finalne sm26

Jeśli chcemy zmienić istniejący świat, musimy go najpierw zrozumieć, a tym, co nam na to pozwala, jest marksizm. Dlatego w dniach 2 i 3 maja odbyła się nasza szkoła marksizmu – Szkoła Majowa pod hasłem „w obronie komunizmu”! Hasło tegorocznej Szkoły Majowej, bezpośrednio nawiązuje do naszej walki z antykomunistyczną propagandą rodem z Zimnej Wojny, z którą stykamy się na każdym kroku naszej edukacji i w mediach. Dlatego skupiliśmy się na odczarowaniu tych popularnych mitów. Czy komunizm oznacza dyktaturę i przemoc? Jest nauką czy ideologią? Czy w 1989 robotnicy obalili komunizm? Co po rewolucji? Co komuniści myślą o USA i Unii Europejskiej? Czy zbrojenia zagwarantują nam bezpieczeństwo? Na te i wiele innych pytań odpowiedzieliśmy i przedyskutowaliśmy je z naszymi towarzyszami i gośćmi na tegorocznej edycji wydarzenia.

Oprócz naszej szkoły, z okazji Święta Pracy, nasi Towarzysze działali na ulicach Warszawy, biorąc udział w demonstracjach – zarówno tej organizowanej przez nas pod ambasadą USA, jak i wydarzeniach innych organizacji – gdzie przemawialiśmy, udzielaliśmy wywiadów, dyskutowaliśmy oraz sprzedawaliśmy nasze materiały.

Byliśmy przy Placu Defilad, na tzw. warszawskiej patelni, gdzie można było zakupić m.in. najnowsze numery „Rewolucji” – naszego zbiorowego narzędzia agitacji i organizacji – oraz magazynu teoretycznego naszej międzynarodówki, „In Defence of Marxism”. Poza tym rozdawaliśmy również nasze naklejki i ulotki promujące Szkołę Majową.

Ogólnie rzecz biorąc, liczba osób, do których dotarliśmy z naszymi ideami i materiałami przerosła nasze oczekiwania. Możemy śmiało uznać tegoroczną majówkę za wielki sukces!

Śmierć amerykańskiemu imperializmowi!

Święto Pracy powstało jako upamiętnienie wydarzenia sprzed 140 lat z Chicago. Policja otworzyła ogień do robotników, którzy wyszli walczyć o 8-godzinny dzień pracy, raniąc setki i zabijając ośmiu. W późniejszym czasie czołowi uczestnicy demonstracji zostali skazani na karę śmierci, pomimo braku jednoznacznych dowodów (najprawdopodobniej była to policyjna prowokacja). Jego tradycyjne hasła to z kolei braterstwo narodów i antymilitaryzm.

USA wciąż – mimo że jego potęga słabnie, co pokazały porażki zarówno w Iranie, jak i Ukrainie, wbrew wszelkim próbom zaklinania rzeczywistości – pozostaje największym imperialistycznym mocarstwem na świecie, uciskającym nie tylko tamtejszą klasę robotniczą, ale również robotników większości świata.

Podczas gdy elity polityczne USA pozostają bezkarne, dopuszczając się pedofilskich zbrodni, trwają: ludobójstwo w Gazie, blokada Kuby, wojna w Iranie, grabienie wenezuelskiej ropy czy kontynuacja rzezi robotników Ukrainy i Rosji. Do tego dodajmy niezliczone kraje, do których ruiny rękę przyłożyły USA i które nadal się z niej nie podniosły, jak Libia, Syria, Afganistan, czy Jemen.

Ten koszmar w wykonaniu klasy rządzącej USA wydaje się nie mieć końca. Zarazem nawet w krajach, jak Korea Południowa, Filipiny, czy Indonezja, gdzie amerykański imperializm i jego lokalne pachołki również odcisnęły piętno na świadomości masowej, wydawałoby się, że masy będą sparaliżowane. A jednak! Na młodzież najmocniej spada ciężar kryzysu kapitalizmu i nie będzie ona siedzieć biernie wobec zaostrzania się tego kryzysu. Nie pamięta odpowiednio: czterech dekad krwawej junty, kilkunastu lat stanu wojennego, wymordowania ponad miliona komunistów.

Ich odwaga i determinacja są dla nas potężnym źródłem inspiracji i nadziei. Inspiracja, nadzieja, nawet odwaga – to jednak jeszcze za mało, by zadać druzgocący cios bestii kapitału i jej imperialistycznym mackom. Nie wystarczy być przeciwko zastanemu porządkowi. Trzeba jeszcze wiedzieć czym go zastąpić. Jedna osoba może mieć taką wizję, ale kapitalizmu nie obalą jednostki, a ogromne masy ludności.

