MASZ DOSC KAPITALIZMU kopia 2

Pierwszy rok obecnej kadencji Donalda Trumpa upłynął w znacznej mierze pod znakiem trzech rzeczy – jednej imperialistycznej agresji za drugą, wbrew obietnicom pokoju, pokazowych operacji ICE, wojen handlowych i towarzyszącego im pogłębiającego się rozdźwięku między USA a Europą. Skutkiem każdego z tych działań jest jednocześnie zaostrzanie walki klas niczym w sprężynie z dialektycznej spirali historii.

Równocześnie istotnym źródłem legitymizacji europejskiej klasy panującej jest budowany latami wizerunek rozsądnej, „humanitarnej” polityki – stawianej dziś w kontrze do nagiego zamordyzmu MAGA. Wizerunek ten, tak pieczołowicie pielęgnowany przez europejskich liberałów, jest z gruntu fałszywy, gdy spojrzymy na politykę Unii Europejskiej taką, jaką naprawdę jest. Szczególnie wymowne jest unijne podejście do kwestii migracji. Jakże tu hipokryzja europejskich liberałów przypomina hipokryzję amerykańskich Demokratów w kwestii ICE!

To za Bidena ustawicznie bito kolejne rekordy wydatków na ICE, ale i Frontex jest najhojniej opłacaną unijną agencją, z budżetem w wysokości 1,12 mld € za 2025 rok. Na koniec 2024 roku zatrudniał 2523 osoby. W 2019 roku Parlament Europejski przyjął uchwałę, zgodnie z którą personel Frontexu ma zostać zwiększony do 10 000 osób do końca 2027 roku. W 2025 roku UE „podbiła stawkę” i mówi się już o 30 tysiącach „oddziałów uzbrojonych ludzi” – by użyć określenia Lenina – od pilnowania, aby pieniądze, chociażby z wydobycia złota kosztem ludzkiego zdrowia się zgadzały. Co tam 800 miliardów euro inwestycji potrzebne Europie na wczoraj! Jeśli inwestycje, to tylko w zbrojenia i walkę z wydumanymi wrogami!

Pretoriańska gwardia imperializmu

Praktyki rekrutacyjne ICE są czymś, co zyskało dość głośne echo — zatrudnianie niekompetentnych lumpów, nieznających prawa frustratów i desperatów, skłonnych najpierw strzelać, potem pytać. Jednak unijna polityka migracyjna egzekwowana jest rękami jeszcze gorszych rezunów. To właśnie poprzez tzw. proces chartumski Bruksela opłacała fanatyczne bojówki RSF w Sudanie jako straż przeciwko uchodźcom. Te same bojówki masakrują dziś całe miasta.

W rzeczy samej, w Libii UE nadal finansuje zbrojne gangi, którym powierza takie samo zadanie jak RSF-owi, a których metody działania są nie mniej barbarzyńskie. Grupy te bezprawnie przetrzymują ludzi, dokonują egzekucji, pobić, głodzenia, pojenia wodą morską, gwałtów, wymuszeń, handlu ludźmi i korzystają z pracy niewolniczej, w obozach, gdzie warunki porównuje się nie bez powodu z tymi, które prowadzili naziści. Wszystko za jakże potworną zbrodnię pragnienia ucieczki od horrorów, jakie sprowadził na tych nieszczęśników kapitalizm – wojen, głodu i prześladowań. Europa może nie ma potęgi militarnej i gospodarczej USA, ale przynajmniej ma swoje Alligator Alcatraz!

Szef Frontexu Hans Leijtens na to wszystko odpowiada, że „chciałby nie musieć odsyłać migrantów do Libii”(!) Na swoje usprawiedliwienie wykręca się twierdzeniami, jakoby jedyną alternatywą było utonięcie. Fakty są takie, że w 2012 roku Europejski Trybunał Praw Człowieka orzekł, że UE nie może odsyłać uchodźców do Libii właśnie ze względu na ryzyko tortur i śmierci, włącznie z zatapianiem łodzi przez libijskie bojówki. W odpowiedzi UE tylko zwiększyła wsparcie finansowe dla libijskich bojówkarzy i zacieśniła z nimi współpracę. Bojówkarze ci przechwytują nawet migrantów namierzonych na terenie maltańskiej strefy ratunkowej. Jak na dłoni widzimy tu prawdę o burżuazyjnym legalizmie, gdzie wciąż aktualne pozostaje powiedzenie: Prawo jest jak pajęczyna – bąk się przebije, a na muchę wina. Tak samo pushbacki (zbiorcze odsyłanie osób przekraczających granicę bez oceny ich potrzeb ochrony międzynarodowej) są oficjalnie nielegalne, a mimo to dla Frontexu są one wręcz rutynową procedurą.

