cf angler fb i strona logo mniejsze

„Gdyby wybory mogły cokolwiek zmienić, już dawno byłyby zakazane” – powiedziała ponad sto lat temu Emma Goldman, rosyjska anarchistka. Mimo upływu czasu ta wypowiedź pozostaje aktualna. Na całym świecie można dostrzec, jak jedno państwo za drugim demontuje socjal, jak rośnie nienawiść do imigrantów, podsycana przez szarlatanów pokroju Bena Shapiro i hojnie fundowanych przez burżuazję anonimowych twórców, jak pokazały ujawnione kontakty Epsteina z twórcą 4chana. Po długim pokoju w Europie militaryści szykują kolejną wojnę. Zapytać można: „Skoro mamy demokrację, dlaczego zwykły, szary człowiek miałby głosować na coś takiego?”. Łatwo sobie wmawiać, że padł ofiarą dezinformacji, dał się zmanipulować, w głębi duszy jest potworem i tak dalej. Po chwili namysłu jednak widzimy, że demokracja w kapitalizmie, podobnie jak równość wobec prawa i w umowach, ma dla większości charakter głównie formalny. Parlament ma być rzekomo wyrazicielem „woli narodu”. Jednak znajdującym się tam politykom zdecydowanie bardziej zależy na krzyżykach w rogu banknotów stuzłotowych niż tych na kartach wyborczych. Powiedzenie angielskie głosi, że „pieniądze mówią”, ale Francja poszła o krok dalej, tam pieniądze królują – l’argent est roi.

W tym kraju rośnie popularność Zjednoczenia Narodowego (RN), skrajnie reakcyjnej partii politycznej Marine Le Pen. Zaledwie rok temu Zjednoczenie Narodowe zyskało tak wielkie poparcie wśród Francuzów, że w 2024 roku zdobyło 30 z 81 francuskich miejsc w Europarlamencie. Reakcją prezydenta Macrona było rozpisanie przedterminowych wyborów parlamentarnych. Macron-bankier nie miał zamiaru „ratować” Francji przed RN – liczył raczej na przepchnięcie cięć ich rękami, by następnie zyskać kozła ofiarnego, który zapewni reelekcję kandydatowi jego partii w wyborach prezydenckich. Zamiast tego sprowokował jedynie krach francuskiego parlamentaryzmu. Francja ma obecnie piątego premiera w ciągu trzech lat!

Czy zwycięstwo Le Pen niosłoby za sobą cokolwiek dobrego dla Francuzów? Reakcjoniści Francji i świata jednogłośnie odpowiedzą: tak. Co może wydawać się dziwne, to samo twierdzą również komuniści, jednak ci drudzy zadadzą jedno, aczkolwiek niezmiernie ważne pytanie: dla których Francuzów?

Wbrew kłamstwom, którymi karmi się Europejczyków, naród nie ma jednego, spójnego interesu, bo każdy naród składa się z klas, które są ze sobą w nieuniknionym konflikcie. Mówienie o „interesie narodowym” wynika więc albo z nieuświadomienia, albo z cynicznej demagogii. Jeśli chodzi o politykę, nie ma Francuzów; jest francuski proletariat oraz francuska burżuazja i dla niej RN ma cały ogrom korzyści. Obecny przewodniczący tej partii i poseł do Europarlamentu, Jordan Bardella, w wywiadzie dla „Financial Times” z czerwca 2024 roku nie zawahał się stwierdzić, że priorytetem dla niego będzie obniżka podatków oraz uproszczenie standardów BHP. Czy można się zatem dziwić, że francuski i zagraniczny kapitał, taki jak Michelin czy Tomcat Motorsport, znajdują się na liście sponsorów Zjednoczenia Narodowego?

Czy francuskim robotnikom RN też jest w stanie przynieść jakieś korzyści? Tak, jeśli za takie zaczniemy uważać niedofinansowane szpitale i utratę kończyn na skutek wypadków w pracy!

Zwykły obywatel może się zastanawiać: dlaczego partia, która ma poglądy tak wrogie interesom lwiej części społeczeństwa, zdołała zdobyć tak duże poparcie? Powodów jest wiele i można o nich napisać sporo, jednak największy z nich można opisać jednym słowem: reformizm. To właśnie żałosne próby nadania kapitalistycznej bestii ludzkiej twarzy poskutkowały tym, że dziś we Francji śmiało pokazuje ona swoje kły i pazury.

