
Od redakcji
W związku z kolejną rocznicą bitwy warszawskiej, która dla antykomunistów w Polsce stanowi bodaj najważniejsze święto, prezentujemy rozdział autobiografii Lwa Trockiego, zatytułowanej „Moje życie”. Porusza on tutaj te aspekty wojny polsko-radzieckiej, które są dla nas istotne – nie interesują nas bajeczki o boskiej interwencji, której dwie dekady później próżno było szukać. Tak jak Trocki nie mamy cienia sympatii do „Polski Piłsudskiego, czyli do Polski ucisku i gwałtu, przysłoniętego płaszczykiem frazesu patriotycznego i bohaterskiego samochwalstwa”. Interesują nas twarde fakty. A były one takie, że Lenin przeliczył się, dążąc do wojny rewolucyjnej z Polską. Z pewnością nie pomogła ani opisywana poniżej odmowa udzielenia wsparcia nacierającej na Warszawę centralnie armii Tuchaczewskiego ze strony Stalina, którego armia nacierała na Lwów, ani też wyczerpanie logistyczne. Innymi słowy, egoistyczna ambicja zaważyła na losach rewolucji światowej, co ostatecznie miało później poskutkować jej międzynarodową izolacją i upadkiem – choć oczywiście okazji bywało sporo, jak w Niemczech i Bułgarii w 1923 roku, Hiszpaniii w latach 30. czy Włoszech, Francji i Grecji tuż po II wojnie światowej. Nie jest więc tak, że bitwa warszawska przekreśliła losy rewolucji światowej – ale jej przebieg na pewno nie pomógł.
Naszym zadaniem jest dziś, w ramach rosnącego znów w siłę międzynarodowego ruchu komunistycznego dokończyć dzieła i naprawić to, co nie powiodło się 106 lat temu. Wtedy nastroje polskich mas wcale nie były antykomunistyczne. Pomogły raczej wspomniane już czynniki oraz ogromne wsparcie ze strony zwłaszcza francuskiego imperializmu. Ten sam zachodni imperializm dziś karmi się antykomunistyczną mitologią, by podsycać we „wschodniej flance NATO” czołobitną wiarę w swoje niekończące się wojny i bandycką militaryzację kosztem wszystkiego innego. Imperialiści kłamią, odwracając ofiarę i agresora, gdy mówią o wojnie w Iranie. Kłamią tak samo, gdy robią ze wschodniej awantury Piłsudskiego wojnę obronną. 15 sierpnia jest dobrą okazją, by podjąć razem z nami postanowienie, by ich zniszczyć.
Różnice zdań w sprawach strategii wojskowej
Nie spisuję na tych kartkach dziejów Armii Czerwonej, ani też historii staczanych przez nią walk. Obydwa te tematy, związane nierozłącznie z dziejami rewolucji, lecz wykraczające poza ramy autobiografii będą być może stanowić treść innej mojej książki. Nie mogę tu jednak pominąć milczeniem owych polityczno-strategicznych zatargów, które wynikły podczas wojny domowej. Od przebiegu operacji wojennych zależały losy rewolucji. Im dłużej trwała wojna, tym bardziej zagadnienia wojskowe, między innymi również zagadnienia strategiczne, pochłaniały Komitet Centralny partii. Główne stanowiska kierownicze w armii zajmowali specjaliści wojskowi dawnej szkoły, którym brakowało zrozumienia warunków społecznych i politycznych. Doświadczonym politykom rewolucyjnym, wchodzącym w skład Komitetu Centralnego partii, brakowało wiedzy wojskowej. Zakrojone na większą skalę plany strategiczne były zazwyczaj owocem pracy zbiorowej, której, jak to przeważnie bywa w takich przypadkach, towarzyszyły nieporozumienia i ścieranie się poglądów. W czterech przypadkach zatargi w sprawach strategicznych oparły się o Komitet Centralny. Innymi słowy, zatargów było tyle, ile było głównych frontów. O kontrowersjach tych opowiem tu możliwie krótko, aby wprowadzić czytelnika w istotę zagadnień nastręczających się kierownictwu wojskowemu i jednocześnie obalić, mimochodem, późniejsze insynuacje na mój temat.
Pierwszy ostrzejszy zatarg powstał w Komitecie Centralnym latem 1919 r. w związku z sytuacją na froncie wschodnim. Naczelnym dowódcą był wówczas jeszcze Wacetis. Wspominałem już o nim w rozdziale o Swijażsku.