W Libii Unia Europejska współpracuje zarówno z uznawanym przez nią rządzie w Trypolisie, jak i z powiązanymi z Rosją bojówkarzami Khalify Haftara. Co więcej, straszak w postaci uchodźców jako „zagrożenia hybrydowego” to nie wynalazek polskiej burżuazji walącej niczym stado rozjuszone małp w wojenne bębny przy akompaniamencie ogłuszającego ryku rusofobii. Po raz pierwszy w ten sposób uchodźców zaczęła przedstawiać klasa rządząca Grecji. Jakie te „zagrożenia hybrydowe” zmiennokształtne! Raz to Łukaszenko, a raz… Turcja, należąca do NATO! Nie wiadomo czy śmiać się, czy płakać.

Obozy uchodźcze fundowane przez UE znajdujemy też w szeregu innych krajów. Nawet jeśli ludzie nie są traktowani tam tak okrutnie, jak w Libii, to często postępuje się z nimi jak ze zbędnym balastem, utrzymywanym przy życiu mizerną kroplówką wysokiego komisarza ONZ ds. uchodźców (UNHCR), UE i organizacji pozarządowych (NGO).

RSF i libijskie zbrojne bandy to nie jedyne ludobójcze podmioty notorycznie depczące prawa człowieka, z którymi współpracuje Frontex. Jego działalność byłaby niemożliwa bez technologii Izraela, który zapewnia drony „przetestowane w boju” na Palestyńczykach do patrolowania Morza Śródziemnego.

Śmiertelny bilans UE

Szacunkowe 10 tys. ofiar, jakie pochłonęła granica amerykańsko-meksykańska przez trzy dekady, Frontex przebija w niecałe pięć lat. Ponieważ dane za zeszły rok nie są jeszcze kompletne, posłużymy się średnią za lata 2019–2024. Wynosi ona 2704 osoby i jeśli dla uproszczenia podwoimy dane z czerwca zeszłego roku, to mamy do czynienia z wyraźnie wzrostowym trendem. Liczba ta może nie wydawać się jeszcze tak ludobójcza, jak 680 tys. mieszkańców Gazy wymordowanych przez zachodni imperializm rękami syjonistów, ale wciąż znacząco przewyższa chętnie komentowane przez liberalny establishment Europy doniesienia z USA.

Przede wszystkim zaś liczy się to, że podczas gdy reakcyjne rządy na czele z nacjonalistycznym rządem Meloni święcą triumf polityki odstraszania, która to rzekomo miała doprowadzić do spadku zatonięć i aktywności przemytników po haniebnym rekordzie co najmniej 5136 ofiar w 2016 roku, fakty mówią co innego.

Chociaż prawdą jest, że liczba zatonięć spadała w latach 2017–2020, przyczyn należy raczej upatrywać w przejściu wojny w Syrii w stan przewlekły, zasadniczym zneutralizowaniu Państwa Islamskiego, spadającej liczbie ofiar konfliktów zbrojnych do 2019, czy też niewątpliwym wpływie pandemii w 2020 roku, aniżeli w dzielnych staraniach zmilitaryzowanych strażników ciągle dotowanej i uszczelnianej Twierdzy Europa. Nie oznacza to bynajmniej, że „uszczelnienie” zewnętrznych granic UE uratowało uchodźców. Przypieczętowało jedynie dla części z nich powolne wykrwawianie się od ciosów zadanych przez imperializm, tak jak, chociażby zagwarantowana została przez niego śmierć głodowa setek tysięcy jemeńskich dzieci.

Frontex niejednokrotnie bezpośrednio przyczynił się do śmierci uchodźców na morzu. Trump ma swój mur, murem lub zasiekami odgradzają się też Polska, Litwa, Bułgaria czy Węgry. Do śmiertelnego żniwa Frontexu należy więc doliczyć również osoby, którym odmawia się pomocy lekarskiej, które umierają z wychłodzenia w Puszczy Białowieskiej albo toną w Bugu. Odpowiedzi burżuazji Europy i USA na kryzys humanitarny wywołany ich własną imperialistyczną polityką nie są, jak widzimy, aż tak różne.

