noze_na_str

Cała Polska ruszyła, by szukać winnych ataków nożowników w szkołach, jakie ostatnio wstrząsnęły krajem. Po takich incydentach zawsze pojawia się tradycyjna lista winnych: gry, smartfony, rodzice, za mało bicia. Żadne z tych tłumaczeń nie wyjaśnia, dlaczego uczniowie sięgają po nóż (a w innych krajach po broń palną). Politycy i media dobrze wiedzą jednak, że są one wygodne politycznie, bo odciągają uwagę od tego, gdzie idą pieniądze oraz pytań o to, czy może to całe społeczeństwo jest chore, a młodzież po prostu najsilniej wykazuje objawy.

Najgłupsze są oczywiście chłopskorozumowe tłumaczenia, jakoby był to skutek tego, że „gówniarzy” w domu za mało się leje, a w szkole nie gnoi. Jak wychowywanie w przekonaniu, że przemoc jest domyślnym środkiem rozwiązywania konfliktów, miałoby ją ograniczyć? Nie wiadomo…

Niewiele mądrzejsze są tłumaczenia obwiniające gry komputerowe lub szerzej technologię. Ani gry, ani smartfony, ani też noże same w sobie nie są problemem. Liczy się to, jak z nich korzystamy. Słyszymy to zresztą od dekad. Pokolenie grające w Call of Duty, Grand Theft Auto czy Postal nie dokonywało takich ataków – tym mniej prawdopodobne, że powodem obecnej fali przemocy jest Minecraft i Roblox.

Nie możemy jednak oczekiwać, że przepracowani rodzice, którzy dają pociechom tablety, by „zajęły się sobą” mieliby uchronić dzieci przed wykształceniem patologicznych wzorców korzystania z technologii. Nie zrobią tego tym bardziej, jeżeli sami zostali nauczeni przez kapitalizm nie rozwijać kompetencji (w tym technicznych), jeśli nie są im potrzebne do pracy, w efekcie praktykując sharenting, czy nie będąc skłonnymi zawracać sobie głowy ustawieniem kontroli rodzicielskiej. 

Nie pomogą też szkoły i przedszkola, które są niedofinansowane, w sporej mierze na skutek militaryzacji. To samo można powiedzieć o psychiatrii dziecięcej. Obietnica poprawy jej finansowania była jedną ze sztandarowych obietnic rządzącej koalicji, pamiętacie? A co do rodziców, to żaden polityczny zarządca kapitalizmu nie skróci dnia roboczego, by pracujący rodzice mieli więcej czasu dla dzieci. Nie przy tak niskich stopach zysku ani przy słabych związkach zawodowych. Nie ma też co liczyć na rozwój programów pokroju 800+ w warunkach ogromnego deficytu budżetowego. 

Nawet gdybyśmy pracowali krócej, wielu musiałoby podjąć dodatkową pracę, aby sprostać rosnącym kosztom życia. Głodowe podwyżki płacy minimalnej oraz dekady porażek w rozwiązaniu kryzysu mieszkaniowego pokazują też, że i ten szczególnie odczuwalny dla młodych rodziców problem nie zostanie rozwiązany przez burżuazyjnych polityków. Ale gdy przychodzi mierzyć się z konsekwencjami takiej polityki, ci sami politycy sięgają po to, co najłatwiejsze i najmniej kosztowne dla kapitału – represje – „weryfikację wieku”, cenzurę Internetu i obecność uzbrojonych policjantów w szkołach.