Dokładałem wszelkich starań, aby wzmocnić w Wacetisie pewność siebie i natchnąć go przeświadczeniem o przysługujących mu prawach i własnym autorytecie. Bez tego sprawowanie dowództwa jest nie do pomyślenia. Wacetis był zdania, że po pierwszych znaczniejszych operacjach, dokonanych z dobrym skutkiem przeciwko Kołczakowi, nie należy zapuszczać się zbyt daleko na wschód, za Ural. Chciał, aby front wschodni przetrwał zimę w górach. Pozwoliłoby to na przerzucenie kilku dywizji ze wschodu na południe, gdzie Denikin groził coraz poważniejszym niebezpieczeństwem. Poparłem ten plan. Spotkał się on jednak ze stanowczym sprzeciwem dowódcy frontu wschodniego, Kamieniewa, byłego pułkownika sztabu generalnego, oraz członków Rady Wojskowej, Smiłgi i Łaszewicza, starych bolszewików. Oświadczyli oni: Kołczak został tak rozbity, że dalszy pościg nie wymaga znaczniejszych sił. Rzecz ważniejsza – to nie dawać mu wytchnienia, gdyż przez zimę dojdzie do siebie i na wiosnę trzeba będzie rozpoczynać kampanię wschodnią od samego początku. Całe zagadnienie polegało więc na trafnej ocenie stanu, w jakim znajdowała się armia Kołczaka i jego tyły. Uważałem już wówczas, że front południowy jest bez porównania poważniejszy i niebezpieczniejszy od wschodniego. Sprawdziło się to później całkowicie.
Ale jeżeli chodzi o ocenę armii Kołczaka, to racja była po stronie dowództwa frontu wschodniego. Komitet Centralny powziął uchwałę wbrew opinii dowództwa naczelnego, a przez to samo i wbrew mojej opinii, popierałem bowiem Wacetisa.
Wychodziłem z założenia, że w tym równaniu strategicznym jest co prawda kilka niewiadomych, ale że poważną wielkością jest w nim jednak konieczność poparcia zbyt świeżego jeszcze autorytetu naczelnego wodza. Decyzja Komitetu Centralnego okazała się słuszna. Front wschodni odstąpił część swoich sił południowi, nie przestając jednocześnie posuwać się zwycięsko w głąb Syberii i deptać Kołczakowi po piętach. Konflikt ten doprowadził do zmiany na stanowisku naczelnego wodza.
Wacetis ustąpił, a jego miejsce zajął Kamieniew. Zatarg, jako taki, nosił charakter wyłącznie rzeczowy. Nie wywarł, ma się rozumieć, żadnego wpływu na stosunki, które łączyły mnie z Leninem. Mimo to intryga, chwytając się takich epizodycznych nieporozumień, przędła swe sieci. 4 czerwca (1919 r.) Stalin straszył Lenina, donosząc o zgubnym charakterze kierownictwa wojskowego.
„Chodzi teraz o to — pisał — aby Komitet Centralny zdobył się na odwagę wyciągnięcia właściwych wniosków. Czy Komitetowi Centralnemu starczy odwagi i hartu?”
Zdania te mają zupełnie wyraźny sens. Ich ton świadczy o tym, że Stalin wszczynał już niejednokrotnie ową sprawę i niejednokrotnie napotykał opór ze strony Lenina. Wówczas jeszcze o tym nie wiedziałem. Wyczuwałem jednak już jakąś podłą intrygę. Nie mając ani czasu, ani też chęci do zaprzątania się tą sprawą i chcąc jednym zamachem przeciąć węzeł, złożyłem dymisję na ręce Komitetu Centralnego. 5 lipca Komitet Centralny odpowiedział następującą uchwałą:
„Biuro Organizacyjne i Polityczne Komitetu Centralnego, po rozpatrzeniu i wszechstronnym omówieniu raportu towarzysza Trockiego, doszło jednogłośnie do wniosku, że pod żadnym pozorem nie może przyjąć dymisji towarzysza Trockiego i uczynić zadość jego prośbie. Biuro Organizacyjne i Polityczne KC zrobi wszystko, co leży w jego mocy, aby pracę na najtrudniejszym, najniebezpieczniejszym i najważniejszym w obecnej chwili froncie, jakim jest front południowy, tę pracę, którą towarzysz Trocki sam sobie obrał, uczynić dla niego możliwie najdogodniejszą, a dla Republiki – najowocniejszą. Zajmując stanowiska Komisarza Ludowego Spraw Wojskowych i Przewodniczącego Rewolucyjnej Rady Wojskowej, towarzysz Trocki może doskonale działać jako członek Rewolucyjnej Rady Wojskowej Frontu Południowego, łącznie z dowódcą frontu, którego sam wyznaczył, a KC zatwierdził. Biuro Organizacyjne i Polityczne KC pozostawia towarzyszowi Trockiemu wolną rękę w doborze środków, zmierzających do tego, co w jego rozumieniu stanowi uregulowanie metody wojskowej, a ponadto, jeśli towarzysz Trocki będzie sobie tego życzył, przyczyni się do przyspieszenia zjazdu partyjnego.
