Po miesiącach bujania w obłokach, zachodnie media i politycy zderzają się z twardą rzeczywistością na Ukrainie. Jeszcze nie tak dawno obwieszczano przełom i przechylenie szali zwycięstwa na jej stronę. Ta wersja wydarzeń właśnie rozsypała się w drobny mak.

Sytuacja na polu bitwy gwałtownie się pogarsza. Całkowita blokada morska trzyma kraj w bezlitosnym uścisku. Gospodarce grozi zapaść. Budżet państwa świeci pustkami.

A wszystko znów doprowadziło do eskalacji poważnego kryzysu politycznego i nowego skandalu korupcyjnego. Nie sposób nie odczuwać déjà vu. Cała ta sytuacja wykazuje niesamowite podobieństwo do rozwoju wypadków z późnej jesieni ubiegłego roku i warto ponownie przeczytać, co wtedy pisaliśmy.

Różnica polega na tym, że dzisiejszy kryzys jest o wiele poważniejszy.

Drony: kolejny „gamechanger”?

15 lipca Zełenski zwolnił swojego ministra obrony Mychajła Fedorowa – człowieka, który był głównym motorem „ofensywy dronowej”. A przecież od miesięcy wmawiano nam, że ta ofensywa dronowa była „przełomowym wydarzeniem”, które odwróciło losy wojny.

1
15 lipca Zełenski zwolnił swojego ministra obrony Mychajła Fedorowa / Obraz: Wikimedia Commons

Drony na froncie kreowano na panaceum, które miało pomóc Ukrainie, niezbędne Ukrainie do załatania braków kadrowych.

Większość brygad posiada zaledwie jedną trzecią wymaganego stanu osobowego, a według niektórych szacunków ukraińska armia jest w stanie wystawić mniej niż dziesięciu żołnierzy na kilometr frontu. Pan Fedorow był jednym z głównych zwolenników tezy, że nie stanowi to żadnego problemu. Twierdził, że wystarczy wypełnić tę lukę dronami FPV (z widokiem z pierwszej osoby), aby zmusić rosyjskich żołnierzy do ukrywania się w okopach.

Na początku roku wydawało się, że tempo rosyjskiej ofensywy rzeczywiście zwolniło. Zachodnia prasa uznała to za dowód, że drony rzeczywiście mogą powstrzymać rosyjską ofensywę i że Fedorow miał rację.

Jednak wydarzenia zburzyły tę iluzję. Bardziej prawdopodobne jest, że prawdziwą przyczyną spowolnienia rosyjskiego natarcia były zimowe deszcze (które zawsze spowalniają przemieszczanie się oddziałów), względy strategiczne (wzmocnienie tyłów itp.) oraz nagła utrata dostępu do satelitów Starlink.

W każdym razie najpierw w lipcu padła Konstantynówka, a teraz ataki na okolice Lymania, Dobropillię i przedmieścia Słowiańska zaciskają pętlę wokół ostatniego ośrodka miejskiego w Donbasie, który wciąż pozostaje w rękach Ukrainy: aglomeracji Kramatorsk–Słowiańsk. Jednocześnie Rosjanie szturmują Orichów, ostatnią znaczącą osadę miejską nadającą się do obrony, położoną między liniami rosyjskimi a metropolią zaporoską.

Gdy te cele zostaną zdobyte, kolejnymi celami Rosjan będą Kramatorsk, Słowiańsk i Zaporoże.

Cele ekonomiczne

Prawdziwy „przełomowy” wpływ dronów miał się ujawnić z dala od pola walki. Polegał on na wykorzystaniu flot liczących setki dronów średniego i dalekiego zasięgu do bombardowania celów gospodarczych położonych w głębi Rosji: obiektów nadbrzeżnych nad Morzem Czarnym i Bałtyckim, linii zaopatrzeniowych prowadzących na Krym oraz rafinerii ropy naftowej rozsianych po całej Rosji.