Dura lex, sed Frontex

Przewlekłe przetrzymywanie ludzi bez podstawy prawnej dla ICE stało się swoistym znakiem rozpoznawczym. Frontex i w tej kwestii nie jest jakoś szczególnie odmienny. Tylko w 2024 roku ta naruszająca art. 5 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka praktyka (w polskim prawie zagrożona 1–10 latami więzienia, jeśli bezprawne uwięzienie trwało powyżej tygodnia, a w szczególnych przypadkach 5–25 latami) została stwierdzona w pięciu postępowaniach sądowych. Warto się jednak zastanowić, jaka może być wykrywalność tych naruszeń i czy kary za nie nie są zbyt łagodne, skoro ciągle do nich dochodzi? Jaki odsetek zastraszonych, biednych, zdesperowanych, nieraz nieznających języka ludzi będzie dochodzić swoich praw?

Ludzie przetrzymywani przez ICE umierają w wyniku braku pomocy lekarskiej czy z odwodnienia. W 2025 roku w ten sposób zamordowano 32 osoby – najwięcej od 2004. Ich śmierć to godna potępienia tragedia, ale ta zbliżona do wielkości przeciętnej klasy w polskich szkołach średnich liczba to wciąż nic w porównaniu z niechlubnym wynikiem „cywilizowanej Europy”, jak wykazaliśmy powyżej.

Kiedy ICE uprowadza ludzi czekających w sądach na rozpatrzenie spraw o legalizację pobytu, Polska zawiesza prawo do azylu, przy pełnej aprobacie Brukseli. Wcale bowiem nie jest tak, że UE zależało kiedykolwiek na egzekwowaniu jej własnego prawa w tym zakresie. Jeszcze w 2008 roku koalicja organizacji pozarządowych przedstawiła przed Komitetem Stałym UNHCR raport, w którym wykazała, iż działalność Frontexu skutecznie uniemożliwia ubieganie się o ochronę międzynarodową na mocy Konwencji o Uchodźcach z 1951 roku. Inny raport, opublikowany w 2014 roku przez Europejską Radę ds. Uchodźców i Wygnańców wskazał, że działalność Frontexu narusza ponadto unijne przepisy ws. prawa do azylu i zakazu pushbacków. Oto burżuazyjny legalizm w całej swej zgniłej okazałości!

Podobna jest też klasowa funkcja takiej polityki. Jej przyczyną nie jest rasizm – odgrywa on tu raczej instrumentalną rolę. Sęk nie w tym, aby migranci nie przybywali do Europy, albo przybywali tylko legalnie. Wręcz przeciwnie, zastraszeni, pracujący na czarno są nawet lepszym surowcem do wyzysku dla kapitalistów, gotowi zaakceptować pracę za mniej, mniej skłonni walczyć o swoje prawa. W całej Unii Europejskiej szacuje się, że pracuje aż 10 milionów nieudokumentowanych migrantów. Nagminne są przypadki współczesnego niewolnictwa – od pospolitego handlu ludźmi, po szemrane układy „przedsiębiorczych” wyzyskiwaczy z agencjami rządowymi, takimi jak Frontex, w ramach których pracowników deportuje się tuż przed wypłatą.

Utrudnianie uchodźcom legalizacji pobytu doskonale naoliwia wszystkie te mechanizmy i pozwala bogatym bogacić się jeszcze bardziej, kosztem zbędnego dla nich życia robotnika-migranta, postrzeganego nie inaczej niż starożytni niewolnicy – jako „mówiące narzędzia”, traktowane nieraz gorzej od zwierząt gospodarskich.

Wojna kulturowa w służbie niewolnictwa

Napisaliśmy wcześniej, że rasizm jest instrumentalny dla polityki migracyjnej UE. Nie oznacza to jednak, że to nieistotny aspekt problemu. Podsycanie atmosfery strachu przed gangami „inżynierów”, czy przed „terrorystami” ma konkretny cel i nie jest nim bynajmniej ochrona europejskich robotników przed terroryzmem, ani europejskich kobiet i dzieci przed przemocą seksualną. Nie jest to coś, czego powinniśmy oczekiwać od rządzących nami pedofili i zbrodniarzy wojennych. Ta propaganda służy jednemu – rozbijaniu jedności europejskich pracowników-obywateli ze zmarginalizowanymi pracującymi imigrantami.