Lenin, Kamieniew, Kriestinski, Kalinin, Sieriebriakow, Stalin, Stasowa”.
Pod tą uchwałą figuruje również podpis Stalina. Knując za kulisami intrygi i zarzucając Leninowi brak odwagi i hartu, Stalin nie zdobył się jednak na otwarte przeciwstawienie się Komitetowi Centralnemu. Front południowy, jak już nadmienialiśmy, wysunął się podczas wojny domowej na pierwszy plan. Siły nieprzyjaciela składały się z dwóch samodzielnych części: z Kozaków, głównie kubańskich, i ochotniczej białej armii, rekrutowanej w całym kraju. Kozacy chcieli bronić swych granic przed naporem robotników i chłopów. Ochotnicza armia zaś chciała zdobyć Moskwę. Te dwa kierunki dopóty stanowiły jedną całość, dopóki ochotnicy tworzyli wraz z Kozakami kubańskimi jeden wspólny front na północnym Kaukazie.
Wyprowadzenie Kozaków kubańskich z granic Kubania stanowiło dla Denikina zadanie niesłychanie trudne, a raczej przekraczające jego siły. Nasze dowództwo naczelne chciało rozwiązać problem frontu południowego jako abstrakcyjne zadanie strategiczne, ignorując podkład społeczny tego problemu. Kubań stanowił główną bazę armii ochotniczej. Toteż nasze naczelne dowództwo postanowiło zadać Kubaniowi decydujący cios od strony Wołgi. Niech więc Denikin wyłazi ze skóry i prze swe główne kolumny ku Moskwie, my zaś tymczasem za jego plecami zniszczymy mu kubańską bazę, Denikin zawiśnie w powietrzu i weźmiemy go wtedy gołymi rękami. Takie były ogólne zarysy planu strategicznego. Plan ten byłby dobry, gdyby nie dotyczył wojny domowej. Jednak w konkretnym zastosowaniu do frontu południowego okazał się zupełnie akademicki i bardzo pomógł nieprzyjacielowi. Jeśli się zważy, że Denikin nie mógł ruszyć Kozaków do dalekiego pochodu na północ, to trzeba przyznać, że uderzając od południa na gniazda kozackie, sami pomogliśmy Denikinowi. Od tej chwili Kozacy nie mogli się już bronić wyłącznie na własnej ziemi. My sami skojarzyliśmy ich losy z losami armii ochotniczej. Mimo starannego przygotowania operacji i skupienia znacznych sił oraz środków materialnych nie mogliśmy się jednak poszczycić powodzeniem. Kozacy tworzyli na tyłach Denikina potężną zasłonę. Wrośli w swą ziemię i trzymali się jej zębami i pazurami.