Sidła na proletariat

Polityka to arena ciągłego konfliktu między tymi, którzy pracują i tymi, którzy na nich zarabiają. Ci drudzy, niczym rzymscy gladiatorzy-sieciarze (łac. retiarii), mają dwie bardzo skuteczne bronie. Podczas gdy starożytni wojownicy używali trójzębu i sieci, kapitaliści dysponują całym aparatem przemocy – armią, policją, a w razie potrzeby faszystowskimi bojówkami – oraz reformizmem. Klasa panująca wykorzystuje swoich osiłków przeciwko pracownikom, ale to ich mniej bezpieczna broń. Tak jak retiarii na piaskach Koloseum używali sieci do unieruchamiania przeciwników, tak dziś burżuazja w tym samym celu stosuje reformizm. Francja jest tego doskonałym przykładem.

Wystarczy spojrzeć, jak reformiści zachowują się w czasie kryzysów, które w kapitalizmie stanowią stały motyw. Pod koniec lat 70. Francja, tak jak reszta Europy, doznała poważnej recesji wskutek światowego kryzysu. Wzrost PKB spadł z 3,6% w 1979 r. aż do 1,6% w 1980 r. i 1,1% w 1981 r. W 1982 r. nastąpiło nieznaczne ożywienie – 2,5% wzrostu PKB – tylko po to, by ledwie rok później dynamika ta spadła do 1,3%.

Co to oznaczało dla zwykłych ludzi? Przede wszystkim bezrobocie. Między październikiem 1980 r. a marcem 1985 r. liczba zarejestrowanych bezrobotnych zwiększyła się we Francji z 1,6 do 2,4 miliona. Bezrobocie szczególnie mocno dotknęło państwowe sektory przemysłowe, takie jak górnictwo i hutnictwo.

Bezpieczeństwo i stabilność ponad 800 tysięcy ludzkich żyć poświęcono na ołtarzu kapitału rękami „lewicowego” rządu François Mitterranda oraz podległej mu Partii Socjalistycznej (PS). To właśnie on w czerwcu 1982 r. ogłosił wstrzymanie wprowadzania reform socjalnych. Następnie ochoczo zaczął „zaciskać pas” na wychudzonych biodrach ludu francuskiego. Jego polityka oszczędności osiągnęła szczyt w 1983 roku, gdy wprowadził znaczne cięcia w budżecie publicznym oraz podniósł podatki obciążające klasę robotniczą. Skutkowało to zamrożeniem płac, bezrobociem oraz spadkiem jakości życia francuskiego proletariatu.

Przykładów jest znacznie więcej. W 1997 roku premierem został przedstawiciel Partii Socjalistycznej, Lionel Jospin. W ciągu pięciu lat jego kadencji Francja doświadczyła: masowej prywatyzacji publicznych firm, znacznego wzrostu niepewnego zatrudnienia (wliczając w to sektor publiczny) oraz została wplątana w imperialistyczną wojnę w Afganistanie i Jugosławii. Jospinowi zdecydowanie bardziej zależało na poparciu francuskiego kapitału aniżeli francuskich robotników, czego efekty były tragiczne w skutkach. W wyniku tak zapalczywego wdzięczenia się do burżuazji Jospin całkowicie stracił zaufanie wyborców, którzy pokładali jakiekolwiek nadzieje w lewicy. W latach 1997–2002 Jospin stracił ponad 2 mln wyborców. Trudno się dziwić, skoro ten „socjalista” powiedział wprost, że „jego projekt jest nowoczesny, nie socjalistyczny”.

Wisienką na zdradliwym torcie francuskiej lewicy reformistycznej był rok 2008. Wtedy to przez świat przetoczył się głęboki kryzys gospodarczy. We Francji przejawił się on spadkiem wzrostu PKB o 2,8 pkt proc., inwestycji o 9%, importu oraz eksportu o odpowiednio 11% i 12% – wszystko względem roku poprzedniego. Podobnie jak podczas poprzedniego kryzysu miało to opłakane skutki dla klasy pracującej – wzrost bezrobocia o 3 punkty procentowe, głównie przez masowe zwolnienia w budżetówce, zmniejszenie wydatków publicznych oraz podniesienie wieku emerytalnego do 62 lat. U władzy była wtedy centroprawica zrzeszona w Unii na Rzecz Ruchu Ludowego (UMP), kierowana przez Nicolasa Sarkozy’ego, ale PS była drugą największą siłą we francuskim parlamencie (186 posłów i 116 senatorów). Nie powstrzymało to jednak „socjalistów” od całkowitej bierności wobec dzikich ataków na byt francuskich robotników; co więcej, niektórzy z ich polityków sami głosowali za falą prywatyzacji czy podniesieniem wieku emerytalnego.

Dlaczego więc partia mieniąca się socjalistyczną zdecydowała się na coś takiego? Dlaczego nie stanęła po stronie pracowników? Z jednego, prostego powodu: zwyciężyła w niej frakcja reformistyczna. Pod koniec lat 70., kiedy oficjalny program partii nie był jeszcze ustalony, spór wewnątrzpartyjny zwyciężyła oportunistyczna klika Mitterranda, podczas gdy tendencja rewolucyjna J. P. Chevènementa została odsunięta na boczny tor.

