perspektywy3_2

Niniejszy dokument przedstawia perspektywy oddziału rzeszowskiego Czerwonego Frontu na stopniowy rozkład kapitalizmu w województwie podkarpackim, którego konsekwencją jest coraz bardziej postępujące pogarszanie się warunków życia w regionie. Nie zamierzamy jednak biernie przyglądać się temu procesowi. Potrzebujemy działać i przygotować się na nadchodzące starcia. Dokument ten ma być miejscowym drogowskazem w nadchodzącej walce klasowej. Mamy nadzieję, że będzie również użytecznym punktem odniesienia dla każdego czytelnika, który chce lepiej zrozumieć zachodzące wokół nas procesy i perspektywy stojące przed naszym regionem. 

Perspektywa historyczna 

Dziedzictwo historyczne: od galicyjskiej nędzy do powojennej industrializacji

Podkarpacie leżało w najbiedniejszej prowincji Austro-Węgier – Galicji. Region dotknięty był masową emigracją i pełnił funkcję rezerwuaru taniej siły roboczej oraz surowców dla naddunajskiego centrum, które unikało inwestycji mogących umożliwić przezwyciężenie tego stanu rzeczy również ze względu na niekorzystne położenie geograficzne, tj. ciągłe obawy przed zajęciem tych terenów przez Rosjan czy naturalną barierę w postaci gór. Powstawały tu zatem jedynie nieliczne, niezintegrowane i rozdrobnione zakłady, podczas gdy większość regionu tkwiła w półfeudalnym zacofaniu skrajnie rozdrobnionej produkcji rolnej.

Galicja była regularnie nękana klęskami głodu i skrajnymi nierównościami społecznymi. Około 40% ziemi znajdowało się w rękach 2400 obszarników. Według danych z 1888 r. połowa dzieci nie dożywała 5. urodzin,  natomiast w 1900 r. jeden lekarz przypadał na 9 tys. mieszkańców, w co trzeciej miejscowości nie było szkoły, a na jednego nauczyciela przypadało 91 uczniów. Taki był właśnie szczyt możliwości tego, co imperialistyczne, zacofane państwo austro-węgierskie, oparte na wyzysku i interesach klas posiadających, mogło zaoferować tutejszym masom.

Bezpośrednio po zakończeniu I wojny światowej Podkarpacie stało się areną zaciekłych walk o ustanowienie polskiej kontroli. Toczyła się tu wojna polsko-ukraińska, a jednocześnie dochodziło do rewolucyjnych wystąpień robotniczo-chłopskich, których szczytowym wyrazem była brutalnie stłumiona Republika Tarnobrzeska. Ostatecznie polska burżuazja i obszarnicy osiągnęli swój cel, a region został podzielony między województwo krakowskie a województwo lwowskie II RP.

Gospodarka II Rzeczypospolitej pozostawała głęboko niewydolna, czego skutkiem były chroniczne bezrobocie, niskie płace i utrwalanie zacofania na wsi. Choć Podkarpacie objęto inwestycjami Centralnego Okręgu Przemysłowego, które miały stanowić impuls do rozwoju regionu, okazały się one fiaskiem. Skalę nędzy i rozczarowania najlepiej oddają wydarzenia takie jak zamieszki w Grodzisku Dolnym w 1933 r. oraz Wielki Strajk Chłopski z 1937 r. Masowe mobilizacje chłopów i robotników, mimo obiektywnie sprzyjających warunków materialnych, nie doprowadziły jednak do przełomu. Szansy nie wykorzystała KPP przesiąknięta stalinizmem, który ostatecznie wymordował jej czołowych działaczy, w tym najbardziej znanego podkarpackiego komunistę, Tomasza Dąbala – lidera Republiki Tarnobrzeskiej, jednego z pierwszych więźniów politycznych II RP oraz założyciela Międzynarodówki Chłopskiej.

PRL: niedoskonała, ale realna modernizacja i industrializacja

Okres Polski Ludowej, pomimo swoich sprzeczności i niedemokratycznego charakteru, był dla regionu czasem gwałtownej, odgórnej modernizacji, która z powodzeniem przełamała stulecia zacofania.

PRL zlikwidował powszechność chat krytych strzechą. Wybudowano setki tysięcy mieszkań. Powstały ogromne osiedla, które radykalnie poprawiły warunki bytowe, zapewniając milionom dostęp do centralnego ogrzewania, bieżącej wody i kanalizacji. Dziś te mieszkania stanowią już tylko ostatnie pozostałości bezpieczeństwa mieszkaniowego odziedziczonego po PRL.

Powojenna zmiana ustrojowa w 1944 roku zastała Podkarpacie w stanie zacofania. W 1939 roku przemysł stanowił zaledwie ułamek lokalnej gospodarki zdominowanej przez zacofane rolnictwo – średnia wielkość gospodarstwa wynosiła około 5 hektarów, a mechanizacja była praktycznie nieznana.

Dopiero centralne planowanie i uspołecznienie własności były w stanie przeprowadzić skuteczną industrializację regionu. Udział przemysłu w strukturze zatrudnienia wzrósł wielokrotnie – podczas gdy w 1946 roku przeważała ludność wiejska, w latach siedemdziesiątych przemysł zatrudniał już znaczną część populacji. Rozbudowano lub zbudowano Hutę Szkła w Krośnie, zakłady oponiarskie w Dębicy, przemysł przetwórstwa rolnego w Leżajsku i Jarosławiu, zakłady lotnicze WSK Mielec oraz wiele innych. Rozbudowa infrastruktury z kolei obejmowała m.in. Linię Hutniczą Szerokotorową (LHS), elektryfikację linii nr 68 Przeworsk–Stalowa Wola–Lublin oraz rozbudowę sieci dróg, w tym Wielkiej Pętli Bieszczadzkiej, która w końcu połączyła Bieszczady z resztą kraju. Powstała również ogromna tama na Sanie w Solinie. Skala tych inwestycji jest przytłaczająca w porównaniu z dzisiejszymi. Podkarpackie przekształciło się z agrarnej peryferii w ważny ośrodek przemysłowy, koncentrujący m.in. krajowy przemysł lotniczy.