Nasz atak postawił na nogi całą ludność kozacką. Trwoniliśmy czas i siły, pchając jednocześnie do szeregów białych wszystkich kozaków zdolnych do noszenia broni. A tymczasem Denikin zalał Ukrainę, uzupełnił swe szeregi, posunął się na północ, zajął Kursk, zajął Orzeł i zagrażał Tule. Utrata Tuły byłaby dla nas katastrofą, gdyż znaczyłaby stratę najważniejszej fabryki karabinów i amunicji. Plan proponowany przeze mnie od samego początku nosił wręcz przeciwny charakter. Proponowałem, abyśmy pierwszym uderzeniem odcięli ochotników od kozaków i, pozostawiając kozaków ich własnemu losowi, główne siły skupili przeciwko armii ochotniczej. Kierunek głównego natarcia szedłby, w myśl tego planu, nie od strony Wołgi ku Kubaniowi, lecz od strony Woroneża ku Charkowowi i Zagłębiu Donieckiemu. Cała włościańska i robotnicza ludność tej strefy, oddzielającej północny Kaukaz od Ukrainy, stała po stronie Armii Czerwonej, która, posuwając się w tym kierunku, wchodziłaby jak nóż w masło. Kozacy zostaliby na miejscu dla obrony swych granic przed obcymi, my zaś zostawilibyśmy ich w spokoju. Sprawa kozacka stanowiłaby samodzielne zagadnienie o charakterze raczej politycznym aniżeli wojskowym. Przede wszystkim jednak należało strategicznie oddzielić tę sprawę od sprawy rozbicia armii ochotniczej Denikina. Mój plan został wreszcie przyjęty, ale dopiero wtedy, gdy Denikin począł zagrażać Tule, której utrata byłaby groźniejsza w skutkach od utraty Moskwy. Straciliśmy nadaremnie kilka miesięcy, ponieśliśmy dużo zupełnie zbytecznych ofiar i przez kilka tygodni znajdowaliśmy się w wielkim niebezpieczeństwie. Nadmienię tu mimochodem, że zatarg strategiczny dotyczący frontu południowego łączył się jak najściślej ze sprawą oceny, czyli „niedoceniania” włościaństwa.
Cały mój plan opierałem na stosunkach wzajemnych zachodzących pomiędzy chłopami i robotnikami z jednej strony a kozakami z drugiej, wychodząc właśnie z tych założeń, przeciwstawiałem się po akademicku abstrakcyjnemu pomysłowi naczelnego dowództwa, które uzyskało poparcie większości KC. Gdybym użył, chociażby tysięcznej części tych wysiłków, które zmarnowano, aby udowodnić „niedocenianie” przeze mnie roli chłopstwa, mógłbym na podstawie naszego zatargu w sprawie frontu południowego wysunąć taki sam, czyli jednako pozbawiony sensu, zarzut nie tylko przeciwko Zinowiewowi, Stalinowi i innym, lecz także przeciw Leninowi. Trzeci konflikt natury strategicznej powstał w związku z wyprawą Judenicza na Piotrogród. Opowiedziałem już o tym w jednym z poprzednich rozdziałów, nie będę się więc powtarzał. Przypomnę tylko, jak to pod wpływem nad wyraz ciężkiej sytuacji na południu, skąd groziło największe niebezpieczeństwo, oraz nadchodzących z Piotrogrodu wiadomości o rzekomo nadzwyczajnym uzbrojeniu i zaopatrzeniu armii Judenicza, Leninowi przyszła do głowy myśl, że trzeba dążyć do skrócenia frontu przez oddanie wrogowi Piotrogrodu.
Był to bodaj jedyny wypadek, kiedy Zinowiew i Stalin poparli mnie przeciwko Leninowi, który zresztą po upływie kilku dni sam zarzucił swój oczywiście błędny plan. Ostatni konflikt, niewątpliwie najważniejszy, dotyczył losów frontu polskiego w lecie 1920 roku. Ówczesny premier angielski, Bonar Law, przytaczał w Izbie Gmin mój list do komunistów francuskich na dowód, że na jesieni 1920 roku mieliśmy rzekomo zamiar zniszczyć Polskę. To samo utrzymuje w swej książce były polski minister spraw wojskowych, Sikorski, ale powołuje się przy tym na moją przemowę wygłoszoną w styczniu 1920 roku na kongresie międzynarodowym. Wszystko to od początku do końca jest absolutnym nonsensem. Rozumie się, że dotychczas nie nadarzyła mi się okazja do ujawnienia mych sympatii do Polski Piłsudskiego, czyli do Polski ucisku i gwałtu, przysłoniętego płaszczykiem frazesu patriotycznego i bohaterskiego samochwalstwa. Bez zbytniego trudu można zebrać sporo moich oświadczeń, w których uprzedzałem, że nie zatrzymamy się w połowie drogi, jeżeli Piłsudski narzuci nam wojnę.