Nie oczekujemy, że będą wiedziały dokładnie, czego chcą. „Ktokolwiek oczekuje «czystej» rewolucji społecznej, nigdy jej nie dożyje” – pisał Lenin o Powstaniu Wielkanocnym. Aby ich bunt przyniósł efekt i wyniósł je do należnego im miejsca w historii, należy jednak wyszkolić przywództwo, które nada mu właściwy kierunek. Taka jest właśnie istota działalności Czerwonego Frontu i Szkoły Majowej.

W szerszym globalnym kontekście młodzież nie pamięta zaś okresu bezpośrednio po upadku Związku Radzieckiego, kiedy USA wraz z kapitalizmem wydawały się niezwyciężone – do tego stopnia, że burżuazyjni „myśliciele” proklamowali koniec historii. Jako marksiści wiemy jednak, że nic w świecie nie ma nic stałego oprócz zmiany.

Chciwość spekulantów i bankierów wyhodowała kryzys z 2008 i hoduje kolejny na pożywce z bańki AI. Poczucie bezkarności wyhodowało „klasę Epsteina” wielką koterię bogatych zboczeńców, którzy nie przynoszą ludzkości żadnego pożytku. Zbrodnie i bezustanne awantury amerykańskiego imperializmu mają drugie dno dla niego samego — potężnie zadłużyły Stany Zjednoczone, zmuszając ich klasę rządzącą do oszczędzania na wszystkim innym, aż do najdłuższego przestoju w wypłatach dla 750 tys. pracowników federalnych.

Wszystko to sprawia, że miliony na całym świecie stają się coraz bardziej gotowe do otwartej konfrontacji już nie z osobnymi przejawami systemu, a nim samym. W samych USA wyraża się to m.in. w niskim poparciu dla wojny w Iranie. Co kluczowe – niskim od samego początku, w przeciwieństwie do wojen w Iraku, czy Afganistanie, a co wynika właśnie ze złej sytuacji bytowej i sprawy Epsteina. W reszcie świata, a przynajmniej w Polsce, jeśli nie widzimy jeszcze takiej radykalizacji przeciwko kapitalizmowi, to znajdujemy rosnącą niechęć do USA i ich imperializmu.

W przeciwieństwie do panów burżujów nie wierzymy jednak, że alternatywą dla USA jest dozbrajanie UE po zęby. Te marzenia ściętej głowy, za które zapłaci polska klasa robotnicza, skierują jej gniew przeciwko rodzimej burżuazji. Oczywiście na polską klasę robotniczą już dziś spadają ciosy wywołane militaryzacją, jak zamykanie jednego oddziału szpitalnego za drugim, brak miejsc w akademikach lub rosnące koszty życia i bezrobocie. Niekoniecznie jednak przekłada się to na zupełne odrzucenie militaryzmu. Dlatego za punkt wyjścia musimy brać to, gdzie gniew kierowany jest dzisiaj i pomóc go uogólnić; pomóc nastawić jak najwięcej pracujących Polaków i przeciwko USA, i przeciwko Tuskowi, i przeciwko militarystycznej nagonce jego rządu do spółki z mediami i równie antypracowniczą „opozycją”, przeciwko kapitalizmowi, który się za tym wszystkim kryje.

Dlatego również i my w tegoroczne Święto Pracy, w Warszawie, oprócz uczestnictwa w innych demonstracjach i pochodach, zorganizowaliśmy demonstrację pod ambasadą USA. Pojawiliśmy tam by wskazać, że system znajduje się w rozkładzie, że istnieje droga, by go zniszczyć i zbudować na jego zgliszczach lepszy świat. Mówiliśmy m.in. o bezkarności klasy Epsteina, o plądrowaniu Globalnego Południa przez amerykański imperializm, osłabieniu wpływów USA oraz militaryzacji Polski i Europy

W obronie komunizmu! Dyktatura proletariatu i przemoc rewolucyjna.