Jednak sprzeczności biurokratycznego modelu zarządzania, gdzie kontrolę nad środkami produkcji sprawowała nomenklatura, prowadziły do coraz większej degeneracji systemu. Przy rosnącym skomplikowaniu gospodarki bez udziału robotników nie dało się skutecznie planować. Skutkowało to tym, że biurokracja, szukając alternatywnych rozwiązań, zbliżyła się do zachodnich bankierów, ostatecznie świadomie uzależniając gospodarkę od ich kapitału. Skutkiem tego było pogorszenie jakości życia, co z czasem stworzyło podstawy do powstania ruchów sprzeciwiających się istniejącemu porządkowi.

W rzeczy samej to właśnie WSK-PZL w Mielcu była jednym z pierwszych zakładów, które latem 1980 roku rozpoczęły bunt społeczny przeciwko podwyżkom cen żywności, kładąc podwaliny pod powstanie „Solidarności”.

Zrzeszeni w niej robotnicy, pozbawieni rewolucyjnego przywództwa, w obliczu represji nie byli w stanie obronić się przed zakusami zachodnich wierzycieli i biurokracji, którzy ostatecznie razem z ugodowym skrzydłem związku przywrócili kapitalizm nad ich głowami.

Balcerowiczowska transformacja ustrojowa była procesem celowej likwidacji przemysłu, dezindustrializacji i prywatyzacji, co ponownie zepchnęło region na margines gospodarki krajowej. Masowe zwolnienia i likwidacje dotknęły wszystkich wyżej wymienionych zakładów, które w najlepszym wypadku przeszły w ręce prywatne. Proces prywatyzacji nie polegał jednak na znalezieniu inwestorów zainteresowanych rozwojem zakładów, lecz na rozebraniu tego, co wypracowały całe dwa pokolenia. W związku z tym poszukiwano przede wszystkim okazji do szybkiego wzbogacenia się. Nowi właściciele często nie byli zainteresowani kontynuacją produkcji. Ich celem był krótkoterminowy zysk poprzez sprzedaż kapitału stałego: gruntów, hal i maszyn oraz wyprzedaż zapasów towarów i materiałów. Prowadziło to do upadku przedsiębiorstw.

Efekt nie mógł być inny niż lawinowy wzrost bezrobocia. W szczytowym momencie na Podkarpaciu rejestrowane bezrobocie przekraczało 25%. W powiatach takich jak niżański czy leżajski wskaźniki były jeszcze wyższe, a ich skutki są odczuwalne do dziś, szczególnie w mniejszych miastach. Mieszkańcy, szukając jakiejkolwiek perspektywy na przyszłość, wyjeżdżali i nadal wyjeżdżają poza województwo lub do stolicy regionu.

Szczególnie wyludniły się trzy dawne stolice wojewódzkie:

  • Tarnobrzeg (spadek populacji z 51,3 tys. w 1999 do 43,2 tys. w 2024 – 15,8%)
  • Przemyśl (spadek z 69 tys. w 1996 do 54,4 tys. w 2024 – 21,2%)
  • Krosno (spadek z 50,1 tys. w 1991 do 44 tys. w 2024 – spadek o 12%)

Aktualna sytuacja ekonomiczna na Podkarpaciu 

Produkt Regionalny Brutto (PRB) per capita w 2023 r. wynosił ok. 64,8 tys. zł, co stanowiło ~71,7% średniej krajowej (~90 396 zł) i zaledwie ~54% średniej unijnej. W praktyce sytuacja mieszkańców jest jeszcze gorsza, ponieważ PRB obejmuje również zyski kapitału i przedsiębiorstw. Przeciętny mieszkaniec nie jest jednocześnie robotnikiem i kapitalistą.

W strukturze PRB dominują sektory niskonakładowe. Przemysł (głównie podwykonawczy) i budownictwo generują ok. 31,0% PRB, rolnictwo – ok. 1,8%, a usługi prywatne (w tym logistyka, handel oraz niskopłatne drobnomieszczańskie usługi biznesowe) – ok. 35%. Kluczowe ogniwa łańcucha wartości (R&D, design, finanse) są zlokalizowane poza regionem, głównie w metropoliach przyciągających liczne rzesze młodych, wykształconych osób lub za granicą.

Mimo że rolnictwo zatrudnia na Podkarpaciu w przybliżeniu co dziewiątą osobę, generuje zaledwie 1,5% wartości dodanej brutto regionu, co pokazuje jego niską produktywność. Średnia powierzchnia gospodarstwa wynosi tu tylko 5,2 ha wobec 11,6 ha w kraju, a znaczna część gospodarstw ma mniej niż 2 ha. W efekcie podkarpackie rolnictwo ma w dużej mierze charakter samozaopatrzeniowy.

Zagraniczne inwestycje są zaś skupione w Specjalnych Strefach Ekonomicznych (SSE). Są to głównie montownie i centra usług wspólnych (SSC), oferujące płace o 20–30% niższe niż w analogicznych zakładach Polski Zachodniej. Ulgi podatkowe w SSE ograbiają samorządy z wpływów podatkowych. Rezultatem jest brak dostatecznych inwestycji samorządów w infrastrukturę oraz wzrost ich zadłużenia.

Zadłużenie samorządów

Łączne zadłużenie podkarpackich Jednostek Samorządu Terytorialnego (JST) w 2024 r. przekroczyło 5 mld zł, a koszty jego obsługi rosną szybciej niż dochody samorządów. Sytuację dodatkowo pogorszyła reforma podatkowa spod znaku „Nowego Ładu”. Jednym z jej skutków była fala bankructw PKS-ów, mimo funkcjonowania funduszu celowego uruchomionego w 2019 r. W latach 2016–2022 w skali kraju upadła przeszło połowa tych przedsiębiorstw. Mniej oczywistym efektem są również plagi szczurów i pluskiew nawiedzające kolejne miasta Polski, w tym Rzeszów, do czego przyczyniło się ograniczenie częstotliwości wywozu śmieci przez samorządy szukające oszczędności.

W przeliczeniu na mieszkańca Rzeszów jest czwartym najbardziej zadłużonym miastem wojewódzkim w Polsce, co nie pozostaje bez konsekwencji. W 2024 r. dług Rzeszowa wynosił około 1,2 mld zł, a obecnie szacowany jest już na ponad 1,6 mld zł. Jeśli tempo jego wzrostu się utrzyma, bardzo szybko może osiągnąć poziom stanowiący poważne obciążenie finansów miasta. Efekt może być tylko jeden: jeszcze bardziej drastyczne cięcia. Wydatki bieżące, jak w większości samorządów, pochłaniają zdecydowaną większość budżetu. Rosnące koszty obsługi zadłużenia będą dodatkowo ograniczać pole manewru władz miasta, zmniejszając możliwości inwestycyjne i zmuszając je do poszukiwania niepewnych źródeł finansowania poza budżetem.