Chodziło o to, by rzucić rosyjską gospodarkę na kolana, czyniąc w ten sposób życie zwykłych Rosjan piekłem i wywołując kryzys. Putin zostałby wówczas zmuszony albo do wynegocjowania zawieszenia broni, albo ktoś powstałby przeciwko niemu i obaliłby go.

Takie były wybujałe oczekiwania ukraińskiej i zachodniej klasy rządzącej.

Niewątpliwie roje dronów wywarły pewien wpływ. Uderzyły one w moce przerobowe rafinerii ropy naftowej, choć skala strat została mocno wyolbrzymiona. Poważniejsze zakłócenia odnotowano na Krymie oraz w rosyjskich miastach położonych w pobliżu granicy z Ukrainą. Najważniejsze jest jednak to, że operacja ta nie odniosła zakładanego celu.

2
Choć Rosjanie byli zaskoczeni skalą ukraińskiej ofensywy dronowej, od tego czasu zreorganizowali swoją obronę przeciwlotniczą i znaleźli sposób, by ją powstrzymać. / Obraz: Wikimedia Commons

Choć Rosjanie byli zaskoczeni skalą ukraińskiej ofensywy dronowej, od tego czasu zreorganizowali swoją obronę przeciwlotniczą i znaleźli sposób, by ją powstrzymać. Niektórzy szacują, że obecnie przez te zabezpieczenia przedostaje się mniej niż jeden procent dronów. Z kolei Ukraińcy zaczęli stawiać na widowiskowość i propagandę sukcesu poprzez uderzanie w łatwiejsze cele cywilne, takie jak magazyny Wildberries – rosyjskiego odpowiednika Amazona.

Wszystko to przysporzyło wielu cierpień jednostkom, ale nie zdołało sparaliżować rosyjskiej gospodarki, a jedynie umocniło poparcie dla wojny wewnątrz Rosji. Tymczasem koszty poniesione przez Ukrainę są niewspółmiernie wysokie.

Ataki Ukrainy na rosyjską Flotę Czarnomorską stały się pretekstem do całkowitej blokady Ukrainy na Morzu Czarnym ze strony Rosjan. W 2022 roku byłoby to dla Putina politycznie niewyobrażalne. Dziś jednak mało obawia się on narażenia głównym partnerom handlowym Rosji, takim jak Indie i Turcja, którzy – podobnie jak wszyscy inni – ustawiają się teraz w kolejce po rosyjską ropę i gaz z powodu kryzysu w cieśninie Ormuz.

Prawdziwym wstrząsem dla Zachodu było jednak częściowe uruchomienie przez Rosjan ich systemu Rasswiet – rosyjskiego odpowiednika Starlinka. Prysła kolejna bańka: przekonanie, że Rosja to zacofana, technicznie prymitywna gospodarka; „stacja benzynowa z armią”.

Rasswiet pozwala Rosjanom prowadzić zmasowane ataki dronowe na regiony Ukrainy oddalone od frontu. W związku z tym Ukraina może wkrótce zostać zablokowana zarówno na lądzie, jak i na morzu. W połączeniu z intensywnymi, codziennymi bombardowaniami infrastruktury energetycznej, przemysłowej i transportowej, ukraińska gospodarka jest doprowadzana na skraj upadku.

W nadchodzących miesiącach mieszkańcy Ukrainy staną w obliczu przerażającej sytuacji. Na polu bitwy zbliżają się nowe katastrofy. Zbliża się surowa, przerażająca zima.

W obliczu tych nieszczęść nie wystarczy wskazywać palcem na Rosjan. Oskarżycielski palec należy również skierować na kłamliwe, cyniczne i zbrodnicze zachodnie rządy oraz media, których rola w tym wszystkim jest tym bardziej nikczemna, że zwykli oni podszywać się pod „przyjaciół Ukrainy”.

Mimo że zdają sobie sprawę, iż wojny tej nie da się wygrać, nadal zachęcają Zełenskiego do walki aż do ostatniej kropli ukraińskiej krwi. Ich celem jest przedłużenie wojny.

