
W tym roku mija czterdzieści lat od katastrofy czarnobylskiej – możliwego do uniknięcia pokłosia biurokratycznego nieładu trawiącego Związek Radziecki. Jednak ekologiczne dziedzictwo ZSRR to nie tylko napromieniowanie Ukrainy i Białorusi, czy osuszenie Jeziora Aralskiego. Jest nim również jeden z najbardziej udanych programów ochrony gatunkowej w historii. W mniej sprzyjających warunkach – ruinie po siedmiu latach wojny – uspołeczniona gospodarka pod kontrolą rad pracowniczych była w stanie uratować bobra europejskiego przed wyginięciem w ramach jednej z największych inicjatyw konserwacyjnych w historii.
Ponad sto lat temu los bobra europejskiego wydawał się przesądzony. Bezlitosne polowania na te pracowite, kluczowe dla środowiska gryzonie dla ich gęstego, wodoodpornego futra, mięsa, a zwłaszcza dla kastoreum – wydzieliny stosowanej w medycynie i perfumiarstwie – zredukowały ich populację do ok. 1200 osobników w zaledwie ośmiu małych, odizolowanych populacjach między Francją a Mongolią – tj. na przeszło 6,5 tys. km.. Handel futrem, który doprowadził do wyniszczenia populacji bobrów w Ameryce Północnej, okazał się równie szkodliwy w Eurazji. Bóbr, niegdyś licznie występujący w całej Eurazji, od Europy Zachodniej po granicę chińsko-mongolską, niemal zniknął ze swojego pierwotnego terytorium. W samej Europie rozdrobnione niedobitki żyły wzdłuż Rodanu we Francji, Łaby w Niemczech, w południowej Norwegii, w dorzeczach Niemna i Dniepru na Białorusi oraz, nad rzeką Woroneż w Rosji. To właśnie tam w 1922 roku rozpoczęto działania na rzecz odbudowy populacji tych zwierząt. Co warto dodać, większość Europy zaczęła poważniej traktować ochronę środowiska znacznie później. Przykładowo pierwszy park narodowy w II RP powstał dekadę później. Był to Białowieski PN, notabene okaleczony dziś przez zmilitaryzowaną granicę z Białorusią i mur wzdłuż niej.
Młode państwo robotnicze stało przed wyborem: pozwolić bobrom zniknąć na zawsze lub zdecydowanie interweniować. Gdyby doszło do wyginięcia bobrów, konsekwencje każdego pożaru lasów byłyby o wiele bardziej katastrofalne, a susze bardziej dotkliwe. Stałoby się tak, ponieważ tereny, na których żyją, są dość odporne na ogień dzięki długotrwałemu utrzymywaniu wilgoci w glebie. Dzięki temu również wiele innych gatunków zwierząt może wtedy znaleźć tam schronienie.
Rząd radziecki postanowił rozpocząć nowatorski jeden program ochronny, który okazał się wielkim sukcesem. Centralnym punktem tych starań był Rezerwat Woroneski, założony w rejonie usmańskim obwodu woroneskiego i rozciągający się na obwód lipiecki. Rezerwat ten stał się pierwszą na świecie eksperymentalną hodowlą bobrów, w której prowadzono hodowlę i badania nad tym gatunkiem w celu jego restytucji.
Była to zasadnicza zmiana podejścia. Sama ochrona istniejących siedlisk mogłaby utrzymać małą, miejscową populację, ale niewiele by pomogła, jeśli chodzi o przywrócenie gatunku do całego dawnego zasięgu występowania. Zamiast tego władze radzieckie obrały przełomową strategię aktywnego zarządzania. Rezerwat stał się ośrodkiem rozmnażania, gdzie bobry hodowano w chronionym środowisku, prowadząc jednocześnie badania naukowe, niezbędne do zrozumienia ich potrzeb ekologicznych, wzorców rozrodczych i cech behawioralnych.