Blokada treści bez sądu i patostreamy

Burżuazyjne media piały z zachwytu, gdy 8.10 rząd „błyskawicznie zareagował na ataki w szkołach”, przegłosowując w Sejmie nowelizację ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną (UŚUDE). Na mocy tych zmian UKE będzie mógł bez wyroku sądu zablokować „nielegalne” treści (o nielegalności zdecyduje… on sam), a o blokadę będą mogły wnioskować nie tylko służby, ale również „ten, czyje dobro osobiste zostało naruszone”. Ale ta nowelizacja nie jest odpowiedzią na ataki. Projekt trafił do Sejmu we wrześniu 2025 r., do Senatu w grudniu, a prezydent zawetował go 9 stycznia 2026 r. Ataki dały tylko wygodny pretekst, żeby przepchnąć uprzednio przygotowane prawo zwiększające możliwości kneblowania ludziom ust.

komiks
Napisy na obrazku od lewej do prawej: na pudełku – rząd Stanów Zjednoczonych, cenzura wypowiedzi w internecie, w dymku – „Jakbyś chciał to zapakować?”, na garniturze – korporacyjne media, na ścianie – antyterroryzm, ochrona dzieci

Jeden z nastolatków, którego atak udaremniono w ubiegłym tygodniu, miał na sobie kask z kamerą sportową. Była to z jednej strony inspiracja wcześniejszymi strzelaninami, głównie w USA, w tym tą najbardziej nagłośnioną w Columbine, ale również nowszym zjawiskiem patostreamów. Owszem, patostreamy są ohydnym pomnikiem, jaki wystawiło sobie społeczeństwo kapitalistyczne. Szczególnie szkodzą one dzieciom i młodzieży, których mózgi dopiero się kształtują. Jednak nie możemy mieć złudzeń, że penalizacja tego zjawiska, wprowadzona na mocy art. 255b do kodeksu karnego w sierpniu tego roku, rozwiąże problem.

Co gorsza, art. 255b k.k. jest jeszcze względnie precyzyjny i w §4 zostawia wyjątek dla „działalności artystycznej, edukacyjnej, informacyjnej, prasowej lub naukowej albo w celu ochrony interesu publicznego”. Nie można tego samego powiedzieć o nowelizacji UŚUDE. Załóżmy na moment, że w Polsce mielibyśmy do czynienia z ruchem takim jak we Francji. A powodów nie brakuje, bo zarówno w Polsce, jak i we Francji oświata jest chronicznie niedofinansowana. Inne są tylko skutki – na razie. Ktoś nagra wideo, na którym widać, jak policja bije protestujących, ale ci się bronią. Cyk, blokada „nielegalnej” treści przedstawiającej napaść na funkcjonariusza. Wszędzie władze wykorzystują ataki prowokatorów lub wykolejeńców jako uzasadnienie dla zamordyzmu.

Ale czy takie prawo powstrzyma przynajmniej rozwój ekstremizmu? Wątpliwe. Kto będzie chciał, i tak obejdzie blokadę. „Kult przemocy” — by użyć rządowego określenia — ze wciąż relatywnie łatwych do kontrolowania platform przeniesie się do darknetu. Rząd zyska za to zdolność łatwego cenzurowania Internetu przed odbiorcą masowym. Jeśli nie w imię „ochrony dzieci” i „walki z terroryzmem” (jakie kombo!) – to w imię „walki z dezinformacją”. Co do tej ostatniej, również w tym wypadku zaczęto snuć tezy o rzekomym „rosyjskim sabotażu”. Ale czy długie kolejki do psychiatrów dziecięcych, szkoły, których nie stać na zapewnienie dobrych psychologów i pedagogów oraz przepracowanie rodziców to też wina mitycznych „ruskich”?

„Radykalizacja”

Nawet jeżeli istotnie ataki były w jakimś stopniu następstwem przebywania w neonazistowskim rynsztoku mediów społecznościowych, to rząd polskich kapitalistów za antyfaszystowskich bohaterów mogliby uznać tylko ludzie, którzy nie rozumieją absolutnie niczego. Do takich z pewnością możemy zaliczyć panią Kierzek-Koperską z KO, dla której faszyzmem jest… „atak słowny na drugiego człowieka”. Faszyzmem więc najwyraźniej może być wyrażenie krytyki wobec rządu Tuska albo zbrodniarzy wojennych pokroju Netanjahu.