Nie tylko kibicowali ukraińskiej ofensywie dronowej – doskonale wiedząc, że nie ma w niej zbytniego sensu z militarnego punktu widzenia, doskonale wiedząc, że ten zbrukany krwią kraj zapłaci za to wysoką cenę – ale także umożliwili jej przeprowadzenie. Dostarczyli wiele dronów, dane wywiadowcze oraz niezbędną pomoc w namierzaniu celów.

Dlaczego? Istnieje pewien cel – cel niewyobrażalnie cyniczny. Nie ma on jednak nic wspólnego z ratowaniem biednej Ukrainy. Jak powiedział belgijski generał Frederik Vansina:

„2030 rok będzie trudnym okresem dla Europy. Mamy nadzieję, że do tego czasu wojna na Ukrainie dobiegnie końca. Rosja nadal będzie tam obecna z armią liczącą od 650 000 do 700 000 doświadczonych żołnierzy. Dlatego do 2030 roku musimy być w stanie powiedzieć Władimirowi Putinowi, że nawet bez Amerykanów nie wygra wojny z Europą. Przed nami jeszcze kilka lat. Dziękujemy odwadze i krwi Ukraińców, którzy kupują nam ten czas. Dlatego tak konsekwentnie ich wspieramy.”

Kupowanie czasu. Te słowa powinny przejść do historii jako przykład wyjątkowego cynizmu. Ale ma on rację. Właśnie dlatego Europejczycy tak zdecydowanie wspierają Ukraińców. I dziękują zgładzonemu narodowi ukraińskiemu za to, że dał się poświęcić, by „kupić nam czas”.

Wojna dronowa była czystym spektaklem. Podobnie jak katastrofalna ofensywa w rosyjskim obwodzie kurskim w latach 2024–2025, była to akcja wizerunkowa, która miała stworzyć fałszywe wrażenie, że Ukraina wciąż może wygrać wojnę, której nie da się wygrać.

Po co? Po to, aby stworzyć polityczny pretekst do dalszej pomocy wojskowej i kolejnych sankcji, dzięki którym można będzie „kupić czas” europejskiemu imperializmowi, by ten mógł się dozbroić i skuteczniej bronić swoich imperialistycznych interesów, przygotowując tym samym grunt pod nowe wojny. I oczywiście po to, by mamić Trumpa wizją, że tę wojnę da się wygrać, a tym samym ponownie nakłonić Amerykanów do pełnego zaangażowania się w nią – a tym samym, w szerszym ujęciu, w obronę imperialistycznych interesów Europy.

Rozłam między Fedorowem a Zełenskim

Ofensywa dronowa była niemożliwa do utrzymania. Szacuje się, że kosztuje Ukrainę miliard dolarów miesięcznie, co stanowi ogromną kwotę. W rzeczywistości rząd ukraiński wyczerpał w pierwszej połowie roku znaczną część budżetu obronnego przeznaczonego na drugą połowę 2026 roku. Według The New York Times wydatki na drony i inną zaawansowaną technologicznie broń wzrosły z 60 do 90 procent budżetu wojskowego przeznaczonego na zakupy uzbrojenia.

To szaleństwo. W końcu musiało to doprowadzić do konfliktu między twórcami tego planu a rozsądniejszymi głosami w armii. I właśnie to mieliśmy okazję zaobserwować, gdy doszło do publicznego sporu między ministrem obrony Zełenskiego, Fedorowem, a głównodowodzącym armii, generałem Syrskim. Spór ten przerodził się obecnie w pełnoprawny kryzys dla całego reżimu Zełenskiego.

3
21 lipca, niecały tydzień po odejściu Fedorowa, Zełenski zwolnił Syrskiego / Obraz: Wikimedia Commons

Dla wojskowych obsesja Fedorowa na punkcie automatyzacji wojny – za pomocą dronów, autonomicznych robotów, czujników, SI i tym podobnych – stanowi źródło niebezpiecznego zamieszania. Choć drony są przydatne, na polu bitwy potrzebna jest artyleria, amunicja, a przede wszystkim ludzie. Takie jest stanowisko dowódców wojskowych i takie było stanowisko generała Syrskiego.

