niedocenienie wroga to pierwszy krok do porażki.

Żyjemy w epoce kapitalizmu. Klasą panującą jest burżuazja, nie pracownicy czy jakakolwiek oderwana od procesu produkcji grupa polityków. Zatem i państwo jest państwem burżuazyjnym, „komitetem wykonawczym klasy panującej”. Jego zadaniem nie jest „tłamszenie przedsiębiorczości” lecz właśnie utrzymanie hegemonii kapitalistów rękoma aparatu państwowego. W tym kontekście pomysł „odbudowywania zaufania pomiędzy państwem a przedsiębiorcami” jest odważną deklaracją zupełnego niezrozumienia charakteru współczesnej gospodarki i roli państwa. Celem tej obietnicy jest jednak puszczenie oczka do kapitalisty – „to my lepiej zapewnimy ciągłość waszych zysków”. To jedyny cel istnienia obecnej koalicji, pomimo obłudnych obietnic „poprawy życia polskiego pracownika”.

Rzeczywistą obronę interesów klasy robotniczej – jedynej klasy wytwarzającej całą wartość – będzie takie państwo, na które czele będzie stała właśnie ta klasa. Żadnego kompromisu w tej kwestii, żadnego centryzmu nie ma i być nie może. Gdy runie chwiejący się na wątłych nogach kapitalizm, runie też ogromna bariera dla rozwoju. Technologia zacznie służyć społeczeństwu, a nie nielicznym szamanom fikcyjnego kapitału z Doliny Krzemowej. Nie „przedsiębiorczość”, to stare i przeżyte dążenie do szybkich zysków, lecz kolektywna praca nad polepszeniem bytu mas, jej wspólne działanie ku dobru ogółu będzie chlebem codziennym każdego. Prawdziwą eksplozję twórczą ludzkości, jej wzniesienie się poza produkcję towarową, może zapewnić wyłącznie socjalizm.

I tak dalej, i tak dalej…

Trudno jest na poważnie brać szereg pomniejszych punktów tego żałosnego „programu naprawy Polski”. Cały dokument kręci się w błędnym kole pustych rozwiązań, a z pomocą przychodzi tu mętny język – zamiast konkretów mamy obietnice „dążenia”, „naprawiania” i „zauważania”.

Koalicja „dostrzega” problem dyskryminacji osób LGBT, obiecując walkę z mową nienawiści. Koalicja będzie „dążyć” do prężnego rozwoju szkolnictwa i nauki, które „wymagają zmian”. „Zdaniem” koalicji kultura wymaga poprawy. Koalicja obiecuje „naprawić” media publiczne dzielące naród. Koalicja „potwierdza” niezbędność rozdziału Kościoła od państwa. Koalicja „odpolityczni” służby mundurowe. Świadczenia społeczne mają być „uzupełnione”. Dostępność mieszkań ma być „zwiększona”. Transport publiczny będzie przez koalicję „wsparty”.

Nasuwa się podstawowe pytanie – jak? Za co? W czyim interesie? Tego wprost nie powiedziano, ale powyższa analiza pokazuje jasno – za pieniądze robotników, w interesie kapitału. Jeśli chodzi o „jak”, to muszą nam wystarczyć językowe ozdobniki.

Zwrot o 360 stopni

Nie dziwne więc, że ku zdumieniu liberalnych mediów pod umową koalicyjną de facto podpisał się Mateusz Morawiecki, któremu prezydent powierzył misję tworzenia rządu:

Przedstawię rząd w ciągu 7-8 dni. Będzie to rząd zupełnie inny niż ten, który obecnie pełni swoje obowiązki. Chcę zakończyć wojnę polsko-polską. Nasze propozycje programowe są spójne z propozycjami Polski 2050, PSL, Konfederacji czy nawet Lewicy.

Proponowany „Dekalog Polskich Spraw” ma być kompilacją „tego, co najlepsze” z programów wszystkich powyborczych aktorów sceny politycznej. Uśmiech Morawieckiego w stronę Lewicy jest znacznie cieplejszy, niż chłodne spojrzenia koalicjantów kierowanych w stronę słabszego kolegi!

Jak wytłumaczyć tak „wspaniałomyślną” ofertę współpracy wobec narracji o pisowskim „zamordyzmie”? Jej język jest praktycznie wyjęty z ust mistrza pojednawczej frazeologii, Szymona Hołowni. Sprawa jest bardzo prosta – Morawiecki mówi koalicjantom, że „obiecywać to możemy i my”! I rzeczywiście różnic między tymi dwoma obozami burżuazji zbyt wiele nie ma.