W dłuższej perspektywie coraz bardziej napięta sytuacja finansowa będzie wymuszała głębokie cięcia w obszarach stanowiących największe pozycje budżetowe, takich jak oświata, gospodarka odpadami, kultura czy ochrona zdrowia. Pierwsze oznaki tego trendu można dostrzec w głośnej próbie „reformy” siatki połączeń autobusowych. Zakładała ona likwidację części linii, jednak po fali społecznego sprzeciwu ratusz wycofał się z tych planów. Biorąc jednak pod uwagę pogarszającą się sytuację budżetową miasta, można przypuszczać, że temat w przyszłości powróci.

Kryzys mieszkaniowy na Podkarpaciu

Proces ten jednak byłby jeszcze bardziej dotkliwy, gdyby nie fakt, że Rzeszów pełni rolę ośrodka przyciągającego lwią część napływu ludności. Jest najszybciej rozwijającą się stolicą wojewódzką pod względem procentowego wzrostu liczby mieszkańców, w praktyce pochłaniając odpływ ludności z niemal całego regionu. To właśnie napędza popyt na mieszkania, a w konsekwencji przyczynia się do wzrostu ich cen.

Powszechnym zjawiskiem jest mieszkanie z rodzicami, czyli tzw. gniazdownictwo. Według danych Eurostatu z 2023 r. 67,3 proc. osób w Polsce w wieku od 18 do 34 lat mieszkało z co najmniej jednym rodzicem bądź korzystało z domowego budżetu. Według danych GUS-u problem jest szczególnie odczuwalny na Podkarpaciu.

Średnio za metr kwadratowy w Rzeszowie zapłacimy 11,8 tys. zł na rynku pierwotnym i 10,2 tys. zł na wtórnym. Średni czynsz najmu w stolicy Podkarpacia w styczniu 2026 r. wynosił ok. 49 zł/m². Dla mieszkania o powierzchni 50 m² oznacza to ok. 2 450 zł miesięcznie (bez rachunków, które wszak mocno urosły w ostatnich latach). Boom deweloperski w Rzeszowie i okolicach jest przede wszystkim źródłem zysków dla burżuazji i spekulantów, podczas gdy proletariat zostaje wypchnięty z rynku mieszkaniowego. Rosnące ceny mieszkań, astronomiczne koszty najmu i stagnacja płac sprawiają, że własne lokum staje się dla młodych ludzi jedynie niedoścignionym marzeniem, w najlepszym wypadku dostępnym kosztem wieloletniego zadłużenia i podporządkowania swojego życia bankom.

Sytuacja klasy robotniczej

Powszechne ubóstwo jako norma

Wiele osób, szczególnie na Podkarpaciu, żyje w skrajnym ubóstwie, co oznacza, że nie stać ich na zaspokojenie podstawowych potrzeb biologicznych, takich jak wyżywienie, ubranie czy schronienie. W 2025 roku zasięg ubóstwa skrajnego w Polsce wyniósł 5,3% (wobec 5,2% w 2024 r.), co oznacza ok. 2 miliony osób żyjących poniżej minimum egzystencji.

W makroregionie wschodnim (obejmującym Podkarpackie, Lubelskie i Podlaskie) w 2025 roku zasięg zagrożenia ubóstwem skrajnym wyniósł bowiem 5,6% wobec średniej krajowej 5,2%, a w południowo-zachodnim (Dolny Śląsk) zaledwie 2,7%. To również w tym pierwszym zasięg zagrożenia niedostatkiem wyniósł 49,1% w 2024 r. (wobec 41,3% średnio w Polsce), co oznacza, że prawie co druga osoba nie była w stanie zaspokoić podstawowych potrzeb.

Szczególnie narażone na ubóstwo skrajne były gospodarstwa domowe rolników – aż 11,4% w 2024 r., a w 2025 r. już 17,5%. Wynika to ze spadku renty gruntowej, przez co utrzymanie się z rolnictwa wymaga posiadania coraz większych areałów ziemi. Prowadzi to do koncentracji ziemi i wpędzania drobnych rolników w biedę, podczas gdy z powodu zamykania się zakładów przemysłowych nie mogą znaleźć alternatywnego źródła utrzymania. Dla porównania, wśród pracowników najemnych to zagrożenie wynosiło 4,7%, a wśród emerytów 4,9%. Nietrudno więc zauważyć, dlaczego to właśnie rolnicy coraz częściej poszukują alternatywy, a na tle lewicowej pustki udzielają poparcia Grzegorzowi Braunowi.

Bezrobocie i zamknięcia zakładów

Bezrobocie rejestrowane w województwie podkarpackim na koniec I kwartału 2026 r. wyniosło 9,6% (wzrost o około 1 p.p. względem początku 2025 r.). Podkarpacie znalazło się na niechlubnym pierwszym miejscu w kraju pod względem najwyższej stopy bezrobocia. Dla porównania, najniższe bezrobocie odnotowano w wielkopolskim – 3,5%.

W powiecie brzozowskim stopa bezrobocia rejestrowanego wyniosła 20,5%, a w leskim 19,7%. Trzecie miejsce zajął powiat strzyżowski z 17,7%. Dla młodzieży te liczby są najprawdopodobniej co najmniej dwukrotnie większe, jeśli przyjąć ogólnokrajową prawidłowość.

Jest to logiczny wynik kapitalistycznego modelu produkcji. Oprócz wspomnianej likwidacji przemysłu, po transformacji ustrojowej pozostało przede wszystkim pasożytowanie na dawnych przedsiębiorstwach z okresu PRL, przy jednoczesnym wzroście drobnego zatrudnienia. Jednak wobec wzrostu kosztów pracy i energii stopy zwrotu z inwestycji są nikłe, więc kapitaliści likwidują nierentowne fabryki lub przenoszą produkcję tam, gdzie warunki są korzystniejsze.