Wskazaliśmy także, jak implikacją polityki imperialnego centrum wobec uchodźców jest niejednokrotnie współczesne niewolnictwo. I tak samo, jak w 1867 roku sprawdzają się słowa Marksa – nie jako czcza obserwacja, a konkretny drogowskaz dla współczesnego ruchu robotniczego, jeśli ten chce skutecznie walczyć o swoje:

„W Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej wszelki samodzielny ruch robotniczy był sparaliżowany, dopóki część republiki była splamiona przez niewolnictwo. Praca w białej skórze nie może się wyzwolić tam, gdzie praca w czarnej skórze nosi na sobie piętno hańby. Ale śmierć niewolnictwa zrodziła natychmiast nowe młode życie. Pierwszym owocem wojny domowej była agitacja za ośmiogodzinnym dniem roboczym maszerująca w siedmiomilowych butach parowozu od Oceanu Atlantyckiego do Oceanu Spokojnego”.
(Kapitał, tom I, s. 323, Warszawa 1951)

Nasi przeciwnicy być może zarzucą nam, że ten artykuł, którego celem jest wykazanie fałszywości pretensji europejskiej burżuazji do jakiejś moralnej wyższości względem amerykańskiej to jakiś whataboutism, tu quoque etc. etc… Niech zrzędzą, aż im zbrzydnie ich własna żółć i pójdą po rozum do głowy.

Szczególnie częstym argumentem z ust polskich „lewicowych” obrońców UE jest jednak inny błąd poznawczy – fałszywa dychotomia. „Lepiej zostać w UE, przynajmniej mamy dzięki temu ochronę przed autorytaryzmem skrajnej prawicy i wyzyskiem januszy biznesu!” – straszą. Na taką niewolniczą postawę utarło się dobre określenie w języku angielskim – campism. Wybieranie sobie obozu. Czy naprawdę ofiarom pushbacków na granicy polsko-białoruskiej robi jakąś różnicę, czy winowajcami są trepy Tuska, a nie Łukaszenki? Unia Europejska już teraz nie ma problemu z układaniem się z bojówkami i rządami nagminnie łamiącymi prawa człowieka oraz przyzwala na brutalny wyzysk 10 milionów nieudokumentowanych pracowników, których niegodne pozazdroszczenia położenie rzutuje negatywnie na kolejne dziesiątki milionów pracujących obywateli.

Campistowscy reformiści traktują politykę nieco jak sport drużynowy. Klasa robotnicza ma siedzieć na trybunach i najwyżej mniej lub bardziej energicznie kibicować jednej albo drugiej drużynie w tym ustawionym przez burżuazję meczu. To, że od upadku ZSRR, jeśli nie od kryzysu paliwowego z 1973 roku kapitaliści byli w stanie z takim sukcesem przeprowadzić swoją ofensywę było w niemałym stopniu zasługą także tego, że rzekomi reprezentanci klasy robotniczej ograniczali się wyłącznie do żałośnie przepraszającej postawy. W szczególności w ostatnich latach byliśmy świadkami obrzydliwych prób podejmowania antyimigranckiej retoryki także przez europejskich reformistów i część lewego skrzydła amerykańskich Demokratów. Te pochodne ich oportunistycznych kalkulacji nie przyniosły im jednak wielkiego sukcesu. Widzimy za to teraz we Francji, czym kończy się to połączenie ugodowości i prób znalezienia modus vivendi z reakcją – podłożeniem się w polowaniu na czarownice.

Dlatego zadaniem każdego świadomego klasowo robotnika jest walka z wszelkimi próbami skłócenia lokalnych pracowników z imigrantami. Nie jesteście jeszcze do końca przekonani do rewolucyjnego programu? Dobrze, ale odpowiedzcie sobie — czy program reformistyczny ma szanse zostać urzeczywistniony bez zerwania z instytucjami, które w praktyce dławią i paraliżują walkę wszystkich pracowników? Czy można jednocześnie walczyć o więcej praw pracowniczych, o lepszą ochronę związkowców, o krótszy dzień roboczy, tolerując jednocześnie mechanizmy umożliwiające aktywne osłabianie pozycji negocjacyjnej pracowników i ułatwiające wykorzystywanie migrantów jako łamistrajków?