Tylko z Rezerwatu Woroneskiego odłowiono i przesiedlono około 3000 osobników – nie tylko na teren Związku Radzieckiego, ale na cały kontynent, zaczynając od Bloku Wschodniego. Bobry przewieziono do 52 różnych regionów ZSRR, a także do Polski, Niemiec i innych krajów Europy. Program był systematyczny, oparty na metodzie naukowej i na bezprecedensową skalę.
Radziecki program reintrodukcji wykraczał daleko poza Woroneż. Od lat 50. do 70. XX wieku radzieccy przyrodnicy przywracali bobry na rozległych terytoriach. W tym okresie ponad 15 000 bobrów europejskich umieszczono w odpowiednich dla tego gatunku siedliskach. Miejscami eksperymentowano też z wprowadzeniem ponad 800 bobrów kanadyjskich. Woroneska populacja okazała się szczególnie cenna, ponieważ miała genetycznie odrębną linię – bobry z tego regionu wykazują zarówno brązowe, jak i czarnobrązowe umaszczenie, co czyni je dobrze przystosowanymi do zakładania nowych populacji w zróżnicowanych warunkach.
Metoda stosowana przez radzieckich naukowców była rygorystyczna. Na północy europejskiej części Rosji, gdzie bobry wyginęły ponad dwieście lat wcześniej, aktywne programy wdrożeniowe w połączeniu z naturalnymi wzorcami migracyjnymi umożliwiły temu gatunkowi na ponowne zasiedlenie całych ekosystemów do lat 50. XX wieku. Radzieccy badacze dokumentowali wszystko, od optymalnych miejsc wypuszczania po wpływ zwierząt na hydrologię terenów podmokłych, gromadząc wiedzę, która przysłużyła się działaniom ochronnym w kolejnych dziesięcioleciach.
Wyniki mówią same za siebie. Do 2020 roku populacja bobra europejskiego na kontynencie wzrosła do co najmniej 1,5 miliona osobników. Co zaczęło się jako desperacka próba ratowania kilkuset zwierząt w jednym rezerwacie, stało się wielkim sukcesem zarówno biologii zachowawczej, jak i testamentem potencjału gospodarki opartej nie na zysku, a interesie ludzkości, w który wpisuje się dbałość o przyrodę, dzięki której żyje i której jest częścią. Bobry wróciły do rzek i strumieni, w których brakowało ich od stuleci, przywracając ogromne połacie mokradeł, poprawiając jakość wody i przynosząc inne liczne korzyści, jak te wymienione wcześniej.
Ten sukces jest szczególnie wymowny cztery dekady po katastrofie w Czarnobylu. Stanowi testament degeneracji Związku Radzieckiego. Pierwsze lata po rewolucji poskutkowały uratowaniem od wymarcia jednego z najważniejszych ekologicznie gatunków w Europie. Ostatnie lata istnienia państwa, które ta ustanowiła, będące zarazem okresem, gdy machina kontrrewolucji pracowała pełną parą – zaowocowały rozsianiem radioaktywnej chmury na ogromnych obszarach Europy – nie mówiąc o haniebnych próbach ukrycia tego faktu. Sprzeczności są uderzające: państwo zdolne do skrupulatnego, długofalowego myślenia o ochronie przyrody stało się państwem prowadzącym politykę przemysłową i energetyczną o katastrofalnych skutkach dla ludzi i środowiska.