Na Podkarpaciu w ostatnich latach głośnym echem odbiły się masowe zwolnienia lub wręcz zamknięcia dziesiątek zakładów. Do największych zwolnień warto zaliczyć przede wszystkim zakłady tapicerskie Lear w Jarosławiu, gdzie pod koniec 2024 r. zwolniono 600 osób. Zamknięto m.in. Black Red White, produkujący meble w Przeworsku, Asprod we Frysztaku, również produkujący meble, a także browar w Leżajsku. W planach jest wygaszenie fabryki farb i lakierów PPG Deco Polska w Dębicy z końcem 2026 roku. Nie ulega wątpliwości, że w kolejce do odstrzału są kolejne miejsca pracy. Sztandarowym przykładem tego trendu jest produkujący płyty pilśniowe Fibris, który mimo braku konkurencji na polskim rynku upadł przez ceny prądu – tego samego prądu, z którego korzysta wszakże każda fabryka.

To wszystko oznacza tysiące ludzi pozostających bez pracy, często bez realnej możliwości znalezienia nowego zatrudnienia w pustoszejących miastach. Jednak sytuacja wciąż funkcjonujących zakładach nie wygląda lepiej. Słyszymy o niewypłacanych pensjach w zakładach drobiarskich w Rzeszowie czy o nasilającym się wyzysku w praktycznie każdej fabryce na Podkarpaciu, gdzie kapitalista wie, że może sobie na to pozwolić, ponieważ na każde miejsce pracy, przy olbrzymim bezrobociu, znajdą się tysiące kandydatów. Przykładami są choćby największe fabryki w okolicach Dębicy, gdzie nie przestrzega się nawet podstawowych zasad BHP. Robotnicy w fabryce opon Dębica S.A. pracują w podwyższonej temperaturze, która w przeszłości doprowadziła do dotkliwego pożaru. Podobnie ciężkie warunki panują w Igloopolu czy Hutchinsonie, gdzie w trudnych warunkach pracują również kobiety i osoby z niepełnosprawnościami.

Zwijanie usług publicznych

Ta samonakręcająca się spirala oddziałuje również na budżetówkę. Nie ma dziś obszaru sektora publicznego (poza policją i wojskiem), który byłby bezpieczny przed siekierą liberałów.

Demontaż sektora publicznego szczególnie widoczny jest w podkarpackiej ochronie zdrowia. Dochodzi do systematycznego zamykania oddziałów, zwłaszcza położniczych, w niemalże każdym szpitalu Podkarpacia. Szpitale publiczne są przekształcane w spółki prawa handlowego, co prowadzi do ich komercjalizacji oraz cięć kosztów poprzez zwolnienia i wzrost opłat.

Szpitale w Lesku i Leżajsku złożyły również wnioski o likwidację oddziałów całodobowych. Trzem szpitalom powiatowym grozi zamknięcie z powodu ogromnego zadłużenia, które łącznie wynosi około 400 mln zł. Są to szpital w Dębicy, szpital w Krośnie, który 1 lipca zlikwidował oddział otolaryngologii, oraz szpital w Lesku, któremu grozi całkowita likwidacja. Szpital w Sanoku jest zadłużony na ponad 200 mln zł. Kwota ta bardzo szybko rośnie, a zarząd już wypłaca pracownikom jedynie 70% wynagrodzeń. Trwają także rozmowy o przejęciu przez wojsko szpitala w Ustrzykach Dolnych oraz jednej z największych placówek w województwie – szpitala w Przemyślu. Skutek może być tylko jeden – jeszcze większe utrudnienie dostępu do świadczeń.

Podobnie jak w przypadku fabryk, w żadnym ze szpitali sytuacja nie jest dobra. Oddajmy głos samym biurokratom odpowiedzialnym za konsolidację szpitala w Mielcu:

„Tak głęboka zapaść szpitali, nie tylko naszego, ale większości szpitali powiatowych, że mówienie o poważnej restrukturyzacji nie może się zamknąć milczeniem dotyczącym ewentualnych likwidacji oddziałów”.
~ Andrzej Bryła: wicestarosta powiatu mieleckiego, odpowiedzialny za konsolidację szpitala.

Wszystkie szpitale bardzo szybko się zadłużają. Proces ten prawdopodobnie nie zatrzyma się na likwidacji pojedynczych oddziałów, które biurokraci nazywają „kosztochłonnymi”, lecz doprowadzi do zamykania całych placówek.

Przykładem jest szpital w Mielcu, którego zadłużenie rośnie o ponad 2 mln zł miesięcznie, co może oznaczać ponad 60 mln zł długu do końca 2026 roku. Władze muszą znaleźć sposób na utrzymanie jego funkcjonowania. Działają one jednak w warunkach kryzysu kapitalizmu, w którym coraz większą część środków pochłaniają zbrojenia, pozostawiając niewielkie pole dla reform. Stąd pojawiają się rozwiązania oparte na biurokratycznej „kreatywnej księgowości”, takie jak plan konsolidacji szpitala z jednostkami Uniwersytetu Rzeszowskiego. Większy budżet inwestycyjny nie rozwiąże jednak problemu, ponieważ nie pokrywa bieżących wydatków.

Dlatego otwarcie mówi się o likwidacji oddziałów uznawanych za nierentowne lub dublujące się w regionie. Przykładowo kardiologia w Mielcu mogłaby zostać zamknięta, ponieważ podobny oddział działa w Rzeszowie. Oznaczałoby to pogorszenie dostępności i jakości świadczeń, jednak w sytuacji, gdy szpitale na Podkarpaciu znajdują się w głębokim kryzysie, takie cięcia przedstawiane są jako jedno z „lepszych” dostępnych rozwiązań.

W edukacji nie jest lepiej. Według Ośrodka Rozwoju Edukacji w latach 2015–2022 zamknięto 216 szkół wiejskich. W bieżącym roku szkolnym w samym tylko woj. podkarpackim zamknięto 27 placówek oświatowych i opiekuńczych. Klasy są łączone i przepełnione, a nauczyciele przeciążeni. Trend nasilił się w ostatnich latach – do 2026 r. ta liczba mogła wzrosnąć o kolejne setki, z czego większość likwidowanych placówek stanowiły szkoły podstawowe. Jednak proces likwidacji placówek edukacyjnych nie omija nawet tak dużych miast jak Przemyśl, gdzie zamknięto Krajową Szkołę Skarbowości.

W parze z likwidacją „nieopłacalnych” lokalnych połączeń autobusowych i kolejowych (np. w Bieszczadach) pogłębia się izolacja i marginalizacja podkarpackiej wsi. Jednak problem nie dotyczy wyłącznie wsi. To także likwidacja przez prywatnych przewoźników połączeń do takich miast jak Mielec.