Unijni bezpaństwowcy

Walka z Frontexem musi więc zostać podjęta energicznie przez ruch robotniczy. Klasa robotnicza może liczyć tylko na siebie, bez względu na narodowe podziały. Te służą tylko naszemu wspólnemu wrogowi — burżuazji. Służy jej również usilne zawężanie aktywności do ram instytucji, które ta ustanowiła, bynajmniej nie w naszym interesie. Wymowny jest tutaj przykład Estonii, która nie tak dawno dokonała czegoś, co swoją absurdalnością i ohydnym szowinistycznym podszyciem dorównuje stalinowskiemu „spiskowi lekarzy”. Otóż pozbawiła ona prawa głosu w wyborach samorządowych 15% populacji kraju, która nie ma obywatelstwa UE. „Spisek burmistrzów” zatrzymany. Burmistrz, zamieszkałej w przytłaczającej większości przez Rosjan 50-tysięcznej Narwy, nie oderwie się od kraju w tym roku! Co z tego, że należy ona do prounijnej Partii Socjaldemokratycznej, która współtworzyła rząd z Kają Kallas przez 2 lata do zeszłej wiosny? Po co jednak pozwolić prawdzie psuć dobrą historię?

Choć w momencie aneksji krajów bałtyckich przez ZSRR w 1940 roku walec stalinizmu zdążył dawno rozjechać demokrację radziecką, to zdołał się ostać jeden jej godny naśladowania aspekt – prawo głosu oparte nie na obywatelstwie, tylko na prostym kryterium: tam, gdzie pracujesz, tam decydujesz. Oprócz fundamentalnych zasad samorządności pracowniczej wynikało to także z tego, jak w pierwszych latach po Rewolucji Październikowej traktowano dokumenty osobiste — były one dobrowolne. Jeszcze wydana w maju 1930 roku Mała Encyklopedia Radziecka” stwierdzała, że „system paszportów jest czymś charakterystycznym dla państw policyjnych, którym umożliwia nadzór policyjny i pobieranie podatków”, a i sama koncepcja takiego systemu jest czymś „nieznanym w radzieckim systemie prawnym”.

Dokumenty osobiste są przede wszystkim narzędziem reglamentacji ograniczonych zasobów, jak opieka zdrowotna. W ZSRR ich wdrożenie było wynikiem obiektywnych ograniczeń, które z czasem jednak wyewoluowały w przeszkodę subiektywną – obrośnięcie pasożytniczej warstwy biurokratycznej w piórka. Okrzepła w tych trudnych pierwszych latach, stała się ona w końcu, zgodnie z przewidywaniami Trockiego, nową burżuazją. W 1991 roku Łotwa i Estonia potrzebowały nowego wroga w miejsce wczorajszych „elementów antysocjalistycznych” (czyt. robotników ponad to, co był w stanie z jednej strony wchłonąć wciąż wątły w 1932 przemysł radziecki, a z drugiej strony moce przerobowe OGPU/NKWD), które to miały usprawiedliwiać wprowadzenie paszportów wewnętrznych, ograniczających i kryminalizujących niekontrolowany napływ ludności wiejskiej do miast.

Padło na osoby przybyłe z innych republik Związku Radzieckiego po 1940 roku, z których zrobiono „wroga wewnętrznego” – wygodne kozły ofiarne i temat zastępczy wobec masowej nędzy, ogromnych nierówności oraz podporządkowania zachodniemu (przede wszystkim szwedzkiemu) imperializmowi. Mieli wybór — wyjechać do Rosji, wykazać się dostateczną lojalnością wobec państwa (nie tylko znajomością języka), albo otrzymać tzw. szare paszporty. Ni pies, ni wydra, posiadacze tych dokumentów są formalnie bezpaństwowcami, a w praktyce mają mocno ograniczoną swobodę przemieszczania się oraz prawa obywatelskie. Są też wykluczeni z ponad trzydziestu zawodów.

Po 2022 roku nagonka na owe „nielojalne elementy” „obywateli państw-agresorów” etc. etc. nasiliła się, ale bynajmniej nie w związku z wojną na Ukrainie, a przede wszystkim tym, że sytuacja ekonomiczna przeciętnego robotnika w krajach bałtyckich wcale się nie poprawiła, a tamtejsza burżuazja oraz pomniejsi lokaje zachodniego imperializmu cynicznie wykorzystuje straszenie „wojną hybrydową” i „piątą kolumną” jako zasłonę dymną dla brutalnych cięć i spadku płac realnych (inflacja w Łotwie i Estonii wciąż pozostaje jedną z najwyższych w UE).

Rozwiązania te ewidentnie były inspirowane carskim pasem osadniczym, który ograniczał możliwość osiedlania się i przemieszczania Żydów na terenie b. Imperium Rosyjskiego albo izraelskim traktowaniem Palestyńczyków jako obywateli drugiej kategorii. Podobny wzorzec znajdujemy w islamofobicznym indyjskim prawie dotyczącym obywatelstwa, wprowadzonym kilka lat temu przez rząd Modiego. Co je łączy, to że w każdym z tych przypadków klasa panująca podsyca i wykorzystuje szowinistyczne nastroje, w myśl starej zasady: dziel i rządź.