Podobne oświadczenia wynikały z sytuacji ogólnej. Ale wyciągać z nich wniosek, że pragnęliśmy wojny z Polską albo przygotowywaliśmy się do takiej wojny, znaczy tyle, co zadawać kłam faktom i zdrowemu rozsądkowi. Pragnęliśmy uniknąć tej wojny za wszelką cenę. Nie zaniedbaliśmy żadnego środka, który by mógł się do tego przyczynić. Sikorski przyznaje, że nadzwyczaj „zręcznie” prowadziliśmy propagandę pokojową. Nie rozumie tylko albo udaje, że nie rozumie, iż tajemnica owej zręczności była zresztą bardzo przejrzysta i nieskomplikowana: pragnęliśmy gorąco pokoju, nawet za cenę jak największych ustępstw. Właśnie ja pragnąłem może bardziej niż ktokolwiek inny, aby do tej wojny nie doszło, gdyż zbyt dobrze zdawałem sobie sprawę z tego, jak trudno będzie nam ją prowadzić po trzech latach nieprzerwanej wojny domowej. Rząd polski, jak to znów niewątpliwie wynika z książki Sikorskiego, rozpoczął wojnę świadomie i z premedytacją, nie bacząc na nasze niezmordowane wysiłki zachowania pokoju, które czyniły z naszej polityki zagranicznej jakąś mieszaninę cierpliwości z wychowawczą wytrwałością. Myśmy szczerze pragnęli pokoju. Piłsudski narzucił nam wojnę. Wojnę tę mogliśmy toczyć tylko dzięki temu, że najszersze warstwy ludu z dnia na dzień obserwowały nasz pojedynek dyplomatyczny z Polską, były głęboko przekonane, że wojna została nam narzucona i nie myliły się pod tym względem zupełnie. Kraj dokonał jeszcze jednego, naprawdę bohaterskiego wysiłku. Zajęcie Kijowa przez Polaków, pozbawione samo przez się wszelkiego sensu wojskowego, wyświadczyło nam wielką przysługę: kraj ocknął się. Znów objeżdżałem armię i miasta, mobilizując ludzi i środki. Odzyskaliśmy Kijów. Powodzenie zaczęło nam sprzyjać. Polacy rzucili się do odwrotu z szybkością, na którą nie liczyłem wcale, gdyż nie przypuszczałem, że wyprawa Piłsudskiego była przedsięwzięta tak dalece lekkomyślnie. Ale i po naszej stronie, wraz z pierwszymi znaczniejszymi zwycięstwami, również wyrobiono sobie zbyt wygórowane pojęcie o otwierających się przed nami możliwościach. Zrodziła się i krzepła chęć przekształcenia wojny, która początkowo nosiła charakter obronny, w zaczepną wojnę rewolucyjną.
Nie mogłem temu, ma się rozumieć, przeciwstawiać żadnych argumentów natury zasadniczej. Sprawa sprowadzała się do wzajemnego ustosunkowania się sił. Nastrój polskich robotników i chłopów był wielkością niewiadomą. Niektórzy polscy towarzysze, jak zmarły J. Marchlewski, współpracownik Róży Luksemburg, zapatrywali się bardzo trzeźwo na sytuację. Pogląd Marchlewskiego wpłynął w znacznym stopniu na moje dążenie do jak najszybszego zakończenia wojny. Ale rozlegały się też inne głosy. Pokładano wielkie nadzieje na powstanie robotników polskich. W każdym razie Lenin ułożył sobie taki plan: sprawę należy doprowadzić do końca, czyli wkroczyć do Warszawy, aby dopomóc robotnikom polskim do obalenia rządu Piłsudskiego i ujęcia władzy w swe ręce.
Decyzja, projektowana przez rząd, opanowała z łatwością wyobraźnię naczelnego dowództwa i dowództwa frontu. Gdy przyjechałem, jak zwykle, na krótko do Moskwy, spotkałem się w centrum ze zdecydowanym nastrojem na rzecz prowadzenia wojny „aż do końca”. Przeciwstawiłem się temu w sposób stanowczy. Polacy prosili już o pokój. Uważałem, żeśmy osiągnęli kulminacyjny punkt powodzenia i jeśli, nie obliczywszy uprzednio swych sił, pójdziemy dalej naprzód, to może się zdarzyć, że przejdziemy obok uzyskanego zwycięstwa ku porażce. Po olbrzymim wysiłku, dzięki któremu 4 armia w ciągu czterech tygodni przeszła 650 kilometrów, armia ta mogła posuwać się naprzód już tylko siłą inercji. Wszystko zależało teraz od nerwów, a to są zbyt cienkie nici. Wystarczyłby jeden tęgi cios, aby wstrząsnąć naszym frontem i przekształcić jedyne w swoim rodzaju, bezprzykładne – co nawet Foch musiał przyznać – natarcie w katastrofalny odwrót. Domagałem się natychmiastowego, jak najszybszego zawarcia pokoju, zanim armia wyczerpie swe siły do reszty. Jeżeli mnie pamięć nie myli, poparł mnie tylko jeden Rykow. Pozostałych Lenin pozyskał sobie jeszcze w czasie mojej nieobecności. Zapadła decyzja: nacierać.