Co więcej, PiS doskonale rozumie, w których miejscach plan koalicji może się zacząć brzydko pruć – jest to na przykład zerowy VAT na żywność, który chce utrzymać PiS, a który KO jest „zmuszone” znieść, bo przecież PiS tak, a nie inaczej przygotował przyszłoroczny budżet. PiS z przyjemnością oddał koalicji szlachetne zadanie wykonywania cięć, by ratować zyski kapitalistów, a teraz zmusza ich jeszcze do ściągnięcia masek. Morawiecki odcina również kierunek natarcia, dzięki któremu koalicja chciała otoczyć PiS ze wszystkich stron politycznej szachownicy. Pomimo oczywistych afer i bzdur, w które zamieszany jest PiS, ta partia jako jedyna ma w ręce dowody na to, że – dokładne w tym samym, czyli wyłącznie deklaratywnym stopniu, co koalicja – wspiera mieszkalnictwo, ekologię, wzrost płac, a nawet – o ironio! – równość kobiet w miejscu pracy. Jeżeli chodzi o grę pozorów, to PiS ma przygotowany znacznie silniejszy arsenał.

Jest oczywiście mało prawdopodobne, żeby Morawieckiemu udało się stworzyć rząd czy przekonać pokaźną część koalicji do politycznej współpracy. Liberałowie, poczuwszy pierwszą krew, kontynuują teraz zdecydowany marsz po stanowiska, jak pokazują dziecinnie zagrywki w sprawie marszałkówKRS. Jeżeli jednak rozumieć ten ruch jako pierwszy krok do budowania mitu założycielskiego pisowskiej opozycji, to będzie ona miała o wiele silniejsze podstawy, niż legalistyczny fundament obecnej koalicji.

Na horyzoncie są też wybory do europarlamentu oraz samorządowe, do których koalicja może również pójść wspólnie. „Hołd tuski” ma więc charakter znacznie szerszy – wszystkie partie koalicyjne podpisały cyrograf, w ramach którego zgodnie, na wszystkich szczeblach polskiej i europejskiej polityki, będą walczyć z PiS-em o podwyżki cen żywności i zaszczyt wprowadzania polityki zaciskania pasa. Za „demokrację” musi więc tradycyjnie zapłacić klasa pracująca. 

W tym kontekście druga część umowy koalicyjnej, poświęcona w całości „rozliczaniu rządów Zjednoczonej Prawicy” jest niezwykle mierną odpowiedzią. Ta zgraja kapitalistycznych marionetek nie dostała jeszcze szansy na stworzenie rządu, a już zaczęła się kompromitować, i to dzięki prostemu wybiegowi dokładnie tak samo obłudnego PiS-u. Oby tak dalej – im więcej pęknięć na brudnej powierzchni przedstawicieli klasy panującej, tym wyraźniej będzie widać rzeczywistą twarz obu stronnictw – twarz żądnego zysku kapitalisty.

Rejterada

Jakby tego było mało, w ostatnich dniach dostaliśmy od członków partii Razem bezkonkurencyjny przykład na to, jak w brzydkim stylu dać nogę.

Przy okazji tegorocznych wyborów wiele mówiło się o tym, że do rządu wejdą „radykalni” reformiści. Najlepszym, na co mogliśmy liczyć, to odgrywanie przez nich roli sumienia kapitalizmu – ale i to zadanie okazało się zbyt trudne! Marsz reformistów na prawo zakończył się ucieczką w popłochu. Zgniłą wisienką na tym niesmacznym torcie są wypowiedzi Marceliny Zawiszy:

Dla nas kluczowe było wpisanie pewnych rzeczy do programu przyszłej koalicji, aby wpisać pewne gwarancje do programu, zwłaszcza gwarancje dotyczące finansowania: 8 proc. (PKB) na ochronę zdrowia, 1 proc. na budowę mieszkań, 3 proc. na naukę i badania i rozwój. To są takie podstawy, aby móc skutecznie rozwijać nasz kraj. Te rzeczy niestety nie znalazły się ze względu na ogólny charakter umowy koalicyjnej. A my bez tych gwarancji nie jesteśmy w stanie wejść do tego rządu. Do rządu nie wejdziemy, ale wotum zaufania udzielimy, bo w tej umowie znalazło się wiele ważnych spraw.

Niestety! Czyli tak – najpierw Razem rozmywa program wchodząc w koalicję z SLD i Wiosną, a następnie składa hołd liberałom, wchodząc jako Lewica do „Świętego Przymierza” koalicji. Następnie okazuje się, że nikt się z ich programem nie liczy, więc do rządu nie wejdą, ale go wesprą. Jaśniejszej deklaracji zupełnego braku własnej inicjatywy i niezależności politycznej dać się nie da.