Z czysto wojskowego punktu widzenia – choć logika ta jest przerażająca – mieli oni niewątpliwie rację w sporze z Fedorowem. Istnieje jednak powód, dla którego generał Syrski jest powszechnie znany na Ukrainie jako „Rzeźnik” – jego taktyka „przemiału mięsa”, polegająca na wysyłaniu na front fal słabo wyszkolonych poborowych, budzi powszechną nienawiść.

W kulminacyjnym punkcie sporu pomiędzy Syrskim a Fedorowem Zełenski został zmuszony do poparcia wojska. Jak mógłby tego nie zrobić? 15 lipca zwolnił Fedorowa.

Jednak Fedorow, niegdyś tak lojalny wobec Zełenskiego, nie odszedł w ciszy. W kolejnych dniach i tygodniach byliśmy świadkami wybuchających w Kijowie i na zachodzie Ukrainy protestów popierających Fedorowa. W przeważającej większości mobilizowały one młodych przedstawicieli klasy średniej, powiązanych z ekosystemem prozachodnich, proeuropejskich NGO-sów, które UE i USA wspierały na Ukrainie. To właśnie ci ludzie protestowali w zeszłym roku w obronie agencji antykorupcyjnych NABU i SAPO, gdy Zełenski próbował je zamknąć.

Wtedy Zełenski pokazał, w jak słabej pozycji się znajduje. Ugiął się przed protestami i 21 lipca, niecały tydzień po odejściu Fedorowa, zwolnił Syrskiego i zastąpił go na stanowisku głównodowodzącego generałem Drapatym.

Zełenski błagał Fedorowa, by ten powrócił do rządu. Zaproponował mu nie jedno, ale aż cztery różne stanowiska rządowe. Fedorow odrzucił je wszystkie i stwierdził, że zgodziłby się jedynie na jedno stanowisko – ministra obrony… choć nie mówi się głośno o tym, że prawdopodobnie wolałby zająć stanowisko samego Zełenskiego.

Po tym nastąpiła tylko dalsza eskalacja.

Korupcja

Sygnałem do ostatniej eskalacji było potwierdzenie przez Zełenskiego zastąpienia Fedorowa na stanowisku Ministra Obrony 19 sierpnia.

W sposób wyraźnie skoordynowany Fedorow wpierw publicznie wezwał do nowych wyborów – co Zełenski kategorycznie wykluczył na czas wojny. Fedorow jest zatem pierwszą osobą na wysokim stanowisku, która wyłamała się z szeregu i wezwała do wyborów, kwestionując demokratyczną legitymizację Zełenskiego, którego mandat dawno wygasł.

Następnie, w ciągu 24 godzin, NABU opublikowało nagrania wideo i audio swojego najnowszego celu korupcyjnego: samej Iryny Mudrej, wysokiej rangi doradczyni Zełenskiego, która pracuje bezpośrednio pod Kyryło Budanowem, szefem biura prezydenta, postrzeganym jako postać potencjalnie popularna, a tym samym możliwa konkurencja polityczna dla Fedorowa. Na nagraniach słychać, jak pani Mudra mówi: „On twierdzi, że pokonanie korupcji to złe podejście… Trzeba ją usystematyzować i kontrolować”. Wspomniany „on” to ewidentnie Zełenski.

Jest ona oskarżona o prawdziwą „perłę” wśród przestępstw: wypranie 3,4 miliona dolarów w ramach układu finansowego mającego na celu zebranie środków na kaucję za byłego ministra sprawiedliwości Hermana Hałuszczenkę, aresztowanego w ramach zeszłorocznej obławy antykorupcyjnej! To jest właśnie to bagno korupcji, które miliardy zachodnich pieniędzy stworzyły na samym szczycie władzy.

Nie miejmy jednak złudzeń: NABU i SAPO to nie są wspaniali, czyści, demokratyczni bojownicy przeciwko korupcji. Nie jest nim również Fedorow.