Role zmieniły się bardzo w porównaniu z okresem Brześcia: wówczas ja nastawałem, aby nie spieszyć się z zawarciem pokoju i, nawet kosztem utraty terytorium, dać proletariatowi niemieckiemu czas na zrozumienie sytuacji i powiedzenie swego słowa. Teraz zaś Lenin domagał się kontynuowania ofensywy przez nasze armie, aby proletariat polski miał czas na rozejrzenie się w sytuacji i rozpoczęcie powstania. Wojna polska potwierdziła w inny sposób to samo, co wykazało doświadczenie wojny brzeskiej: do wydarzeń wojny i do wydarzeń masowego ruchu rewolucyjnego należy stosować różne miary. Tam, gdzie armie czynne liczą na dni i tygodnie, tam ruch mas ludowych liczy zwykle na miesiące i na lata. Gdy nie uwzględnia się w sposób właściwy tej różnicy tempa, to zębate koła wojny mogą tylko połamać tryby na kołach rewolucji, zamiast wprowadzić je w ruch. W każdym razie miało to miejsce zarówno podczas krótkotrwałej wojny brzeskiej, jak i podczas wielkiej wojny polskiej. Przeszliśmy obok odniesionego przez nas zwycięstwa ku dotkliwej porażce.
Należy zauważyć, że do kolosalnych rozmiarów katastrofy pod Warszawą przyczyniło się między innymi zachowanie się dowództwa południowej grupy armii sowieckich, nacierających w kierunku na Lwów. Główną figurą polityczną w Rewolucyjnej Radzie Wojskowej tej grupy był Stalin. Chciał za wszelką cenę wkroczyć do Lwowa, i to w tym samym czasie, kiedy Smiłga wraz z Tuchaczewskim wkroczą do Warszawy. Ludzie miewają najrozmaitsze ambicje! Gdy niebezpieczeństwo, zagrażające armiom Tuchaczewskiego, zarysowało się już zupełnie wyraźnie, dowództwo naczelne wydało rozkaz, aby południowo-zachodni front ostro zmienił kierunek i uderzył z boku na skrzydło wojsk polskich pod Warszawą. Mimo to, dowództwo grupy południowo-zachodniej posuwało się w dalszym ciągu na zachód, zachęcane do tego przez Stalina: czyż zajęcie Lwowa na własną rękę nie jest rzeczą ważniejszą od udzielenia pomocy „innym” podczas zdobywania Warszawy? Dowództwo grupy południowo-zachodniej zmieniło kierunek dopiero wskutek ponownych rozkazów i towarzyszących im gróźb. Kilka dni opóźnienia odegrało fatalną rolę.