Reformistom nie marzy się obalenie obecnego systemu, gdyż ich własna pozycja od niego zależy. W zamian za ciepłe posady nie zawahają się rzucić proletariatu pod pociąg. Można zatem dojść do wniosku: „socjalista” mówiący o reformowaniu kapitalizmu, a nie o jego całkowitym obaleniu, ma w sobie mniej więcej tyle uczciwości, co oszust działający „na wnuczka”. Reformizm jest kluczową bronią burżuazji. Pozwala bowiem krótkoterminowo stłumić rewolucyjne nastroje i bojowość w klasie robotniczej, zamydlić jej oczy wiarą w naprawienie systemu, którego istnienie zależy od ich wyzysku, sparaliżować lub powstrzymać od dalszej walki. Katastrofalne konsekwencje reformizmu sięgają jednak znacznie dalej.

„Lewy” do prawego – wypij kolego

We francuskiej historii politycznej, głównie od końca II wojny światowej, można zaobserwować niezwykle ciekawą korelację. W 1984 r. Front Narodowy zdołał uzyskać ponad 2,2 z 20 milionów głosów. W roku 2002 Le Pen uzyskała 300 tys. głosów więcej względem 1997 r. W 2007 roku Le Pen cieszyła się 3,8 milionami głosów. Jednak po kryzysie z 2008 r. i latach partactwa „lewicy” Le Pen mogła się szczycić oszałamiającą liczbą 6,4 miliona głosujących w kwietniu 2012 roku. Populistyczna prawica rośnie w siłę za każdym razem, gdy reformiści zawodzą pokładane w nich nadzieje i aktywnie przyczyniają się do pogorszenia standardów życia pracowników. 

Reformizm nie jest w stanie zagwarantować zwykłemu obywatelowi spokojnego życia, bo jest uzależniony od systemu kapitalistycznego – a ten musi te życia wpędzać w coraz to brutalniejszą niepewność, strach i niedostatek, by potem mieć ze zwykłego obywatela dojną krowę. Kiedy system zażąda ofiary w ludziach, jedyne, co ideologiczni reformiści będą w stanie zrobić, to zgięcie karku i powiedzenie: „Tak, Panie”. Nie gra absolutnie żadnej roli to, jaki reformista jest u władzy; każdy koniec końców decyduje się na zdradę.

Z racji, że reformiści określają się mianem lewicowców, cierpi lewica rewolucyjna. Myślenie przeciętnego wyborcy jest proste: „skoro obecnie lewica jest w rządzie i obecnie moje życie jest do dupy, jest to wina lewicy. W następnych wyborach zagłosuję na prawicę”. Nie można się temu dziwić. Z perspektywy osoby, która z racji zapracowania i martwienia się o byt nawet nie może sobie pozwolić na poważniejsze zagłębienie się w teorię polityczną, wniosek ten jest logiczny. 

Historia uczy, że za siłą prawicy stoi nie charyzma jej przedstawicieli, argumenty czy światłość intelektualna, ale właśnie słabość reformistycznej lewicy. Socjalzdrajcy zawsze pozwolą, by kaprysy kapitalizmu niszczyły zwykłych ludzi. 

Jest to woda na młyn dla prawicowej szarlatanerii. Kiedy gnębiona przez kapitał i zdradzona przez reformistów ludność domaga się wyjaśnienia swojej rozpaczliwej sytuacji, na scenę wchodzi prawicowa machina kłamstw, dezinformacji i kozłów ofiarnych. Prawica będzie zganiać winę na wszystko wokół, na imigrantów, na Żydów, na osoby LGBT – na wszystko, prócz prawdziwego problemu – klasy kapitalistów. Zwykle odnoszą powierzchowny sukces, jednak wojna kulturowa nie zapewniła jeszcze nikomu chleba poza nielicznymi demagogami. Populiści, jak to mają w zwyczaju, kompletnie zasłużenie, ale z kompletnie złych powodów uderzają też w rządzących polityków. Po fiasku z 2002 roku partia Le Pen okrzyknęła ówczesnych rządzących jako sprzedawczyków grających do jednej bramki, a swoją zgraję – jako chorągiew rycerzy zdolnych przeciwstawić się wszystkim partiom we francuskim parlamencie.

Proste rozwiązania na głębokie sprzeczności

O kapitale można powiedzieć dwie rzeczy: będzie potrzebować skrajnej prawicy tylko w ostateczności i zdecydowanie bardziej od prawicy boi się rewolucji. Zrozumienie tego faktu pozwoli wyjaśnić, dlaczego w ogóle w latach 2017–2022 doszło we Francji do utworzenia „Frontu Republikańskiego” – koalicji wszystkich większych partii we francuskim parlamencie, łącznie z Partią Socjalistyczną, przeciwko RN.