A czym faktycznie jest faszyzm? Z pewnością nie rozproszonym zbiorowiskiem zaniedbanych chłopaczków z rzymskimi statuami na profilowym — nieważne, jak wsteczne byłyby ich poglądy. To ruch służący rozbiciu zorganizowanej klasy robotniczej. Nie potrzebuje go rząd podtrzymujący prawo, na mocy którego organizacja strajku jest niemal równie trudna, co wyprawa na Mont Blanc. A jaką bazę klasową ma faszyzm? Lumpenproletariat i zrujnowane drobnomieszczaństwo. Jeśli te dzieciaki nie mają wyrosnąć na członków zorganizowanych band faszystowskich, to nie zapobiegną temu żadne prawne zakazy, a w pierwszej kolejności zapewnienie im godnej pracy i dołączenie do szeregu uzwiązkowionych robotników.

Jeśli już dojdzie do pojawienia się zorganizowanych faszystowskich bojówek terroryzujących klasę robotniczą (w co wątpimy), ta nie powinna liczyć na państwo. Prostej recepty na taki wypadek udzielił Trocki: „chwycić każdego faszystę lub każdą odizolowaną grupę faszystów za kołnierz, kilka razy zapoznać ich z brukiem, odebrać im faszystowskie insygnia i dokumenty, a nie posuwając się dalej, zostawić ich z przerażeniem i kilkoma porządnymi siniakami”. Do tego celu jednak klasa robotnicza musi być zwarta i zorganizowana, a równie szkodliwe, jak iluzje odnośnie do państwa, jest cielęce, moralizatorskie wzdryganie się przed wszelką przemocą.

Klasa panująca mówi o „radykalizacji”. To pojęcie jest celowo mgliste – tak samo, jak abstrakcyjne moralizatorskie frazesy o przemocy w ogóle. Dziś straszą nas nazistowskimi serwerami na Discordzie – jutro przyjdzie czas na radykalizację w lewo. Francuskich licealistów, walczących o to, by w ich klasach byli dobrze opłacani nauczyciele, a nie skwar, pleśń i karaluchy, też nazywa się lewicowymi terrorystami i poddaje tak hołubionej przez prawicę terapii poprzez przemoc rękoma uzbrojonych w karabiny i granaty policjantów. Wbrew domorosłym ekspertom jedynym rezultatem jest jeszcze większa determinacja i obnażenie prawdziwego charakteru państwa burżuazyjnego nad Sekwaną.

Marksista nie zadowala się abstrakcyjną gadaniną ani o „przemocy”, ani o „radykalizacji”, lecz zapyta: przemoc w czyim interesie? Radykalizacja? Czy może zarządzanie gniewem przez klasę posiadającą? Jedno i drugie jest ujmowane abstrakcyjnie przez rządzących, by stowrzyć uzasadnienie dla tłumienia wszelkich przejawów protestu wychodzącego poza jałowe, ulizane marsze czy bycie bydłem wyborczym dla ich pustych obietnic.

Jednoznacznie odrzucamy terror indywidualny, jednak nie łudźmy się: klasę panującą niezbyt obchodzi nasza dezaprobata. Od wieków wykorzystuje najmniejsze akty przemocy politycznej do rozkręcania nagonek przeciwko każdej sile na lewo od miałkiego reformizmu. Przykłady można mnożyć: niemiecka ustawa antysocjalistyczna z lat 1878–1890, naloty Palmera, pokazowy proces 26 anarchistów i socjalistów po próbie zamachu na cesarza Japonii w 1910 r., zamach w Cytadeli Warszawskiej z 1923 r., pożar Reichstagu, lata ołowiu we Włoszech, tegoroczna nagonka na LFI po zabójstwie neonazisty we Francji i „przykładne ukaranie” Luigiego Mangione. 