A co na to wszystko Bruksela? Używając oklepanego do porzygu zwrotu typowego dla burżujskiej dyplomacji, w 2004 roku „wyraziła ubolewanie, że sytuacja nieobywateli1 nie została rozwiązana podczas negocjacji akcesyjnych pomiędzy Łotwą i Estonią a UE”. Czytelnik wybaczy dosadne porównanie, ale to trochę jak zatrudnić kogoś skazanego prawomocnym wyrokiem za przestępstwo seksualne w przedszkolu – sorry, prawa człowieka? Kto by się tam przejmował, dawać nam tu tanią siłę roboczą i rynki zbytu! Jako że bałtyccy bezpaństwowcy nie mogą przebywać dłużej niż 90 dni w strefie Schengen, byli w istocie rzeczy wygodną poduszką ekonomiczną dla kapitalistów, która uchroniła poniekąd gospodarki Łotwy i Estonii przed implozją, tudzież podniesieniem płac i poprawą położenia pracowników w obliczu masowej emigracji zarobkowej i demografii równie fatalnej, co w Polsce.

Wspomnieliśmy już, że dokumenty osobiste i podział na szczęśliwców uprawnionych do trochę większej porcji trochę mniej zgniłych resztek z pańskiego stołu mają swoją funkcję tam, gdzie istnieje nierówność i niedobory. Wbrew tzw. maltuzjańskiej teorii ludnościowej, problem wcale nie tkwi w „przeludnieniu”, a w nadprodukcji, w akumulacji ogromnych zasobów przez wąską garstkę burżuazyjnych pasożytów.

Nasi przeciwnicy lubią powoływać się na rzekomą sprzeczność natury ludzkiej z socjalizmem, a gdy mówimy o konieczności obrony rewolucji, bywa, że – świadomie lub nie – rzucają się do wysuwania cuchnących hipokryzją kantowskich moralnych abstrakcji. Rzecz w tym, że to my walczymy o system, który będzie zgodny ze społeczną naturą człowieka, który po raz pierwszy faktycznie stanie się miarą wszystkich rzeczy. O system, który zapewni każdemu jedzenie, pokój, odzież, opiekę medyczną, użyteczne społecznie zajęcie i dach nad głową, w miejsce obecnych barbarzyńskich praktyk na miarę „Squid Game”.

Oś reformizm-imperializm przywodzi też na myśl wybitne rewolucyjne opowiadanie „Ci, którzy odchodzą z Omelas” Ursuli K. Le Guin. Rzecz jednak w tym, że kapitalizm w przeszłości był w stanie zapewnić pewien poziom życia w imperialnym centrum, ale obecnie nie jest w stanie zaoferować nawet tego. Walka z polityką Twierdzy Europa, walka z imperializmem jest walką o zerwanie łańcuchów, które pętają nas wszystkich – nie można jednocześnie być za zbrojeniami, za zachowaniem kapitalistycznej własności i za godnym życiem dla ludzi pracy.

Naszą pozycją nie jest też po prostu „bardziej humanitarne traktowanie uchodźców” – walczymy o wyeliminowanie przyczyn, dla których 100 milionów ludzi musiało opuścić swoje domy – kapitalizmu, który nie jest w stanie funkcjonować dłużej inaczej, niż poprzez bezustanne konflikty o podział wpływów, często o zbrojnym charakterze. Zakończenia zjawiska uchodźstwa może przyjść tylko poprzez wyeliminowanie wyzysku człowieka przez człowieka. Wszystko inne to szukanie kozłów ofiarnych przez naszych wspólnych oprawców z klasy Epsteina.

  1. Nieobywatel – jedna z czterech kategorii osób przebywających na stałe na Łotwie, której w świetle krajowej ustawy o naturalizacji nie przysługiwały prawa obywatelskie, a które równocześnie nie są bezpaństwowcami ani obywatelami państwa trzeciego. Dotyczy ona głównie obywateli byłego ZSRR, ale objęte nią było też 7351 Polaków jeszcze w 2021 roku. Analogiczną kategorię stosuje Estonia. Z państw bałtyckich jedynie Litwa przyznała po 1991 roku pełne obywatelstwo takim osobom. ↩︎

Autor: Dorota Wierzba