Rzecz jasna wygrana RN, jak i AfD i podobnych tworów, nie będzie oznaczać faszyzmu ani tego, że po ulicach europejskich miast będą maszerować czarne koszule. Cała ta łamigłówka opiera się na prostym pytaniu – jakie ugrupowanie będzie w stanie najlepiej reprezentować kapitalistów w danym okresie? W tym równaniu istotną zmienną są nastroje społeczne i sposoby zarządzania klasą pracującą. Obecny wzrost poparcia dla demagogicznej prawicy jest odbiciem braku zaufania robotników do liberalnych metod – w ramach których wszystkie brzydkie aspekty kapitalizmu ukrywa się pod fasadą demokracji, prawa, konstytucji czy wolnych sądów. Partie takie jak RN czy administracja Donalda Trumpa jawnie obnażają prawdziwy charakter systemu, dodatkowo budując swoje poparcie właśnie wśród najbardziej pogardzanych przez liberałów warstwach, w tym również coraz większej części klasy pracującej. To nienawiść do Demokratów i kryzys, a nie cokolwiek innego, wyniosło do władzy Trumpa – i ten sam mechanizm to jedyna droga, dzięki której we francuskim parlamencie mogą zasiąść lepeniści.

Najgorszym, co może się stać z punktu widzenia kapitału, to rozbudzenie nadziei proletariatu na zmianę systemu, którą obiecuje demagogiczna prawica. Nie grozi nam to, że RN i inni rzeczywiście będą w stanie zrealizować swój program – ten bowiem jest już z góry ustalony nie w tym czy innym parlamencie, lecz w salach konferencyjnych przedstawicieli biznesu. Prawica u władzy zachowa się dokładnie w ten sam sposób, w jaki zmuszony jest działać Donald Trump – zamiast pokoju wojna, zamiast ochrony miejsc pracy masowe zwolnienia itd. Wszystkie te partie mogą najwyżej jeszcze brutalniej dociskać robotników. Na ten krok europejska burżuazja nie jest jednak w pełni gotowa, starając się wciąż przesunąć liberałów na prawo tak, by nie musieć ryzykować. Nie jest tajemnicą, że jeśli robotnicy zawiodą się na demagogicznej prawicy u władzy, wówczas zwrócą swoje oczy w lewo – a tam we Francji już czeka Jean-Luc Mélenchon, którego rzeczywiście boją się kapitaliści. To wciąż reformista, ale zdecydowanie lewicowy i mówiący nie językiem dopasowanym do iluzji kompromisu i pragmatycznej współpracy z liberałami, lecz językiem walki klasowej.

Nawet ulubiona przez prawicę zasłona dymna – walka z migrantami – może być wyłącznie krótkotrwała i musi mieścić się w kapitalistycznej logice zysku. W obliczu barbarzyńskich nalotów ICE przedstawiciele biznesu już dziś skarżą się, że nie ma rąk do pracy, nie mówiąc już o dużo bardziej niebezpiecznej dla systemu groźbie strajku generalnego w Minneapolis. Można przez pewien czas oszukiwać robotników, że za kryzysem stoją migranci, ale koniec końców nie można dopuścić do tego, by w zyski kapitalistów uderzyć nie tylko deportacjami, ale właśnie zorganizowaną akcją klasy pracującej. Mity i iluzje, które stosuje prawica, mają to do siebie, że potrafią rozlecieć się w pył w momencie wspólnej walki klasowej – a takie doświadczenie potrafi zostać w świadomości robotników na całe dekady, kształcąc ją i wyostrzając.

Plany RN są po prostu niemożliwe do pogodzenia z kapitalizmem – nawet gdyby ci ludzie byli w stanie pozbyć się imigrantów, nie pozwoli im na to burżuazja. To, czego potrzebują kapitaliści, to nie kraj czysty rasowo, etnicznie, religijnie czy cokolwiek innego, co akurat postuluje ten czy inny szarlatan – lecz kraj, w którym klasa pracująca jest podzielona, a migranci mogą tworzyć tzw. rezerwową armię pracy. Co to oznacza? Grupę osób, którzy swoim niepewnym istnieniem oraz zagrożeniem ze strony nacjonalistów i państwa stanowią z jednej strony łatwy materiał do wyzysku, a z drugiej ostrzeżenie dla każdego robotnika. Mało który z francuskich robotników nie usłyszał w ostatnim okresie podstawowej groźby – mam 15 Algierczyków na twoje miejsce, więc lepiej uważaj.