Burżuazja udzieli najwścieklejszej odpowiedzi na najdrobniejsze podniesienie ręki na jej władzę. Poznają to tysiące nastolatków, nauczycieli i rodziców okaleczanych przez francuską policję. Klasa panująca działa według zasady: nie jeden, lecz wszystkie zęby za ząb. Jest to tym wymowniejsze, jeśli zwrócić uwagę na fakt, że w USA 61,5% strzelanin było umotywowanych prawicowym ekstremizmem, ale to ten rzekomo lewicowy spotyka się z najgłośniejszym wrzaskiem z salonów. Albo na statystyki z Niemiec z lat 1919–1922 – tam prawica odpowiadała za 17 razy więcej zabójstw politycznych (354 do 22), z których tylko 24 zakończyły się skazaniem (nigdy na śmierć). Za „lewicowe” skazano 38 osób, w tym 10 na śmierć.

Zaognienie walki klasowej w przyszłości może przynieść podobne dysproporcje. A jest ono nieuniknione. Szczególnie młodzieży coraz trudniej o pracę, a ci, którzy ją mają, większość wypłaty (lub całość, musząc posiłkować się pożyczkami) wydają na podstawowe potrzeby. Ciężko również, by normalnie rozwinęło się pokolenie, które przez ostatnie lata naoglądało się scen bestialstwa ze Strefy Gazy lub przedstawianych jako rozrywka obrazów śmierci z Ukrainy. Do tego dodajmy postępującą militaryzację i dążenia do przywrócenia poboru – i kto tu normalizuje przemoc, panowie Kosiniak-Kamysz i Tusk? Z pewnością widok uzbrojonych policjantów w szkole lub żołnierzy WOT-u na kampusie uniwersytetu bardzo „pozytywnie” wpłynie na psychikę młodzieży, podobnie jak wszystkie „lata z wojskiem” i inne próby ocieplania wizerunku oddawania życia za interesy kapitału. Jak przecież wiadomo, policjanci i żołnierze należą do najbardziej spokojnych i opanowanych ludzi na świecie.

Wszystko to, wraz z niezliczonymi innymi czynnikami, takimi jak kryzys klimatyczny, przyczynia się do masowego krachu zdrowia psychicznego, co samo w sobie jest symptomem chorego społeczeństwa. Operatorzy mediów społecznościowych zarabiają na sypaniu soli na rany – nie tylko poprzez „klasyczny” doomscrolling, lecz ostatnio także poprzez „ścieżki radykalizacji” (a właściwie: kierowanie zrozumiałego gniewu na coraz to nowe kozły ofiarne, ale nigdy na prawdziwych winowajców – klasę kapitalistów). Dopiero w sierpniu wyszło na jaw, że Meta płaciła nazistom za postowanie na Facebooku w ramach programów monetyzacji. Problem tylko się pogłębił wraz z rozwojem coraz bardziej zaawansowanych narzędzi AI do generowania wideo. Ale znów — problemem nie jest sama technologia, lecz sposób jej wykorzystania: dla prywatnego zysku, nawet gdy całe społeczeństwo płonie. Pasożytniczych firm, które na tym korzystają, nie można uregulować. Ilustrują to zasadniczo kosmetyczne dodatkowe postanowienia dotyczące pozwu zbiorowego ws. uzależnienia nastolatków od social mediów przeciwko (ponownie) Mecie. Trzeba je wywłaszczyć bez odszkodowania.

Pozbawienie wielkiego kapitału możliwości szkodnictwa na masową skalę, więcej zasobów na edukację i wychowanie, aktywniejsze, bardziej zżyte społeczności, które naturalnie wykształcą się, gdy kontrola nad własnym losem – nad zarządzaniem całym społeczeństwem – znajdzie się w rękach mas pracujących: komunizm nie będzie oznaczał daremnych prób wykorzenienia brutalnych przestępstw za pomocą represji. Takie próby są równie głupie jak prostackie nawoływania do tego, by „dawać więcej lania gówniarzom”, wspomniane na początku tego artykułu. Ale komunizm wyeliminuje takie przestępstwa — podobnie jak można albo rzucić palenie, albo pozwalać, by wycinano nam kolejne płaty płuc, aż w końcu się udusimy lub umrzemy z powodu przerzutów.