W świadomości wielu panuje pogląd, jakoby komuniści byli żądnymi krwi sadystami, a komunizm równał się tyranii, w której zwykły człowiek nie ma nic do gadania. W rzeczywistości jest to opis kapitalizmu. Jeszcze dekadę temu UNICEF oszacował, że do 2040 r. 600 milionów dzieci umrze, zachoruje na uleczalne choroby bez dostępu do leków lub będzie niedożywione. Przeszło 120 milionów ludzi musiało opuścić swoje domy, głównie z powodu wojen, których kapitalizm namnożył obecnie najwięcej od tej rozpętanej przez nazistowskie marionetki wielkiego kapitału, która pochłonęła 60–75 milionów istnień ludzkich.

Od 1970 roku sankcje nałożone przez zachodni imperializm kosztowały życie co najmniej 38 milionów. Komuniści są w aktach Epsteina, ale nie jako sprawcy. To „zaszczytne” miejsce przypada burżujom. Chodzi o Fidela Castro, którego śmierć ucieszyła Epsteina, który dostrzegał w niej okazję do pozyskania „narybku” w rodzaju kobiet z byłego Związku Radzieckiego, doświadczających dobrodziejstw kapitalizmu jako ofiary handlu ludźmi.

Jeśli mowa o sankcjach i wojnach nie sposób nie wspomnieć o tym, że samo przejęcie władzy w Piotrogrodzie w 1917 roku przez bolszewików przebiegło praktycznie bezkrwawo, a tam, gdzie dochodziło do walk, większość ofiar stanowili bolszewicy, jak w Moskwie, gdzie mieli większość w Radzie Miasta. To kontrrewolucja była żądna krwi, to burżuazja chciała kontynuowania wojny za wszelką cenę, gdy tylko 18 dni ofensywy Kiereńskiego pociągnęło za sobą 140-280 tys. ofiar, a brak rąk do pracy bezpośrednio nasilał głód.

Kontrrewolucja jednak rozbestwiła się w pełni dzięki ogromnemu wsparciu militarnemu i finansowemu „cywilizowanego” zachodu (który dopiero co wymordował 20 milionów w „ostatniej wojnie”, czemu nie tylko nie przeszkodzili, ale i udzielili gorącego poparcia ci „demokratyczni” socjaliści Francji, Niemiec i Zjednoczonego Królestwa). To kontrrewolucja i pobłażanie wobec niej były tym, co kosztowało sporo „ofiar komunizmu”, w tym np. głodu na Powołżu, gdzie nastąpił splot zacofania rolnictwa odziedziczonego po poprzedniej epoce, strat spowodowanych wojną napędzaną przez zachód i zbiorowej kary w postaci blokady głodowej na ludności Rosji, wymierzonej przez tę samą klasę, która dziś morduje poprzez sankcje czy blokadę Gazy.

Wystarczy wspomnieć, że utworzenie Czeki i początek czerwonego terroru dzieli 10 miesięcy. W międzyczasie na życie Lenina targnięto się trzy razy, a w Finlandii kontrrewolucja zdążyła wykazać się wyjątkowym bestialstwem, rutynowo rozstrzeliwując więźniów, kobiety i dzieci, by następnie zamknąć 4% kraju w obozach koncentracyjnych, w których zmarła co szósta osoba, tj. 10 tys. – dla porównania w niezorganizowanych akcjach odwetowych sił rewolucji zginęło 1649 białych. Taka była alternatywa dla rewolucyjnej przemocy – okrucieństwo kontrrewolucji, które nie zna litości, jak już wtedy było wiadomo po klęsce rewolucji 1905 i doświadczeniach Komuny Paryskiej, stłumionej tak brutalnie, że od ludzkiej krwi zatykały się studzienki kanalizacyjne.

Co więcej, „Czarna księga komunizmu”, źródło mitycznej liczby „100 milionów ofiar komunizmu” wlicza do tej liczby… nazistowskich żołnierzy i ich potencjalne potomstwo (sic!), a sami inicjatorzy pomnika „ofiar komunizmu” w Kanadzie najpierw długo wstrzymywali się z jego budową, bo mieli trudność z ustaleniem, kim były te ofiary i ile ich naprawdę było, by ostatecznie go wybudować, ale tablice pamiątkowe na nim pozostawić puste. Dlaczego? Otóż więcej niż połowa z 553 nazwisk na nich okazała się nazistami!

Jeśli mowa o samej dyktaturze, to wbrew utartemu rozumieniu słowa „dyktatura”, dla komunistów jest ona rządami jednej klasy nad drugą; sytuacją, w której znajdujemy się również obecnie, gdzie państwo burżuazyjne w interesie wyzyskiwaczy, uciska wyzyskiwanych. Dlatego w dyktaturze proletariatu, stanowiącej pierwszy krok na drodze do socjalizmu mamy sytuację zgoła odwrotną, w której to robotnicza większość zaczyna uciskać pozostałości nielicznej burżuazji, a sama uczy się pracy i dyscypliny bez pańskiego bata nad głową (czemu pomaga świadomość, że sama jest gospodarzami w swoich zakładach).