Użyteczność wojenki kulturowej rośnie proporcjonalnie do sprzeczności klasowych. Niektórzy przedstawiciele burżuazji mogą popierać RN już teraz, jednak burżuazja jako klasa jeszcze nie znalazła się na etapie, kiedy będzie rozpaczliwie potrzebować usług siepaczy. Na chwilę obecną burżuje są w stanie prowadzić antyrobotniczą politykę bez nadawania zasłonie dymnej prawicowej demagogii zinstytucjonalizowanej formy. Stąd widoczny jak na dłoni zdecydowany marsz na prawo wszystkich europejskich liberałów, od Macrona po Tuska. Pomysł jest jeden – skoro demagogiczna prawica chwyta się drogi na skróty pod tytułem krzyków o imigrantach, to liberałowie postanowili zrobić to samo, tylko lepiej i znacznie sprawniej, mając do dyspozycji na przykład machinę Unii Europejskiej z jej Frontexem dokonującym nagminnie formalnie nielegalnych pushbacków. Już teraz jest jednak jasne, że to absolutnie nie wystarcza, a populistyczna prawica rośnie właśnie dlatego, że nie są liberałami, którym nikt dzisiaj nie wierzy nawet wtedy, gdy sami ubierają czarne koszule i udają obozowych strażników Twierdzy Europa.

O ile liberałowie tłumaczą kryzys w zawiły sposób, łapiąc się to straszenia Rosją i potrzebą zbrojeń, to odwołaniem do nieodkrytych i ezoterycznych prawideł ekonomii czy tysiącem innych bajek, demagogiczna prawica ma na to wszystko prostą receptę, bardzo zbliżoną w każdym kraju europejskim – deportować imigrantów, wyjść z Unii i rozgonić całą obecną scenę polityczną na cztery wiatry. Rozwiązanie kapitalistycznych sprzeczności rzeczywiście może być proste o tyle, o ile uznamy, że oprócz parlamentarnych przedstawicieli kapitału trzeba też pokonać kapitalizm. Tego jednak ani liberałowie, ani prawica nie przyznają i przyznać nie mogą.

Front Republikański – jak gasić pożar benzyną

Ze słabości establishmentu wynika rozpaczliwa próba stworzenia Frontu Republikańskiego, który miał łączyć wszystkie partie na lewo od RN, tak by nie dopuścić do władzy prawicowych szarlatanów. Ta koalicja jednak opiera się właśnie na absolutnym niezrozumieniu fenomenu wzrostu prawicy, uznając że można temu zapobiec… jeszcze dosadniej dociskając „motłoch”, który z własnej głupoty i braku edukacji ma głosować na RN, a nie na zwolenników liberalnej demokracji. Jednocześnie tak eklektyczne przymierze nie mogło być konstruktywne i nie miało prawa się udać.

W tym przymierzu znajdowali się liberałowie, socjaldemokraci i centryści, a każdy z nich chciał czegoś innego. Niesie to ze sobą masę wewnętrznych tarć i nieufności, gdyż w wielu przypadkach ich cele są ze sobą sprzeczne. W interesie robotników, wywierających presję na niektóre ugrupowania Frontu, jest np. większa płaca minimalna czy rozszerzenie sektora publicznego, co z kolei jest solą w oku liberałów. Jedna frakcja, w imię jedności, będzie musiała się całkowicie wyrzec polityki, która zaskarbiła im głosy swoich wyborców. Takiego wyrzeczenia zawsze dokonuje frakcja prorobotnicza, gdyż burżuazja i liberałowie wewnątrz frontu będą starali się zdusić tendencje wywrotowe w zarodku. Dla lwiej części członków takiego frontu poparcie potężnej burżuazji będzie zdecydowanie bardziej łakomym kąskiem aniżeli poparcie robotników, stąd presja do „poświęcenia się” na rzecz drużyny. 

Obrazuje to np. sytuacja z lata 2024 roku. Masy robotnicze były gotowe walczyć z dalszymi atakami na system emerytalny, ale nie chciało tego związane z partiami parlamentarnymi dowództwo związków zawodowych, jak na przykład Sophie Binet z CGT, czyli jednej z największych francuskich konfederacji pracowniczych, tradycyjnie popierającej PS. Wzywała ona robotników do zachowania spokoju i „doraźnego” zaniechania dalszej walki, chociaż sami robotnicy byli gotowi iść dalej – wystarczyło, by związki zawodowe dały jasny sygnał i zorganizowały ruch, a być może francuski rząd upadłby wówczas pod ciosami walczącej klasy pracującej. Widać tutaj zatem jak na dłoni rewolucyjny potencjał ugaszony przez parlamentarną lewicę, która opiera się na robotnikach o tyle, o ile nie wchodzą oni w jawny i bezpośredni konflikt z interesami kapitału. Wszystko działo się w imię rzucenia „wszystkich rąk na pokład” do walki z RN i zwycięstwa „mniejszego zła”.