Nie, ci ludzie są powiązani z własnymi klikami, które są równie skorumpowane. NABU i SAPO są bezpośrednimi produktami zachodniego, a zwłaszcza europejskiego finansowania. Poprzez takie mechanizmy mają one na celu dyscyplinowanie Zełenskiego w razie potrzeby i ograniczanie korupcji, gdy wymyka się ona spod kontroli.

Tymczasem w bezpośrednim otoczeniu Zełenskiego są tacy, którzy wykorzystali kontrakty państwowe, by zbudować bajeczne majątki. Są też oligarchowie, którzy nie cieszą się takimi względami. Mają oni wpływy w NABU i SAPO, które mają nadzieję wykorzystać do zastąpienia jednej grupy pijawek inną.

Sam Fedorow sugerował, że został odwołany z powodu wpływów pewnych skorumpowanych graczy w ukraińskim przemyśle obronnym. Jego sojusznicy twierdzą, że został zwolniony, ponieważ ograniczył udział w zamówieniach na drony dla cieszącej się złą sławą, skorumpowanej firmy Firepoint – powiązanej z wewnętrznym kręgiem Zełenskiego – z 80 do 25 procent.

On sam jest jednak osobiście powiązany z pewną częścią klasy kapitalistycznej spoza kliki u władzy, a zwłaszcza z zagranicznym kapitałem technologicznym, utrzymując przyjazne kontakty z Muskiem i Thielem. Jego oferta dla nich brzmi: przyjedźcie, zamieńcie Ukrainę w piaskownicę do testowania waszej futurystycznej broni wojennej.

Zachodnie – obecnie głównie europejskie – finansowanie ciągłego przedłużania tej wojny przyniosło wiele konsekwencji. Jedną z nich jest przedłużający się koszmar, jakiego doświadcza naród ukraiński. Inną jest przyczynianie się do polityki cięć odczuwanej przez europejską klasę robotniczą. Trzecią zaś są straszliwe korupcyjne przerzuty na Ukrainie — choć poziom korupcji był zły przed wojną, tak teraz osiągnął on zupełnie nowe szczyty.

Dokąd doprowadzi to starcie w następnej kolejności? To dobre pytanie, a odpowiedź zależy od szeregu czynników, nie tylko od sytuacji na polu bitwy i w gospodarce.

Zełenski kopie swoje polityczne okopy. Wykluczając wybory, pozostawił swoim wrogom wewnątrz reżimu tylko jeden sposób na usunięcie go: pucz. To właśnie w tym kontekście powinniśmy prawdopodobnie rozumieć niektóre, skądinąd dość zaskakujące posunięcia Zełenskiego.

W ostatnim czasie mocno flirtował on z elementami skrajnie prawicowymi i neonazistowskimi. Zorganizował repatriację z honorami państwowymi dwóch nazistowskich kolaborantów z czasów II wojny światowej – ściągając na siebie gniew Polski.

A zaledwie wczoraj [26 sierpnia — przyp. tłum.] Zełenski powołał dwóch dowódców neonazistowskich Brygad Azow – Andrija Bileckiego i Denisa Prokopienkę – na stanowiska, na których w praktyce kierują oni obecnie siłami ukraińskimi w Donbasie!

Neonazistowski batalion Azow jest obecnie potężniejszy niż kiedykolwiek, ponieważ przekształcił się w dwa korpusy, z których każdy składa się z kilku brygad, liczących łącznie około 40 000 członków. Również i to zostało na Zachodzie zbagatelizowane i odrzucone jako „rosyjska propaganda”. A teraz widzimy, jak neonaziści z „Azowa” stają się wpływowym elementem tej sytuacji, a Zełenski próbuje wzmocnić swoją pozycję, schlebiając im.

Pytanie brzmi: czy to on wykorzystuje ich, czy też oni jego?

Zmęczenie wojną

Chociaż poparcie dla Fedorowa pochodzi w przeważającej mierze ze strony proeuropejskiej klasy średniej w Kijowie i na zachodzie Ukrainy, ma on jeszcze jedną oczywistą zaletę.