Co jednak z przemocą? Wielu pacyfistów i liberałów powiedziałoby, że każda przemoc jest zła. My jednak nie myślimy w takich idealistycznych kategoriach. Jesteśmy spadkobiercami Marksa, nie Kanta. Wiemy, że przemoc właściciela nad niewolnikiem nie jest tym samym co przemoc użyta przez tego niewolnika, aby zerwać kajdany. Wiemy, że każda władza polityczna opiera się na przemocy – wystarczy przypomnieć pałowanie protestujących kobiet w 2020 r. lub represje ruchu solidarności z Palestyną.

W sesji o przemocy przytoczyliśmy wiele pokojowych wystąpień, które państwo burżuazyjne zawsze topiło we krwi, często przy zewnętrznej pomocy imperialistów: krwawa niedziela 1905 r., wspomniana wcześniej pacyfikacja Komuny Paryskiej, rewolucja w Sudanie czy losy Chile Allende. Dlatego by następna rewolucja nie została utopiona we krwi przez kontrrewolucję, nie możemy ulegać pacyfistycznym złudzeniom. Pacyfistyczna wiara w ugodę z kapitalistami zawsze oznacza pacyfikację rewolucji – albo poprzez zdradzieckie zaprzepaszczenie wysiłków mas przez przywództwo, albo poprzez szykowanie masakry.

Przemoc dla komunistów nie jest fetyszem, nie marzą nam się orgie przemocy. Jest ona jedynie narzędziem, koniecznością, a nie preferencją. W miarę możliwości jesteśmy za jak najmniej krwawą zmianą systemu. Warunek? Przytłaczająca siła uzbrojonej klasy robotniczej, która samą groźbą przemocy może skutecznie wybić klasie panującej opór ze łbów!

Świat w obliczu permanentnego kryzysu kapitalizmu. Marksizm – nauka czy ideologia?

Pierwszy dzień Szkoły Majowej nie rozpoczął się jednak od dyskusji nad przemocą, a sytuacją w dzisiejszym świecie oraz Polsce. Nie mamy wątpliwości, że ustrój, w którym żyjemy, nie poprawia poziomu życia nikogo, poza garstką nieproduktywnych pasożytów na górze. Znajduje to wyraz w mizernym poziomie wzrostu gospodarczego – 0,1% w USA po odjęciu budowy centrów danych, 0,7% w UE. Polskie 3,5% wzrostu i status 20. gospodarki świata absolutnie nie daje się odczuć przeciętnemu Kowalskiemu, ku ubolewaniom burżuazyjnych pismaków i „ekspertów” od siedmiu boleści.

O ile wcześniej stosunkowo rozpowszechniona była wiara w możliwość awansu społecznego dzięki ciężkiej pracy, to dziś, gdy miliony albo wypruwają sobie flaki tylko po to, by opłacić zagrzybiałą norę i dorobić się, ale co najwyżej garba i nadciśnienia, albo nie mogą znaleźć pracy, mit ten wali się na naszych oczach niczym domek z kart.

Mając to na uwadze, nie jesteśmy bynajmniej bezwzględnymi deterministami ekonomicznymi. Taki światopogląd nie ma za wiele wspólnego z marksizmem, czemu Lenin poświęcił „Co robić?” i o czym dyskutowaliśmy na sesji wokół pytania, czy komunizm to nauka, czy ideologia. Kryzys kapitalizmu ma wymiar nie tylko ekonomiczny, ale też społeczny.

To tzw. kryzys zdrowia psychicznego, będący niczym innym, jak symptomem chorego społeczeństwa, gdzie sporo przypadków albo wynika z czynników systemowych, jak np. eurosieroctwo i „małżeństwa z rozsądku” będące po prostu wynikiem ekonomicznych nierówności płciowych, albo jest skierowaniem gniewu na te czynniki, na ten system do wewnątrz. Również o tym mieliśmy okazję rozmawiać na Szkole Majowej, co pokazuje, że marksizm nie jest martwym dogmatem, który burżuazyjna nauka najchętniej skazałaby na niebyt, a żywym, wszechmocnym narzędziem rozumienia świata i wnioskowania jak go zmienić!