Poprzez brak jakiegokolwiek oporu taki front będzie mieć wolną rękę w próbach podkradania wyborców prawicy. „A to może uda się przekonać jakiegoś faszystę do głosu na naszą partię” – myśli jeden działacz frontu, „a to może będziemy w stanie zrobić jakiemuś burżujowi lepiej i zyskać jego fundusze na kampanie wyborcze” – myśli drugi. Dało się to zaobserwować w roku 2002, kiedy pozostałe partie polityczne w celu „ochrony demokracji” przed zakusami niecnej Le Pen utworzyły podobny sojusz. Skutkowało to zwycięstwem Jacquesa Chiraca, przedstawiciela Unii na Rzecz Ruchu Ludowego w wyborach prezydenckich. Jacques nigdy nie wygrałby tych wyborów, gdyby nie masowe poparcie, którego udzieliła mu reformistyczna lewica. 

Jak Chirac odwdzięczył się setkom tysięcy robotników, którzy uwierzyli lewicy i na niego głosowali? Otóż ofensywą w system emerytalny, która polegała na próbach zrównania świadczeń emerytalnych dla pracowników sektora publicznego i prywatnego. Prócz tego planował zwiększyć wiek emerytalny; przeciętny pracownik musiał przepracować 40 lat, zanim otrzymałby prawo do emerytury, zamiast standardowych 37,5 roku. Chirac mógł się jeszcze pochwalić „zmiękczeniem” 35-godzinnego tygodnia pracy, czy kampanią nienawiści wymierzoną w muzułmanów w służbie interesów natowskiego imperializmu, który wówczas atakował Irak. Nicolas Sarkozy, który był wówczas ministrem spraw wewnętrznych, z kolei sączył jad przeciwko zubożałym mieszkańcom przedmieść, nazywając ich „szumowiną”, której sąsiedztwa muszą zostać „oczyszczone myjką ciśnieniową”. 

Niemal identycznie zachowywał się Front Republikański z lat 2017–2022. Mało tego, główne ugrupowanie w tym froncie, Les Républicains pod wodzą Macrona, wyszło z inicjatywą wypowiedzenia porozumienia francusko-algierskiego z 1968 r. Reakcyjna polityka reakcyjną polityką poganiała reakcyjną politykę; wszystko to, by walczyć z reakcją. Kończyło się to dokładnie tak, jak można było przewidzieć: totalną katastrofą. Miliony robotników, którzy zaufali partiom lewicowym doświadczyli z ich strony jedynie zdrady i stale pogarszających się warunków życia. Wszystko to oczywiście tylko wzmacniało Le Pen. Jej retoryka o „bandzie czworga” i spisku przeciwko jej ugrupowaniu nabrała mnóstwa wiarygodności. Swoje zwieńczenie miało to w 2024 roku: ponad 10 milionów głosów oddanych na RN, największy sukces elekcyjny w historii tego ugrupowania. 

Politykę Frontu Republikańskiego i innych ugrupowań tego typu można określić jako krótkowzroczną. Owszem, udało się wygrać przeciwko Zjednoczeniu Narodowemu, jednak było to pyrrusowe zwycięstwo. Za następne cztery lata w parlamencie Front Republikański zapłacił ogromną legitymizacją i wzmocnieniem RN. To właśnie stronnictwo Le Pen nie tylko nie brało udziału w rządzie cięć i pogardy, ale wręcz przeciwnie – było celem ataków tego rządu w tym samym stopniu, co klasa pracująca. Można by uznać, że to gorzka lekcja i żaden mądry polityk już jej więcej nie powtórzy. Stało się jednak inaczej.

Rodzynek w torcie z arszenikiem

Reformizm nie działa, jednak z uporem maniaka odmawia odejścia w niebyt. Na całym świecie pojawiają się coraz to nowi ludzie, obiecują ujarzmienie kapitalizmu i zagwarantowanie niezliczonym milionom godziwej egzystencji, a potem równie szybko upadają. Jak to się jednak dzieje, że reformiści w ogóle cieszą się zaufaniem ludności?