Daremność reform widać jak na dłoni. W obecnych warunkach nie da się jednocześnie finansować gwałtownie rosnących wydatków na zbrojenia i utrzymywać sprawnego systemu ochrony zdrowia, szkolnictwa czy transportu. Współczesny kapitalizm nie funkcjonuje już jak w okresie wysokiego wzrostu gospodarczego. W warunkach stagnacji, a miejscami nawet recesji, kapitał dąży do maksymalizacji krótkoterminowego zysku, co oznacza narastającą presję na cięcia wydatków publicznych i nasilenie wyzysku. Nie wynika to ze „złej woli”, lecz ze strukturalnych cech systemu. Kapitalizmu nie da się „zaczarować”. Trzeba go zniszczyć.

Zbrojenia – ostatni bastion stabilności?

W odróżnieniu od rzeczy, które większość z nas (a nie głośna mniejszość polityków i dziennikarzy) kojarzy z rzeczywistym bezpieczeństwem, dobrze ma się podkarpacka zbrojeniówka. Do niej zaczęły płynąć niebotyczne środki po jednogłośnym uchwaleniu przez wszystkie partie parlamentarne, w tym reformistyczne Razem, które spośród nich najgłośniej podnosiło „patriotyczne” larum na rzecz ustawy o obronie ojczyzny, w rzeczywistości służącej interesom krwiożerczego przemysłu zbrojeniowego powiązanego z Izraelem. To w końcu ta partia w swojej deklaracji programowej miała zapisane „bezkompromisowe wsparcie NATO”.

Jak bardzo klasa rządząca związała swój interes ze zbrojeniami (oprócz oczywistych 5% PKB na ten cel), ilustruje m.in. konferencja Ukraine Recovery Conference, która odbyła się w kwietniu br. w Rzeszowie. Wbrew nazwie nikt nie mówił tam o odbudowie Ukrainy. Wszyscy za to mówili o zbrojeniach.

Przytoczmy kilka wypowiedzi naszego ministra finansów Andrzeja Domańskiego, wygłoszonych w ramach tylko jednego wydarzenia:

„Zbrojenia są podstawą naszego rozwoju ekonomicznego w Europie”.

„Zbrojenia to nie wybór polityczny, tylko gwarant podtrzymania naszej gospodarki”.

Czy też:

„Polska w ostatnich latach zdecydowanie zmieniła priorytety także polityki fiskalnej, czyniąc obronę i bezpieczeństwo centralnymi filarami planowania budżetowego. Wydatki na obronę wzrosły do prawie 5% PKB. Kwestie bezpieczeństwa są włączane do szerszej polityki gospodarczej, łącząc inwestycje w obronność z potencjałem przemysłowym, transformacją energetyczną […]”.

Pod Rzeszowem powstaje zaawansowany poligon w Węglówce oraz poligon dronowy w Lipie. Na terenie poligonu w Pikulicach koło Przemyśla rozlegają się strzały z większych kalibrów. Inwestuje się w systemy przeciwdronowe i centra dowodzenia. Port Lotniczy Jasionka jest rozbudowywany na potrzeby militarne – w 2025 r. zmodernizowano pas startowy pod cięższe samoloty. Ruch cywilny jest znikomy w stosunku do ruchu wojskowego NATO. Jasionka służy jako główny węzeł tranzytowy dla dostaw broni i sprzętu wojskowego na rzeź w Ukrainie. Podczas niedawnej wizyty „minister wojny” Kosiniak-Kamysz wskazywał, że Podkarpacie staje się centrum „nowoczesnych” inwestycji obronnych. Wymienił m.in. plany rozwoju „Doliny Dronowej”, istniejącą już Dolinę Lotniczą, a także wartą ponad 1,5 mld zł inwestycję w Zakładach Metalowych Dezamet, gdzie powstaje kolejna fabryka amunicji.

Podkarpackie jest gospodarczo zależne od przemysłu zbrojeniowego i lotniczego, który w ostatnich kilku latach przynajmniej podwoił swoje przychody. Sektory te odpowiadają za większość tutejszej produkcji przemysłowej. W skali kraju województwo jest kluczowym ośrodkiem produkcyjnym, generującym 90% wartości krajowej produkcji lotniczej dzięki firmie Pratt & Whitney Rzeszów i klastrowi „Dolina Lotnicza”. Jest ono także dostawcą ciężkiego sprzętu artyleryjskiego i amunicji dla NATO. Region ten jest fabryką śmierci i nie jest to metafora – ma jeden z największych, jeśli nie największy udział spośród polskich województw w produkcji środków ludobójstwa w Palestynie.

Wśród podkarpackich zakładów napędzających syjonistyczną machinę śmierci można wymienić następujące:

PZL Mielec (Lockheed Martin) — działa głównie jako montownia śmigłowców Black Hawk i elementów do samolotów F-35. Kluczowe technologie, zyski i decyzje inwestycyjne należą do Lockheed Martin. Jest uzależniony od amerykańskiej polityki zbrojeniowej i pozostaje uwikłany w udokumentowaną, wieloletnią współpracę z izraelskimi firmami zbrojeniowymi, takimi jak IAI (Israel Aerospace Industries) czy Elbit Systems.

Pratt & Whitney Rzeszów (RTX Corporation) — fabryka pełniąca funkcję montowni i centrum napraw silników lotniczych. Zyski trafiają do USA, a poważniejsze R&D prowadzi się poza Polską. Zakład produkuje kluczowe komponenty (łopatki, tarcze turbin) do silników F-100 myśliwców F-16 oraz F-135 dla F-35 – samolotów, którymi dysponuje m.in. Izrael. Współpraca ma charakter pośredni  – komponenty z Rzeszowa trafiają do globalnych łańcuchów dostaw, a końcowe produkty (samoloty) do Izraela.

Huta Stalowa Wola (Polska Grupa Zbrojeniowa) — jedno z największych polskich przedsiębiorstw zbrojeniowych. Specjalizuje się w produkcji systemów artyleryjskich, rakietowych, sprzętu wojskowego oraz maszyn inżynieryjnych. Flagowym produktem huty są armatohaubice Krab. Wieżyczki do nich pochodzą od brytyjskiego koncernu BAE Systems, który jest kluczowym partnerem Izraela (m.in. w zakresie artylerii i optoelektroniki). Silniki dostarcza zaś niemiecki MTU Friedrichshafen, który produkuje również jednostki napędowe izraelskich czołgów Merkawa.