Kryzys społeczny to też powszechny nastrój pesymizmu i zagubienia wśród salonowej lewicy. Ludzie ci są zawsze gotowi rwać włosy z głowy i bić na alarm o „faszyzmie”, gdy tylko w jakichś wyborach ugruntowane partie burżuazyjne – od liberałów po reformistów – dostają zasłużoną czerwoną kartkę za lata ataków na poziom życia pracowników, na rzecz prawicowych populistów. Sztandarowym przykładem jest tutaj zwycięstwo wyborcze Donalda Trumpa rok temu. Tak, Trump jest reakcjonistą. Jest nim również Joe Biden i Kamala Harris, która ścigała się ze swoim oponentem na obietnice ksenofobicznej polityki migracyjnej, tak jak robi to Tusk wobec „psychoprawicy”.

A cóż widzimy teraz? Jakich by aspiracji politycznych nie miał Trump, rozbiły się one z łoskotem o osłabienie zdolności projekcji siły amerykańskiego imperializmu wraz z żelaznym uściskiem militarnego lobby, które uniemożliwiło zakończenie ciągłych wojen (jednej z kluczowych obietnic Trumpa), o publikację akt Epsteina, o przeszkody natury ekonomicznej. Trumpowi przypadła rola zarządzania upadkiem USA — upadkiem, którego finał może pociągnąć za sobą kapitalizm.

Paniczne, empiryczne upatrywanie w MAGA i Trumpie nowego wcielenia hitleryzmu na podstawie szowinistycznej retoryki czy aroganckiego stylu rządzenia – powierzchownych cech, a nie faktycznej istoty sprawy – skompromitowały się. W mniej niż rok po zdobyciu władzy przez NSDAP nielegalne były nawet robotnicze kluby szachowe. Tymczasem w rok po zdobyciu władzy przez Trumpa jego arogancki styl rządzenia nie pociągnął za sobą rzesz kołtuństwa, bo to nie klasa robotnicza zniknęła, a drobnomieszczaństwo uległo przerzedzeniu, pozbawiając faszyzm swojego głównego filara klasowego, a którego resztki takimi twierdzeniami zwyczajnie próbują przenieść własne lęki na proletariat. Zamiast do totalitarnej tyranii rok rządów Trumpa wystarczył, aby w USA doszło do pierwszego strajku generalnego od przeszło pół wieku.

Jaki z tego wniosek? Ci, którzy dziś rozsiewają poczucie strachu i rezygnacji przed „faszyzmem”, sami pełnią obiektywnie reakcyjną rolę, w myśl przysłowia „strach ma wielkie oczy”. Niech ci zawodowi pesymiści i siewcy moralnej paniki idą sobie skomleć we własnym gronie. Obiecujemy dołożyć wszelkich starań, aby postawić mur między nimi a najbardziej zaawansowanymi warstwami młodzieży i robotników, by nie zatruwali ich umysłów swoim pesymizmem, któremu głośno i śmiało przeciwstawiamy rewolucyjny optymizm.

Mamy przewagę – ich podpora to płytkie jak Wisła w Warszawie zeszłego lata analogie historyczne. Nasza – to żywy, wspaniały przykład robotników Minneapolis, którzy pokazali, że zorganizowanego oporu jedynej rewolucyjnej klasy dzisiejszego społeczeństwa nie zatrzyma nawet i kilka tysięcy umundurowanych bandziorów z ICE, ani kilkunastostopniowy mróz. To dopiero preludium do wielkich bitew, jakie czekają nas w najbliższych latach. Nakłada to na nas obowiązek jak najlepszego przygotowania się do nich. Nie ma wymówek dla zbijania bąków. Właśnie dlatego długi weekend nie upłynął nam pod znakiem grilla ze znajomymi – choć wielu z nas mogło go brakować – a wytężonej nauki i pracy politycznej. Naszym honorem jest maksimum poświęcenia dzisiaj, dla wielkich zdobyczy jutro – czyli uwolnienia ogromnego potencjału ludzkiego i technicznego, dławionego obecnie przez kapitalizm.

Lekcje PRL-u i „Solidarności”

Jak wspomnieliśmy, marksizm jest żywym narzędziem, a nie martwym muzealnym artefaktem. Mógł nim być, ale w rękach stalinowskiej biurokracji. Jednak dyskusja o „Solidarności” nie była po prostu wyjaśnieniem natury reżimu, jaki panował w PRL — zdeformowanego państwa robotniczego, tj. ustanowionego z zewnątrz, w interesie geopolitycznym radzieckiej pasożytniczej biurokracji, rządu lokalnych pasożytniczych biurokratów, gdzie elementy gospodarki planowej i likwidacja własności prywatnej powstały nie w wyniku świadomego ruchu mas pracujących, a praktycznych interesów biurokracji.