Jego własnymi słowami:

„Jestem absolutnie przekonany, że tam, gdzie to tylko możliwe, walkę powinny prowadzić roboty i drony. W ten sposób chronimy życie naszych żołnierzy… Ukraińcy są najodważniejsi na świecie. Dlatego musimy chronić tych dzielnych ludzi”.

tłum. „Na Ukrainie wybuchły masowe zamieszki – setki osób otoczyły pojazd jednostki mobilizacyjnej po tym, jak siłą uprowadzono mężczyznę.
Co istotne, miało to miejsce we Lwowie, w samym sercu zagłębia nacjonalistycznej Zachodniej Ukrainy…”
— Jorge Martin ☭ (@marxistJorge) 8 lipca, 2026

Właśnie to Fedorow ostatecznie sprzedaje Ukraińcom, którzy pragną zwycięstwa Ukrainy, ale są zmęczeni walką i nie mogą nie dostrzegać bezsensowności kolejnych ofiar śmiertelnych. Sprzedaje im cudowną iluzję, że Ukraina może wygrać bez konieczności ponoszenia kolejnych ofiar śmiertelnych.

To oczywiście same kłamstwa, ale fakt, że tak wielu ludzi jest skłonnych w nie wierzyć – nawet wśród jego zagorzałych prozachodnich zwolenników z klasy średniej – pokazuje, że zaczyna się dawać we znaki ogromne zmęczenie wojną, wyczerpanie, a przede wszystkim gniew z powodu tego, że życie ludzi poświęca się na próżno.

Jednak, jak wyjaśnia znakomity artykuł z The Nation, opublikowany 18 sierpnia, to nie klasy średnie ponoszą największy ciężar skutków tej wojny. Na całej Ukrainie komisje wojskowe polują na 2 do 6 milionów mężczyzn niczym na dziką zwierzynę, a zdecydowana większość z nich wywodzi się z klasy robotniczej.

Wspomniany artykuł zdecydowanie warto przeczytać. Opisuje on barbarzyństwo oficerów odpowiedzialnych za mobilizację: sposób, w jaki poluje się na mężczyzn, siłą oddziela się ich od rodzin, a nawet torturuje na śmierć. Jak wyjaśnia jeden z rozmówców: „Rzadko wspominana prawda jest taka, że mobilizacja dotyka przede wszystkim Ukraińców z klasy robotniczej”.

Artykuł zawiera szereg interesujących szczegółów. Osoba zamożna może zapłacić łapówkę w wysokości 50 000 dolarów, aby uzyskać fałszywy status niepełnosprawności. Z drugiej strony opowiada o pewnym mężczyźnie, Borisie, który przez kilka miesięcy mógł prowadzić normalne życie w Kijowie, wynajmując mieszkanie w zamożnej dzielnicy… ale chcąc zaoszczędzić, „przeniosłem się do biedniejszej dzielnicy, bardziej robotniczej. I tam mnie złapali. Facet z TCK [komisji uzupełnień] po prostu powalił mnie na ziemię”.

Wśród tych grup narasta poczucie nienawiści. Znajduje ona wyraz w coraz bardziej gwałtownych konfrontacjach między oficerami rekrutacyjnymi a zwykłymi ludźmi. W ciągu ostatniego roku doszło do ponad 600 fizycznych starć, z których część przerodziła się w pełnowymiarowe zamieszki z udziałem dziesiątek, a nawet setek osób, jak miało to miejsce we Lwowie na początku lipca oraz w Tarnopolu pod koniec sierpnia.