DEZAMET S.A. Nowa Dęba (Polska Grupa Zbrojeniowa) — przedsiębiorstwo zbrojeniowe specjalizujące się przede wszystkim w produkcji amunicji dla polskiej armii, otrzymujące państwowe dotacje w ramach wspólnych transz ze spółką Mesko, która produkuje pociski Spike we współpracy z izraelskim koncernem Rafael. Firma wytwarza m.in. amunicję artyleryjską, moździerzową i granatnikową oraz prowadzi działalność badawczo-rozwojową w zakresie technologii wojskowych. Niemniej regularnie uczestniczy w targach MSPO, IDEB, Eurosatory, które od lat przyciągają także izraelskie koncerny zbrojeniowe. W 2025 roku na MSPO w Kielcach wystawiały się m.in. Elbit Systems, Rafael, Israel Aerospace Industries, Bird Aerosystems, D-Fend Solutions, Smart Shooter – obok polskich firm z grupy PGZ.

Asseco Poland — jeden z największych polskich koncernów informatycznych, wywodzący się z Rzeszowa. Firma rozwija systemy IT dla urzędów, banków, wojska i biznesu – w kraju i za granicą. To największy udziałowiec izraelskiego Formula Systems. Poprzez tę spółkę Asseco finansuje i rozwija technologie wykorzystywane przez izraelskie służby mundurowe. Do filii konsorcjum należą m.in. następujące podmioty:

  • TSG IT Advanced Systems (50% Formula Systems, 50% Israel Aerospace Industries), które tworzy systemy dowodzenia i kontroli (C4) oraz rozwija „cyberbezpieczeństwo” i instalacje w grabieżczych osadach na Zachodnim Brzegu, mając kontrakty z IDF i US Army warte co najmniej setki milionów szekli.
  • Matrix IT: rozwija biometryczną inwigilację Palestyńczyków (projekt identyfikacji dla COGAT), szkolenia izraelskiej policji i wojska, centrum w osadzie Ariel na okupowanym Zachodnim Brzegu wraz z obsługą tamtejszego kampusu. Spółki Formula Systems współpracują też z innymi korporacjami żerującymi na inwigilacji Palestyńczyków, m.in. HP Enterprise, Oracle czy Google.

Asseco przenosi do Polski rozwiązania i doświadczenia zdobyte m.in. w pracy dla sektora wojskowego w Izraelu, wdrażając je w polskim wojsku i biznesie. Do przykładów technologii przetestowanych w boju na Palestyńczykach, a transferowanych przez Asseco do Polski, możemy zaliczyć chociażby systemy szkoleniowe dla operatorów dronów. To również stworzony przez Asseco system dowodzenia „Wierzba” – kryptonim polskiego projektu Zintegrowanego Zautomatyzowanego Systemu Dowodzenia Wojsk Lądowych oraz rozwiązania wykorzystywane przez NATO i Frontex. Firma ponadto współpracuje z uczelniami z całej Polski, a w szczególności Podkarpacia, m.in. z Uniwersytetem Rzeszowskim, Politechniką Rzeszowską, Wyższą Szkołą Informatyki i Zarządzania oraz Wyższą Szkołą Prawa i Administracji. Współpraca ta obejmuje dostarczanie systemów wykorzystywanych przez uczelnianą administrację, fundowanie laboratoriów i nagród (np. AssecoLab na PRz), prowadzenie paneli oraz projektów badawczo-rozwojowych.

Podczas gdy państwo wycofuje się z finansowania szkół, szpitali i transportu, na militaryzację i infrastrukturę zbrojeniową nie brakuje środków. W błoto wyrzuca się środki, które mogłyby zostać przeznaczone m.in. na odbudowę służby zdrowia, modernizację infrastruktury oraz odwrócenie lub przynajmniej spowolnienie zapaści w regionie.

Ostatnio podpisane umowy SAFE sprawiły, że Podkarpacie otrzymało kredyt na ok. 80 mld zł, z czego 60 mld trafi do Huty Stalowa Wola, a 20 mld do Dezametu. Dla porównania roczny budżet podkarpackiego NFZ-u wynosi ok. 11 mld zł. Nietrudno zatem zauważyć, że te pieniądze wystarczyłyby na wielokrotną naprawę systemu ochrony zdrowia – w regionie i nie tylko, a kto udaje, że jest inaczej, jest albo odklejony od rzeczywistości, albo kłamie. Podobnie jest zresztą w relacji do budżetu województwa podkarpackiego, który wynosi ok. 2,8 mld zł – prawie 30 razy mniejszy niż jednorazowa dotacja dla chorego, skorumpowanego polskiego przemysłu zbrojeniowego, gdzie pieniądze nie pójdą ani na miejsca pracy, ani na rzeczywistą produkcję, lecz do prywatnych kieszeni spekulantów i cwaniaków.

Sektor militarny wytwarza towary, których wartość użytkowa może zostać zrealizowana tylko przez zabicie jednego robotnika przez drugiego. Jest to klasyczny przykład dominacji kapitału fikcyjnego w imperializmie, który, próbując wygrzebać się z ruchomych piasków nadprodukcji i spadkowej tendencji stopy zysku, ciągnie jedynie ludzkość w dół.

Reasumując, środki na zbrojenia odbierane są wszędzie indziej. Nieprzypadkowo widzimy teraz przyspieszającą degradację służby zdrowia. Jest to klasyczny dylemat „armaty vs masło” w wersji „czołgi vs szpitale” – a mimo to taka polityka spotyka się z poklaskiem „lewicowych” sił, od reformistów po głośno lobbujący za inwestycjami w (amerykańskie) PZL Mielec „patriotyczny” związek zawodowy „Solidarność”.

Scena polityczna

Związki zawodowe

W regionie o najwyższym bezrobociu związki są słabe. „Solidarność” istnieje tylko w dużych zakładach (PZL, DEZAMET), ale odgrywa tam rolę żółtego związku – jej działalność ma charakter przybocznych zarządu. Rola OPZZ jest marginalna i w praktyce ogranicza się do znikomej obecności w pielęgniarstwie i oświacie (ZNP).