Głównie dlatego, że robotnicy rzadko mogą sobie pozwolić na poważne zapoznanie się z przeszłością oraz teorią polityczną. Po ośmiu lub więcej godzinach w ciężkiej pracy główną rzeczą, na jakiej może zależeć robotnikowi, jest właśnie odpoczynek czy spędzenie czasu z rodziną. Czytanie, zapamiętywanie, uczenie się czy robienie notatek wymaga niemałej chęci, energii czy chociażby czasu. Tutaj trzeba zdać sobie sprawę z ważnego faktu: każdy reformista, choćby nie wiadomo jak potężny, wpływowy i charyzmatyczny, będzie skazany na operowanie wewnątrz systemu kapitalistycznego, a wbudowane w niego mechanizmy są zbyt potężne, by taki empatyczny wizjoner mógł mu się przeciwstawiać bez konsekwencji na własnej osobie. Tak długo, jak ten system istnieje, tak długo będzie można mówić maksymalnie o zwycięstwach taktycznych, ale nigdy strategicznych. Reformista może pozwolić na wygraną w bitwie, jednak wojna praktycznie na samym starcie jest już przegrana i pozostanie takową, dopóki ofensywa nie zostanie skierowana w stronę zniszczenia systemu.

Kapitalizm można ujarzmić chwilowo, jednak, gdy pojawi się następny kryzys, kapitaliści, by zachować „rentowność” zaczną grozić przeniesieniem fabryk gdzieś indziej lub zaniechaniem płacenia podatków. W takim momencie rząd, zamiast stanąć po stronie robotników i wywłaszczyć kapitalistów, pęka i ustępuje. Zaczyna się atak na robotników; na wiek emerytalny, czas pracy, pensje, prawo do urlopów. Obrona dobrobytu klasy pracującej ustępuje presji na utrzymanie krwiożerczego systemu przy życiu. Nieważne, jak dobrym zarządcą kapitalizmu ktoś może się wydawać, nigdy nie będzie on w stanie nad kapitalizmem zapanować. To nie ludzie rządzą kapitalizmem, ale kapitalizm ludźmi. Dopóki tej lekcji nie przyjmiemy sobie do serca i nie zaczniemy skupiać naszego działania politycznego wokół niej, wyzwolenie będzie pozostawać tylko odległym marzeniem. 

Francja i Polska – różne kraje, podobne problemy

Narastająca popularność skrajnej prawicy jest problemem również w Polsce. Widać to poprzez rosnącą popularność obu Konfederacji. Zagrożenie, które niosą za sobą dla polskiego robotnika jest porównywalne z tym, które dla francuskiego niesie Zjednoczenie Narodowe – niezaprzeczalnie duże.

By to sobie zobrazować, wystarczy przypomnieć sobie co się stało, kiedy polski robotnik powiedział w końcu „dość” i zaczął walczyć o swoje prawa przeciwko niemieckiemu kapitałowi. Latem 2025 roku, zatrudnieni na psich warunkach pracownicy firmy Jeremias, po długich miesiącach bezowocnych negocjacji, w końcu zdecydowali się rozpocząć strajk. Była to długa batalia, jednak przyniosła oczekiwany rezultat: nie tylko strajkujący zachowali miejsca pracy, ale również zmusili szefostwo do poprawy warunków pracy i zaoferowania znacznie większych pensji. Robotnikom w walce towarzyszyli przedstawiciele szeroko zakrojonej lewicy, począwszy od reformistów z Razem, skończywszy na komunistach z Czerwonego Frontu. W gronie zwycięstwa jednak zabrakło przedstawicieli „narodowej” prawicy, takiej jak Konfederacja czy brauniści. Ba, w kręgach prawicowych to monumentalne wydarzenie dla polskiej pracy przeszło właściwie bez echa.

Niemalże identycznym brakiem zainteresowania ze strony prawicy cieszy się również strajk w Valeo. Jedyną różnicą między Valeo a Jeremiasem jest to, że wielce szanowny Grzegorz Braun raczył się pofatygować na jedno wystąpienie robotnicze, zrobić sobie zdjęcie z kilkoma strajkującymi i od niechcenia udzielić im słownego poparcia. Od tamtej pory Braun w całości oddał się swojej pasji: organizowaniu nagonki na imigrantów. O zmaganiach polskich robotników z kapitałem lider KKP nie mówi prawie w ogóle. W końcu bezpośrednim zagrożeniem dla polskiego robotnika nie jest francuskojęzyczny imigrant z któregoś z krajów afrykańskich, ale rodowity francuski kapitalista.

Widać tutaj dwa przykłady walki polskiego pracownika z krwiożerczym zagranicznym kapitałem, a prawica, dla której naród miałby rzekomo być największą wartością, wykazuje się wobec tej sprawy całkowitą biernością i apatią. Jak można zatem wyjaśnić ten dysonans poznawczy? Otóż te dwa przykłady dobitnie pokazują, że prawdziwą wartością dla prawicy jest zachowanie obecnych relacji produkcyjnych, a „naród” jest jedynie narzędziem do osiągnięcia tego celu. Braun, Mentzen i inni szczekają na temat Ukraińców, imigrantów i osób LGBT bezustannie po to, by skierować gniew rodzimych robotników na nieco innych przedstawicieli proletariatu. Nie ma tu krzty miłości i szacunku dla przeciętnego Polaka, jest tylko nienawiść, której celem jest ochrona kapitału. „Co nam obca przemoc wzięła, szablą odbierzemy” – takie są słowa Mazurka Dąbrowskiego, jednak ewidentnie „obca przemoc” jest dla nich – jeśli tylko inicjuje ją ktoś dobrze usytuowany – całkowicie akceptowalna; przynajmniej na tyle, by zachować szabelkę przypiętą do pasa. 