Nasze armie cofnęły się o czterysta kilometrów, a miejscami jeszcze dalej. Po niedawnych, wspaniałych zwycięstwach nikt nie chciał się z tym pogodzić. Gdy powróciłem z frontu wranglowskiego, w Moskwie panował pogląd, że należy prowadzić drugą wojnę polską. Nawet Rykow przeszedł teraz do innego obozu: — Skorośmy zaczęli — powiada — to trzeba skończyć. — Dowództwo frontu zachodniego robiło nadzieje: nadeszły znaczne rezerwy, artylerię uzupełniono itp. Pragnienie było tu ojcem myśli. — Jaki jest właściwie nasz stan posiadania na froncie zachodnim? — usiłowałem oponować. — Kadry, rozbite moralnie, które uzupełniono teraz surowym ciastem ludzkim. Taką armią nie można walczyć. Można z nią jeszcze jako tako stawiać opór, cofając się i przygotowując na tyłach nową armię, ale mrzonką jest wszelka myśl o tym, że takie wojsko może się zerwać i znów pójść do zwycięskiego ataku, drogą usianą jego własnymi szczątkami. Oświadczyłem, że powtórzenie dawnego błędu będzie nas tym razem znacznie więcej kosztowało i że nie pogodzę się z zaprojektowaną już decyzją i odwołam się do opinii partii. Lenin wprawdzie domagał się dla formy, aby wojnę kontynuowano, lecz czynił to już bez owej pewności siebie i energii, która cechowała jego wystąpienie za pierwszym razem. Moje niezłomne przekonanie, że zawarcie pokoju, chociażby nawet na najcięższych warunkach, jest rzeczą konieczną, wywarło nań odpowiednie wrażenie. Zaproponował więc, aby rozstrzygnięcie sprawy odroczyć do czasu mego powrotu z inspekcji frontu zachodniego, podczas której, na podstawie bezpośrednich wrażeń, zorientuję się, w jakim stanie znajdują się nasze armie po pospiesznym odwrocie. Propozycja ta była dla mnie dowodem, że w gruncie rzeczy Lenin zgodził się już ze mną.
W sztabie frontu zastałem nastrój, skłaniający się ku prowadzeniu drugiej wojny. Ale nastrój ten nie był oparty na głębszym przekonaniu: był tylko odbiciem nastrojów, panujących w Moskwie. Im niżej schodziłem po szczeblach organizacji wojskowej – przez armię do dywizji, pułku i kompanii – tym bardziej oczywisty stawał się dla mnie fakt, że prowadzenie wojny zaczepnej jest niepodobieństwem. Wystosowałem do Lenina list na ten temat. Napisałem go odręcznie, nie sporządziwszy nawet odpisu dla siebie, po wysłaniu zaś udałem się w dalszą podróż. Wystarczyło kilka dni, spędzonych na froncie, aby upewnić się o słuszności poglądu, który wygłaszałem jeszcze przed wyjazdem. Powróciłem do Moskwy, gdzie biuro polityczne prawie jednogłośnie wypowiedziało się za natychmiastowym zawarciem pokoju.
Błąd w strategicznym obrachunku, popełniony podczas polskiej wojny, pociągnął za sobą poważne konsekwencje historyczne. Wojna, w sposób zgoła nieoczekiwany, tylko wzmocniła Polskę Piłsudskiego. Rozwojowi rewolucji polskiej zadano natomiast dotkliwy cios. Granica, ustalona w myśl traktatu ryskiego, odcięła republikę sowiecką od Rzeszy Niemieckiej, co wywarło później wielki wpływ na życie obydwu krajów… Lenin, rzecz oczywista, lepiej niż ktokolwiek inny zdawał sobie sprawę ze znaczenia błędu „warszawskiego” i nieraz wracał do tej sprawy myślą i słowem. Literatura epigonów rysuje dziś wizerunek Lenina mniej więcej w taki sam sposób, w jaki suzdalscy malarze ikon malowali wizerunki świętych i Chrystusa: zamiast wyidealizowania postaci mamy karykaturę. Mimo że pacykarze nie szczędzą wysiłków, aby wznieść się ponad swój poziom, malowidło na deszczułce, będące odbiciem ich własnych upodobań, jest tylko ich własnym, co prawda wyidealizowanym, portretem. Ponieważ autorytet władzy zwierzchniej epigonów opiera się na zakazie, zabraniającym powątpiewać o nieomylności tej władzy, przeto literatura epigonów rysuje nam Lenina bynajmniej nie jako stratega rewolucyjnego, który w sposób genialny orientował się w każdej sytuacji, lecz jako zmechanizowany automat, wyrzucający z siebie nieomylne decyzje. Słowo geniusz, w zastosowaniu do Lenina, zostało po raz pierwszy użyte przeze mnie, gdy inni nie mogli zdecydować się na wypowiedzenie go. Tak, Lenin był geniuszem, okazem geniusza ludzkiego w całym znaczeniu tego słowa. Lenin nie był jednak maszyną obliczeniową, nigdy nie robiącą błędów.
Robił ich znacznie mniej, niż zrobiłby każdy inny człowiek na jego miejscu. Lenin popełniał błędy, wielkie błędy, odpowiadające tytanicznemu rozmachowi całej jego pracy.