Podczas gdy klasa robotnicza „Polski A” święci kolejne zwycięstwa – nawet jeśli nie są one zbyt liczne, jak np. w Jeremiasie czy Valeo – na Podkarpaciu nie było akcji strajkowej w przemyśle od przeszło dwóch dekad. Wynika to oczywiście zarówno z bardzo nieprzychylnego prawodawstwa, jak i z wysokiego bezrobocia w regionie. Działalność związkowa wydaje się tam szczególnie słaba i mało aktywna, skondensowana w cyklicznych uroczystościach i przyznawaniu sobie medali z byle okazji, takich jak rocznica śmierci Jana Pawła II, przez stałe biurokratyczne kółeczko wzajemnej adoracji. W trakcie naszej interwencji, podczas procesu wygaszania zakładu Trax BRW w Przeworsku, mieliśmy okazję porozmawiać z byłymi już pracownikami. W rozmowach dominowały apatia i, co nie dziwi, brak wiary w związek zawodowy, który mimo formalnego istnienia w zakładzie nie raczył nawet pojawić się na miejscu.

W pewnym momencie rozmowa zeszła na temat „Solidarności” z początku lat 80. Rozmówcy opowiadali, że sami uczestniczyli w tamtych strajkach, jednak nie wspominali tego okresu dobrze. Wyraźnie dało się odczuć poczucie zdrady. Nie jest to zresztą nowe odczucie. Starsze pokolenie robotników jest niestety zdemoralizowane przez przeszłe porażki, co do dziś wpływa na ich podejście do związków zawodowych i wzajemnej organizacji. Jednak mimo tego akcja protestacyjna w zakładach Hutchinsona na przełomie stycznia i lutego wskazuje, że potencjał na zorganizowaną walkę istnieje, lecz niestety jest skutecznie blokowany przez związkową biurokrację oraz groźby zamknięcia zakładu ze strony kapitalistów, realizujących jedynie resztki stopy zysku. Chodzi mianowicie o to, że rentowność jest tak niska, że kapitaliści są jeszcze bardziej oporni wobec ustępstw niż w „normalnych” czasach.

Prawica

Lewica reformistyczna (Nowa Lewica, Razem) jest praktycznie nieobecna w lokalnej polityce. W wyborach parlamentarnych z 2023 roku Razem w ramach koalicji Lewica na Podkarpaciu zanotowało najgorszy wynik, na poziomie 4,7%. Region zyskał miano bastionu konserwatyzmu ze względu na zmonopolizowanie miejscowej polityki przez prawicę, wobec nadziei zawiedzionych przez skompromitowany, nieudolny reformizm — jako marksiści wiemy, że konserwatyzm nie jest przyrodzoną cechą ludności „ściany wschodniej”, a ma swoje materialne podstawy.

Poparcie dla PiS w dużej mierze utrzymuje się dzięki wcześniejszym programom socjalnym, takim jak 500+ czy 13. i 14. emerytura, które znacząco odciążyły budżety biedniejszej części województwa. Ugrupowania związane z PiS-em – nieważne, czy Kaczyńskiego, czy Morawieckiego – mogą je jednak przepalić nawet w tym tradycyjnym bastionie PiS-u, gdy ewentualny rząd dzisiejszej opozycji zerwie z tą polityką w obliczu pogarszającej się sytuacji budżetowej i perspektywy globalnej recesji.

Konfederacja i Grzegorz Braun, reprezentujący KKP, zagospodarowali większość niezadowolenia. Ich ksenofobiczna i antyunijna narracja, połączona z socjalnymi postulatami, trafia na podatny grunt wśród biedoty i wykluczonych. Brakuje natomiast rewolucyjnej, postępowej, klasowej alternatywy, która wskazałaby prawdziwe źródło problemów – kapitalizm. Antysystemowość jest na Podkarpaciu czymś coraz atrakcyjniejszym, zważywszy, że wskutek organicznego kryzysu kapitalizmu zaufanie do państwowych instytucji i establishmentu szybko spada. Nie pomagają też liczne afery, jak ta „podkarpacka”, demaskująca, jak naprawdę rządzi się w kapitalizmie.

Pustka na lewicy jest tak ziejąca, że w obronie szpitala w Mielcu na pierwszej linii stoi aktualnie Konfederacja, jak na ironię, prezentując bardziej progresywną postawę niż liberałowie i opowiadając się za bezwarunkowym pozostawieniem szpitala bez cięć.

Przytoczmy wypowiedź Piotra Pomykały, regionalnego lidera Konfederacji, sprzeciwiającego się likwidacji porodówki w Nowej Dębie:

„Słyszymy o progach opłacalności oddziałów i wskazaniach dotyczących liczby porodów. Według tej logiki mamy zamykać komisariaty wszędzie tam, gdzie odnotowano za mało przestępstw. Porodówka nie jest fabryką – jej zadaniem nie jest generowanie zysku, a zapewnienie bezpieczeństwa matkom i dzieciom. Mamy katastrofę demograficzną. Odpowiedzią państwa nie może być likwidowanie miejsc, gdzie dzieci przychodzą na świat. Rząd przerzuca odpowiedzialność na powiaty, ale ten wadliwy system finansowania ochrony zdrowia doprowadza kolejne szpitale do ściany. Nie chcemy Polski, w której o dostępie do podstawowej opieki zdrowotnej decyduje Excel”.

Można by pomyśleć, że to prospołeczna retoryka pragmatycznego „socjaldemokraty”, jednak mimo że jest podszyta demagogią, może stać się fundamentem ich przyszłego zwycięstwa w regionie, na które nie należy się spodziewać innej odpowiedzi reformistów niż kolejne kurczowe złapanie się ogona powszechnie znienawidzonych liberałów, co widzimy obecnie w Niemczech po tym, jak AfD zajęła pierwsze miejsce w wyborach w Saksonii. Realna alternatywa musi jednak bazować na walce klas, a nie panice moralnej.