Kiedy burżuazja mówi o „narodzie”, działa to tylko w jedną stronę. Poświęcenia na rzecz ojczyzny oczekuje się tylko od klasy robotniczej, ale nigdy nie od wyzyskiwaczy. Klasie wyzyskującej prawica wręcz zacznie dogadzać ulgami podatkowymi, pomniejszeniem siły nabywczej płacy minimalnej czy ograniczaniem prawa do strajku.

Obcy kapitał od zawsze jest dla prawicy bardziej atrakcyjny, aniżeli rodzimi robotnicy. Można było to zobaczyć w 1871, kiedy w czasie Komuny Paryskiej francuska reakcja wolała się dogadać z Prusami i dokonać rzezi na rewolucyjnych Paryżanach. Można to było zobaczyć również w Korei i Wietnamie, gdzie reakcja układała się z amerykańskim okupantem, francuskimi kolonizatorami i spadkobiercami rzeźnickiego japońskiego imperializmu. W końcu widać to dziś – aczkolwiek w znacznie mniej ekstremalnym stopniu – kiedy w Polsce prawicowcy określają niemieckie AfD mianem „najbardziej propolskiej partii w Niemczech”, mimo tego, że było jedynym ugrupowaniem w parlamencie, które w grudniu 2025 roku zagłosowało przeciwko odbudowie w Berlinie pomnika upamiętniającego polskie ofiary niemieckiej agresji, a dla ich liderki nie ma Głubczyc, jest tylko Leobschütz. 

Problem wzmagającej reakcji dotyka cały świat. Polska nie jest od tego żadnym wyjątkiem, chociaż tutaj radykalni obrońcy stanu zastanego nie są aż tak silni, jak w innych krajach. Ich wzrost na znaczeniu jest jednak tylko kwestią czasu, zwłaszcza biorąc pod uwagę skład obecnego sejmu. Nawet Partia Razem, kiedy tylko zajdzie konieczność, zwróci się przeciwko głosującym na nich robotnikom, co już wielokrotnie udowadniali np. poprzez głosowanie za masowym programem zbrojeniowym. Kiedy tylko obecne partie zawiodą (w przypadku niektórych – nie pierwszy raz) oczekiwania milionów, te miliony zwrócą się w stronę reakcyjnych demagogów, ale również w stronę radykalnych opcji lewicowych. Pozostaje pytanie, jak dalece szarlatanom na prawicy i naiwnym reformatorom barbarzyńskiego systemu kapitalistycznego na lewicy uda się zohydzić swój program klasie pracującej.

Co robić?

Zagrożenie jest spore, jednak można mu się przeciwstawić. Pierwszym i najważniejszym krokiem ku temu jest uświadomienie sobie, że kapitalizmu nie da się okiełznać. Każdy sukces, który reformizm zdoła uzyskać – każda podwyżka płacy minimalnej, dopłata do mieszkań etc. jest tylko tymczasowy i zabranie klasie pracującej jego owoców jest tylko kwestią czasu. W dobie kryzysu żaden reformizm nie będzie w stanie poskromić tego systemu ani nawet nieco go upiększyć. Zrobi to tylko klasa robotnicza, nastawiona i gotowa na walkę z kapitalizmem do samego końca. Droga do reform wiedzie przez rewolucję.

Wpierw jednak klasa robotnicza musi sobie uświadomić, dlaczego za wszelkie ich bolączki odpowiadają właśnie kapitaliści, nigdy inni robotnicy. Ta wiedza i klarowność pozwolą klasie robotniczej na zjednoczenie i walkę ze wspólnym wrogiem w postaci klasy wyzyskiwaczy. Nagonka na ludzi innej religii czy koloru skóry tylko wzmacnia pozycję kapitalistów, a klasę robotniczą czyni bardziej rozdrobnioną i podatną na atak.

Przede wszystkim jednak klasa robotnicza w Polsce i na świecie potrzebuje partii, która będzie w stanie dać wyraz jej obiektywnym interesom. Partii, która nie traktuje pracowników jako zmiennych w wyborczej arytmetyce, biernych pionków, a jako panów nowego społeczeństwa. Taką partię buduje Czerwony Front – w kontrze do reformistycznych i populistycznych ekspertów od odbierania podmiotowości robotnikom z prawa i lewa.