Od wyjaśnienia, jak ten zryw wpisywał się w bogate tradycje rewolucyjne narodu polskiego, jaki był jego rzeczywisty potencjał i jak najpierw błędy kierownictwa doprowadziły do jego upadku, by następnie zdradzić robotników do spółki z nomenklaturą w ‘89, przeszliśmy do dyskusji, w której przeszłość splotła się z przyszłością. Podczas gdy burżuazyjna historiografia widzi historię jako serię w najlepszym wypadku luźno powiązanych punktów, marksistowska metoda – materializm historyczny – rozpatruje bieg dziejów jako część większej całości.

Tylko marksizm pozwala nam połączyć potencjał planowania gospodarczego i gospodarki uspołecznionej, odmierzyć ciężar biurokratycznego marnotrawstwa czy technofobii i ocenić możliwości, jakie stwarza dla ludzkości likwidacja przestarzałych barier własności prywatnej, państw narodowych, anarchii rynku przy zastosowaniu najnowszych zdobyczy nauki i techniki. Istnieje dziś ogromny potencjał do ogromnego skoku cywilizacyjnego. W PRL-u niweczyła go biurokracja. Dziś robi to kapitalizm, co dostrzega coraz szersze grono młodzieży i pracowników. Nie utożsamiają jeszcze zwykle zbędnego balastu obciążającego ich samych z kapitalizmem, a np. sztuczną inteligencją, na temat której wywiązała się żywiołowa dyskusja, dając kolejny testament ponadczasowości marksizmu.

Pieniądze na szpitale, NIE na zbrojenia!

W całej Polsce postępuje masowe zamykanie fabryk przez wysokie ceny energii z powodu lat niedoinwestowania, zielonego zaciskania pasa UE oraz odcięcia od taniej energii z Rosji (której część i tak pośrednio, ale z pokaźną marżą trafia do Europy przez kraje takie jak Azerbejdżan czy Chiny). Oprócz fabryk zamykane są także oddziały szpitalne, jeśli nie całe szpitale, których wiele tonie w długach. W ekstremalnych przypadkach jak w powiecie leskim tworzy to sytuację, w której do najbliższej porodówki jest ponad sto kilometrów, wobec ostrego kryzysu demograficznego.

Zamyka się też szkoły, głównie w małych wsiach, ale nie tylko, a na mocy nowych przepisów ma to być jeszcze łatwiejsze. Nie powstają nowe akademiki, tanie mieszkania na wynajem, a dotacje dla barów mlecznych są tak niskie, że w wielu miastach stały się one gatunkiem na wymarciu. Wciąż znaczące obszary naszego kraju pozostają usiane transportowymi białymi plamami, gdzie bez auta jest się jak bez ręki. No, ale przynajmniej naprawa tych trumien na kołach nakręca wzrost gospodarczy, niczym w żarcie o ekonomistach i gównie! Wciąż mamy też więcej rządowych limuzyn, niż karetek.

W takiej sytuacji rodzi się pytanie: na co przeznaczyć środki z budżetu – armaty czy masło? Budżetu, który cierpi ogromny deficyt wskutek skutecznej obrony swoich interesów przez burżujów, by zabrawszy klasie robotniczej większość wypracowanego przez nią bogactwa (majątki tylko 10 najbogatszych Polaków w 2020 r. odpowiadały za 3% PKB, dziś jest to 3,5%) oddać do „wspólnej” kasy jak najmniej, a większością kosztów obciążyć właśnie pracowników. A jeśli nie pracowników, to ich dzieci poprzez dług publiczny.

Dylemat czy przeznaczyć je na zbrojenia, źródło ogromnych zysków dla spekulantów, czy usługi publiczne, na których nie idzie tak łatwo zarobić, obnaża z każdym dniem klasowy charakter państwa. Właśnie z tego względu drugi dzień Szkoły Majowej poświęciliśmy walce z imperializmem i militaryzacją. Pozostaje podziękować burżujom za dostarczenie nowych materiałów do nauki o ich systemie. Obiecujemy wykorzystać je przeciwko nim i ten system obalić.