Któż mógł przewidzieć taki obrót sprawy? Chyba każdy! Oburzeni tym, że dostali to, o co prosili przez cały okres ciągnięcia się w ogonie prawicy, reformiści po prostu dali sobie spokój. Rzeczywiście, partii „drobnych” posiadaczy dieta poselska nie jest potrzebna do przeżycia. A że deklarowany program – to absolutne minimum! – został przy okazji porzucony w błocie – cóż z tego! Realizacja postulatów Razem ma się teraz odbywać przy nieobecności członków tej partii w rządzie, w ramach koalicji, która na te postulaty nawet nie spojrzała. I to wszystko po wielkim krzyku o to, że wprawdzie w porównaniu z wyborami z 2019 r. Lewica mandaty straciła, ale Razem je jednak zyskało. Bardzo mądrze!

Pozwolenie na władzę?

Przyjrzyjmy się raz jeszcze oficjalnej argumentacji partii Razem:

Nie było zgody na kompromisową ustawę ratunkową depenalizującą aborcję, na 8% PKB na ochronę zdrowia, na 3% PKB na naukę ani na 1% PKB na publiczny program mieszkaniowy. Nie było także politycznej akceptacji dla wprowadzenia pełnopłatnego chorobowego, wzmocnienia związków zawodowych i rozszerzenia prawa do strajku, stopniowego skrócenia czasu pracy ani dla skutecznej walki z umowami śmieciowymi.

Na wszystkie te postulaty nie było zgody ani politycznej akceptacji! Tym właśnie różni się rewolucyjny marksizm od reformizmu. Klasa robotnicza nie potrzebuje zgody przedstawicieli kapitału, by wprowadzać tak podstawowe i potrzebne zmiany. Klasa robotnicza potrzebuje przejąć władzę we własne ręce, wraz z całością ogromnego potencjału gospodarczego, przemysłu, energii, mieszkalnictwa, szkolnictwa czy kultury – jako niezależna siła polityczna, bez ograniczeń w postaci dobrych rad tego czy innego „realisty”. Nie przeciwko idei demokracji, lecz właśnie w imię jak najszerzej demokracji – demokracji ogromnej większości, demokracji tych, którzy nie posiadają środków produkcji, a jedynie swoją siłę roboczą – demokracji klasy pracującej. Jak tłumaczyła Róża Luksemburg:

[…] Ludzie, którzy opowiadają się za metodą reformy prawnej zamiast i w przeciwieństwie do zdobycia władzy politycznej i rewolucji społecznej, tak naprawdę nie wybierają cichej, spokojniejszej i wolniejszej drogi do tego samego celu, ale zupełnie inny cel. Zamiast opowiadać się za ustanowieniem nowego społeczeństwa, opowiadają się za powierzchniowymi modyfikacjami starego społeczeństwa.
[…]
[W takim wypadku] naszym programem staje się nie realizacja socjalizmu, ale reforma kapitalizmu; nie zniesienie systemu pracy najemnej, ale zmniejszenie wyzysku, to znaczy tłumienie nadużyć kapitalizmu zamiast zniesienia samego kapitalizmu.

Czego więc potrzebujemy? Nie obietnic i deklaracji, nie tchórzliwych odwrotów, lecz bezkompromisowej walki z kapitalizmem – nie w celu jego „ulepszenia”, lecz ostatecznego zniszczenia, by na jego gruzach zbudować wreszcie system pod kontrolą miliardów pracujących całego świata. W epoce ciągłego kryzysu, wojen i rewolucji klasa pracująca i młodzież nie może liczyć na liberałów czy miałkich reformistów – musi liczyć sama na siebie. Nawet programy podstawowych reform nie są możliwe do zrealizowania w okresie barbarzyńskiego nasilenia walki kapitalistów z robotniczą większością. Nie odbędzie się to jednak bez aktywnego udziału najbardziej zaawansowanych przedstawicieli naszej klasy – bez organizacji rewolucyjnej. Dlaczego nie czekaj – partii rewolucyjnej potrzebujemy na wczoraj. Dołącz do Czerwonego Frontu i połóż z nami podwaliny pod świat bez wyzysku, wojen i wszechobecnego cierpienia!

A jeżeli zwolennicy służalczej Realpolitik podniosą wrzask, że żądamy niemożliwego, mamy na to robotniczą odpowiedź:



Autor: Łucja Świerk