Reformizm

Parlamentarna reformistyczna lewica nie oferuje rozwiązań wobec pogarszającego się bytu podkarpackich robotników. Tworzy to ogromną próżnię, którą ktoś musi zagospodarować. Młodzież na Podkarpaciu, tak samo jak w innych regionach, szuka radykalnej alternatywy, jednak nie znajdzie jej u miałkich reformistów, popierających zachodni imperializm UE i NATO, u tych zwolenników kontynuacji wojny na Ukrainie i wzrostu wydatków zbrojeniowych. Działalność Razem nie budzi w niej nadziei. Nasilające się patriotyczne odchylenie odpycha ludzi. Za regionalny przykład może nam posłużyć celebrowanie Żołnierzy Wyklętych. Przykładem jest tu wpadka dotycząca Łukasza Cieplińskiego. Podkarpackie Razem zdecydowało się – ramię w ramię z IPN-em – celebrować antykomunistycznych bandytów z „polskiego podziemia”, kolektywnie zamieszanych w pogromy ludności ukraińskiej. Niezgodnie z faktami przypisano mu rzekome niesamowite związki z PPS-em. Sprawa szybko się wyjaśniła, a post ostatecznie usunięto. Wypierają również porażki – mowa o walce o porodówkę w Lesku, w której również marginalnie uczestniczyliśmy. Całą ciężko wykonaną pracę wykorzystali jednak liderzy, którzy po zaakceptowaniu pustych deklaracji Ministerstwa Zdrowia, a następnie ich wycofaniu uznali, że „zebrali już tyle PR-u, ile mogli”, i pogodzili się z klęską, zapewne zdając sobie sprawę z daremności swoich reformistycznych żądań. Pokazuje to jak na dłoni skuteczność i zaangażowanie polityków Razem. Nie powinniśmy się jednak odcinać od dołów, wśród których są bądź mogą pojawić się zaawansowane jednostki, do których należy dotrzeć.

Przypadek Leska to nie wyjątkowa, odosobniona sytuacja. Problem dotyczy całego Podkarpacia, a w szerszej perspektywie całej Polski. Potrzebujemy rozszerzać walkę i łączyć walki o każdą likwidowaną porodówkę, każdy likwidowany szpital w jeden szerszy ruch przeciwko siekierze liberałów. Problemem nie jest wyłącznie jedna błędna decyzja zarządu szpitala czy pojedyncze zaniedbanie. Za tymi decyzjami stoi system, który wywiera presję na budżety i zmusza kolejne samorządy do szukania oszczędności kosztem podstawowych usług publicznych, a ten system zwie się kapitalizmem.

Sam kierunek walki jest jednak słuszny. Potrzebujemy walczyć o porodówki, ale musimy zadać sobie pytanie: czy rzeczywiście chcemy wygrać? Jeśli tak, to dlaczego mamy wierzyć w puste obietnice biurokratów? Dlaczego pozostajemy przy izolowanym ruchu? Dlaczego budujemy indywidualny kapitał polityczny kilku posłów?

Niestety, nie jest to pojedyncza sytuacja, lecz szerszy schemat bezradności, do którego prowadzi reformizm. Wynika on z prostego mechanizmu: jeśli nie chcesz zerwać z kapitalizmem, musisz zaakceptować jego ramy. Musisz zaakceptować imperializm, musisz zaakceptować wojnę, musisz zaakceptować wyzysk, a w końcu musisz zaakceptować porażkę.

Tę lekcję trzeba odrobić na wczoraj, a w przypadku Razem czas twardo stanąć i zdecydować. Czy akceptujemy politykę, w której środki publiczne przeznacza się na zbrojenia i wojny? Czy rzeczywiście szczerze chcemy walczyć z polityką cięć i jej źródłem – kapitalizmem?

Którędy naprzód na Podkarpaciu?

Mogłoby się wydawać, że Podkarpacie mimo zacofania względem bogatszych regionów rządzi się innymi prawami, że nie da się tu niczego zbudować. Ale to iluzja. Wyzysk to wszędzie część panującego systemu. To, że w naszej części kraju jest bardziej nasilony, skutkuje tylko szerszymi rzeszami mas szukającymi alternatywy. Dlatego naszym pilnym zadaniem jest zbudowanie siły, która będzie zdolna odpowiedzieć na ten narastający potencjał. Obiecywano nam lepsze życie, ale w praktyce z każdym rokiem staje się ono w coraz większym stopniu tylko wspomnieniem niedoścignionego marzenia. Tym, co jest natomiast realne, są rosnące bezrobocie i zadłużenie, umowy śmieciowe, wysokie czynsze, wysokie ceny mieszkań, rozpadający się sektor publiczny, gdy spekulanci zbrojeniowi piją szampana. Miasta pustoszeją, a wraz z fabrykami zamykane są szpitale i szkoły. Gromadzi się łatwopalny materiał, który kiedyś zapłonie od byle iskry. Już teraz wpływa to na świadomość młodzieży, która coraz wyraźniej poszukuje radykalnej alternatywy wobec powszechnej zgnilizny. W obliczu tego procesu szczególnego znaczenia nabiera stworzenie realnego punktu odniesienia dla radykalizującej się młodzieży.

rzeszow
Oddział Rzeszowski na tegorocznym Marszu Równości

Nie możemy jednak działać chaotycznie. Potrzebujemy kadrowej organizacji profesjonalnych rewolucjonistów, którzy rozumieją, że lokalna walka musi być częścią ogólnopolskiego i międzynarodowego ruchu komunistycznego.

Naszym zadaniem jest przełamanie apatii, pesymizmu i beznadziei. Wielu z tych, do których wyjdziemy, będzie nam mówić, że jesteśmy zbyt mali, by cokolwiek znaczyć. Tak! Tak, jesteśmy zbyt mali, dlatego najlepsze, co możesz zrobić, to pomóc nam przełamać ten impas. Musimy pokazać, że podkarpacki kryzys nie jest przypadkowy, lecz jest wynikiem systemu, który zyski koncentruje w rękach paru burżujów, a koszty przerzuca na resztę. Tylko zorganizowana partia robotnicza, przeprowadzająca rewolucję, może to zmienić.

Tak, jesteśmy na razie nieliczni. Ale w regionie, gdzie właściwie nie istnieje lewica, ani nawet lewe skrzydło liberałów, mamy do czynienia z ogromną próżnią, którą może i musi zapełnić radykalna alternatywa.

Kapitalizm przygotował sobie sznur. Wschód Polski nie jest wyjątkiem. Naszym zadaniem jest sprawić, by chwyciły go silne ręce partii bolszewickiej, zdolnej wykorzystać okazję, by skończyć raz na zawsze z systemem klasowego barbarzyństwa!

Dołącz do nas, dołącz do Czerwonego Frontu!


Autorzy: Oddział Rzeszów