I wydawałoby się, że „socjalne” partie staną w tym sporze po stronie pracowników, a nie oficerów, bo to ich pensje, a nie zakup sprzętu (który skądinąd byłby przydatny może w II WŚ, nie dziś, w epoce dronów, których Polska zakupiła marne 2 tys., czyli tyle, ile zużywa się w pół dnia na Ukrainie) stanowią lwią część nakładów na wojsko. Nic bardziej mylnego. Cały parlamentarny klub Razem ochoczo zagłosował za SAFE, o którym Maciej Konieczny mówił w samych superlatywach.

Ten naczelny piewca „zbrojnego pokoju”, który jemu podobni mogą zakończyć tylko równie haniebnie, jak II Międzynarodówka poprzedni, chyba o czymś zapomniał. Otóż oprócz bycia orędownikiem przemysłu śmierci pozuje na wielkiego obrońcę Palestyny. Tej samej Palestyny, której lud ginie od trotylu z Nitrochemu, który jako część Polskiej Grupy Zbrojeniowej dostanie teraz dotację z SAFE czy od uzbrojenia firm Rafael, Honeywell, Boeing, BAE Systems czy Lockheed Martin, które współpracują i z Izraelem, i polską zbrojeniówką.

Dla polskich socjalszowinistów członkostwo w NATO z kolei to rzecz święta. To samo NATO dostarcza Izraelowi 97% uzbrojenia. Albo-albo. Albo się stoi po stronie Palestyńczyków i ludzi pracy, albo po stronie przemysłu śmierci i żadne subiektywistyczne bajeczki z Wydawnictwa Heterodox i postmodernistycznej akademii tego nie zmienią.

To właśnie dlatego z tego powodu drugi dzień Szkoły Majowej poświęciliśmy tematowi walki z imperializmem. Dialektycznie: skoro obrona, to i atak. A najlepszą obroną (przed atakami na z trudem wywalczone zdobycze klasy robotniczej) jest atak (na imperialistów i ich ambicje wysłania nas lekką ręką na bezsensowną śmierć w okopach).

Militaryzacja nie musi jednak prowadzić do wojny, by zabijać. Zabijają cięcia. Zabiją zalegalizowane ostatnio miny przeciwpiechotne. Zabije uzbrojona policja, której klasa panująca nie zawaha się wysłać, gdy jej władza będzie naprawdę zagrożona. Nie wierzycie? To prześledźcie historię wszystkich wojen rewolucyjnych, w których reakcja zawsze stosuje regułę wszystkie chwyty dozwolone – jak kiedyś, tak i dzisiaj, czy to w Sudanie czy w Gazie. Pracownik najemny popierający zbrojenia w kapitalizmie popiera zbrojenie swoich śmiertelnych wrogów.

To może zbrojenia to wielka szansa na rozwój polskiej gospodarki? Czy może też nasi socjalszowiniści zapałali miłością do „teorii skapywania”? Wszak może i nauka jest poważnie niedofinansowana – co wykazała sama Marcelina Zawisza, publikując listę 241 projektów, którym MNiSW odmówiło finansowania – ale zaraz PGZ stworzy nam tu coś na miarę Internetu czy paru innych technologii, które dała nam Zimna Wojna za „małą” cenę ataków na klasę robotniczą od lat 70., gdy jej walka w obronie swojej siły nabywczej zaczęła za bardzo uszczuplać zyski burżujom! A obrona przed czym? Ano właśnie przed skutkami keynesistowskiej polityki, którą stosowały zachodnie rządy w celu sfinansowania wyścigu zbrojeń i wojen w Indochinach.

Nie. Doprowadzą tylko do pogorszenia naszych warunków bytowych, zasilając kieszenie spekulantów i partnerów ludobójców. Żeby chociaż faktycznie te pieniądze zostawały w Polsce! Mimo że SAFE to niby unijny projekt, to skoro już polska burżuazja ma dostać najwięcej z tej pożyczki, to i niech też zrobi to, co potrafi robić najlepiej, czyli montownie zagranicznego złomu, na których polski jest co najwyżej branding, jak pokazuje ostatnia inwestycja w ośrodek serwisowania silników Abramsów, który z publicznej kasy dostanie miliard zł, które trafią do spółek z USA i Korei.