Słowa poborowego cytowane przez dziennik Strana dają żywy obraz rozwijającego się nastroju:

„Ja i większość moich towarzyszy, zmobilizowanych, delikatnie mówiąc, nie do końca dobrowolnie, mamy głęboko w dupie całe to zamieszanie wokół tego, kto stanie na czele Ministerstwa Obrony i Sił Zbrojnych Ukrainy. Tak samo, jak za Syrskiego kiszą nas na tych samych pozycjach bez nadziei na rotację; bronimy bezużytecznych ruin na kompletnym wypizdowie, niepotrzebnych nikomu poza dowódcą naszego pułku. Zamiast normalnego jedzenia, tygodniami jemy suche racje. Są też problemy z wodą: czasem musimy pić z kałuż. Wysyłają do zadań bojowych każdego, kto może ustać na nogach – nieważne, że żołnierz jest chory i ma 38 stopni gorączki. Jednocześnie nie ma z nami na pozycjach nikogo z dowództwa, dowódcy kompanii oraz góra siedzą i dowodzą zdalnie, na drugiej lub trzeciej linii. Ogólnie rzecz biorąc, stosunek do żołnierzy jest poniżej krytyki, byliśmy mięsem i mięsem będziemy – czy to dla Syrskiego, czy dla Drapatego”.

Walka o kolejnych ludzi do karmienia machiny wojennej wcale nie słabnie, a wręcz przybiera na sile – i nie dotyczy to tylko mężczyzn. Rząd ogłosił, że nie tylko zamierza obniżyć wiek poborowy dla mężczyzn do 18 lat, ale dąży również do mobilizacji kobiet.

Dokąd dalej?

Pytanie brzmi: dokąd to wszystko zmierza? Wojna to najbardziej złożone z równań. W grę wchodzi wiele czynników: zdolność Europejczyków do zachowania jedności w szeregach i zapewnienia stałego dopływu pieniędzy; sytuacja na polu bitwy, która powoli się pogarsza, ale może doprowadzić do nagłych niepowodzeń Ukrainy; sytuacja gospodarcza, w której również możemy być świadkami załamania.

Jednak powtarzający się schemat kryzysów na Ukrainie pokazuje, że kryzysy gospodarcze, społeczne, wojskowe i polityczne splatają się ze sobą i wzajemnie się nasilają. Wojna ta ciągnie się już od dawna, nie zmieniając jednak zasadniczo faktu, że Rosja nieubłaganie kroczy po zwycięstwo. Kiedy jednak nadejdzie załamanie – a nadejdzie ono z pewnością – prawdopodobnie nastąpi ono błyskawicznie.

A co potem? Wtedy, dzięki nieustannym wysiłkom Zachodu, Ukraina stanie się krajem zniszczonym. Jej przemysł, rolnictwo, transport i infrastruktura energetyczna będą w ruinie. Znaczna część terytorium kraju zostanie wchłonięta przez Rosję.

Cokolwiek pozostanie z Ukrainy, będzie to dysfunkcyjny bałagan – nie będzie członkostwa w UE ani w NATO. Były to kłamstwa, które Zachód wmówił Ukraińcom. Państwo będzie tonącym w długach bankrutem. Po kraju będą grasować zatwardziałe grupy neonazistów i przenikną oni do armii.

W poniedziałek 24 sierpnia obchodzono Dzień Niepodległości na Ukrainie. Wszystkie kraje zachodnie wysłały swoich przedstawicieli na uroczystości. Co za kpina. Od 24 sierpnia 1991 roku, kiedy to Ukraina oficjalnie odłączyła się od ZSRR i przywrócono kapitalizm, kraj ten nie zaznał nawet odrobiny „niepodległości”.

Od samego początku był on zdominowany przez skorumpowaną, zgniłą oligarchię kapitalistów, która okradała lud. Był on placem zabaw dla zachodniego imperializmu oraz szachownicą, na której Zachód rywalizował z Rosją. Od czasu zamachu stanu na Majdanie w 2014 roku Ukraina jest niczym więcej niż zachodnim lennem. 

W końcu siły, które podporządkowały sobie Ukrainę od czasu tak zwanej „niepodległości” – ukraińska oligarchia kapitalistyczna i Zachód – doprowadziły do zniszczenia tego kraju.

W systemie kapitalistycznym Ukraina nie może liczyć na niepodległość, a właściwie nie ma dla niej żadnej przyszłości.


Autor: Ben Curry

[Tekst oryginalny]

Kategorie: Analizy