W PRL-u popularne były żarty z nierównej wymiany między Polską a ZSRR. Pomijając fakt, że w swoich ostatnich latach nie tylko Rosja finansowała rozwój innych republik, ale też inne demoludy, to nierówna wymiana była, ale z Zachodem, który narzucił nam ją za kredyty, przy których dług spowodowany militaryzacją to nic. Polska burżuazja ewidentnie idzie w dumne ślady prlowskich biurokratów, z tą różnicą, że nie będzie żadnego „II etapu reformy gospodarczej”, nie będzie żadnego uwłaszczania się, a będzie wywłaszczenie wywłaszczycieli. Taki jest endgame polskiej burżuazji i polskiego kapitalizmu. Właśnie to oznacza, że imperializm jest jego najwyższym stadium.

Całkiem możliwe nawet, że wyjdzie z tego przekręt stulecia, bo choć ustawa o SAFE mówi o sprawozdawczości projektów, nie dookreśla sankcji za nadużycia. Weźmy np. spółkę Niewiadów PGM z jej fabrykami, które na razie pozostają na papierze, które ponoć mają się zmaterializować do 2028 r., a w praktyce będzie najpewniej tak jak z PGE Energetyka Jądrowa i spółką Polskie Elektrownie Jądrowe. Ta pierwsza przez ponad dekadę wyciągnęła 447 mln zł + 168,5 mln zł dodatkowych kosztów dla administracji rządowej na „przygotowania” (zawsze gotowych stołków dla pociotków i znajomych królika). W czasie gdy te dwie spółki wyciągnęły łącznie 2,53 mld zł od 2009 roku bez fizycznego rozpoczęcia prac, Chiny współcześnie budują elektrownie w średnio 5 lat, podobnie jak Szwecja w latach 1972–85. Dotychczasowy rekord to Flamanville we Francji z przekroczony budżetem, budowana 17 lat. To już pewne, że Polska ten rekord przebije o dekadę.

Przeciągająca się wojna zastępcza z Rosją oraz wprowadzone w jej ramach odcięcie od rosyjskich surowców energetycznych na rzecz drogiego LNG z USA zaczęły się jako posłuszne lokajstwo wobec żądań amerykańskiej burżuazji. Sprzedaż uzbrojenia, paliw i pożyczek Ukrainie okazała się świetnym interesem dla europejskiej burżuazji, kosztem ruiny Ukrainy i wzajemnego wymordowania się przeszło miliona robotników. Amerykańska burżuazja pod wodzą Donalda Trumpa od ponad roku wykonuje plan zakończenia trzydniowej operacji specjalnej w ciągu jednej doby. Pytanie tylko kto pierwszy powie „dość” – organizatorzy tej błazenady na stosach trupów, czy masy pracujące Ukrainy i w rosnącym stopniu także Rosji?

Europejska burżuazja nie chce podskakiwać amerykańskiej, ale mimo całego tego stroszenia piór, pod spodem nadal będzie się krył wynędzniały brojler, a nie majestatyczny paw. Dobrze wiedzą, że Europa jest ekonomicznie w ślepym zaułku. Militaryzacja będzie w tym sensie stanowiła gwóźdź do trumny szczególnie w Polsce, bo pierwszy przekręt, czyli kilkanaście lat nieróbstwa i defraudacji wokół polskiej EJ kosztuje nas już teraz najdroższy prąd w Europie przez opłaty ETS, a w konsekwencji szczególnie dotkliwie jest u nas odczuwalny kryzys europejskiego kapitalizmu. Drugi przekręt, czyli zbrojenia wpędzi nas w ogromne długi, co przełoży się na cięcia budżetowe, przy których te, jakie narzucono Grecji to małe piwo.

Kapitalizm tworzy własnych grabarzy. Nam – partii bolszewickiej – pozostaje oświetlić tę przysłowiową trumnę, rozproszyć mgłę burżuazyjnych kłamstw, a klasa robotnicza znajdzie te gwoździe, tę trumnę i leżącego weń przebrzydłego trupa kapitalizmu, którego fetor mdli ją już zbyt długo i zrobi co trzeba. Podać jej tylko szpadel, ostry, mocno przytwierdzony do trzonka, a zrobi to sprawnie, bez niemiłych niespodzianek.

Na świecie stalinizm stał się tym zardzewiałym szpadlem o zbutwiałej rączce, który nie nadaje się nawet do piaskownicy. Nie dziwi nas, że robotnicy nie chcą go ruszać. Ale i on był kiedyś inny. W zeszłą majówkę wyostrzyliśmy sumiennie nasz szpadel bolszewizmu, ale to tylko iteracja – praca nad tym zadaniem to nieustanny proces i nie możemy spocząć na laurach. Zadanie popadania w zgubne samozadowolenie zostawmy naszym wrogom klasowym! 

Kategorie: Komentarze