Jaka z tego lekcja? Radziecki program odnowy populacji bobrów powiódł się, ponieważ opierał się na wiedzy naukowej, całościowym myśleniu w miejsce kapitalistycznego partykularyzmu, długofalowym, strategicznym planowaniu oraz przedłożeniu potrzeb społecznych nad doraźne, wymierne korzyści. Cechy te mogliśmy znaleźć także w radzieckim programie jądrowym. Były one jednak zniekształcone przez dekady marnotrawstwa i biurokratycznego nastawienia na wyniki niezależnie od obiektywnych warunków. Różnica tkwiła w priorytetach i problemach instytucjonalnych, nie braku własności prywatnej czy planowaniu samym w sobie. Wykorzystanie atomu do celów wojskowych – kiedy zimna wojna mogła przybrać zupełnie inny obrót, gdyby nie haniebna zdrada interesów robotników Włoch, Grecji czy Francji przez stalinowskie kierownictwo tamtejszych partii „komunistycznych” tuż po II wojnie światowej i pod koniec lat 60. – oraz pośpiech i rozmycie odpowiedzialności to antyteza wszystkiego, o co walczyli bolszewicy, brutalnie wymordowani przez stalinowską kontrrewolucję. Z kolei ochrona bobrów odzwierciedlała ich ideały: racjonalne, planowe zarządzanie zasobami naturalnymi dla wspólnego dobra.
Rezerwat Woroneski działa nadal, choć po upadku Związku Radzieckiego musiał stawić czoła nowym wyzwaniom. Rozpad ZSRR i zawirowania gospodarcze lat 90. nasiliły kłusownictwo i rabunkową gospodarkę, co zagrażało populacjom dzikich zwierząt w całym byłym ZSRR. Restauracja kapitalizmu przybrała więc barbarzyński charakter nie tylko dla ludzi. Jednakże fundamenty położone w czasach radzieckich – zarówno pod względem odbudowy populacji bobrów, jak i wiedzy naukowej zdobytej na ich temat – okazały się na tyle solidne, by stawić temu czoła.
Historia odbudowy populacji bobra europejskiego przypomina nam o złożoności relacji między człowiekiem a przyrodą. Dowodzi, że nasze działania mogą przybrać niszczycielski lub budujący charakter, a wiele zależy od tego, czy oprzemy się na demokratycznej kontroli nad gospodarką i instytucjami, czy na dyktaturze biurokratycznej skostniałej kliki lub kapitału. Jest świadectwem tego, że dzięki robotniczej demokracji można naprawić nawet najgłębsze szkody w przyrodzie.
Celowa, metodyczna odbudowa populacji bobrów w Europie przypomina też o aktualności wyboru między socjalizmem a barbarzyństwem w czasach, gdy kapitalizm sprawił, że tempo wymierania jest 1000–10 000 razy wyższe od naturalnego, co może oznaczać wymarcie około 8% gatunków do końca XXI wieku – jeśli nie więcej, gdy wziąć pod uwagę, że nie zmierzamy ku utrzymaniu obecnego tempa, a efektu kuli śniegowej, gdzie wymarcie jednego gatunku pociąga za sobą kolejne. Kapitalizm dzień po dniu okazuje się zupełnie niezdolny do zatrzymania tego zjawiska. Raz po raz pojawiają się alarmujące doniesienia o spadającej liczebności zapylaczy. Jeśli Związek Radziecki sto lat temu, z o wiele mniejszymi zasobami, potrafił uchronić inny kluczowy gatunek od wymarcia, nie ma powodów, by sądzić, że nie moglibyśmy osiągnąć tego samego w przypadku pszczół i szerzej biorąc owadów – pod warunkiem zerwania okowów własności prywatnej i anarchii rynku. Ważnym źródłem spadku liczebności owadów jest bowiem sposób organizacji rolnictwa w kapitalizmie. Po pierwsze, produkuje ono więcej żywności, niż potrzeba, a mimo to przeszło miliard ludzi głoduje. Dzieje się tak głównie dlatego, że żywność niszczy się po to, aby utrzymać ceny – nawet za cenę głodu, wylesiania i pustynnienia milionów hektarów rocznie oraz nadużywania pestycydów. Po drugie, nie stanowi ono bynajmniej wzorca wydajności. Stosuje się raczej te techniki, z którymi w bezpośredniej perspektywie wiąże się minimum kosztów.
Czterdzieści lat po najgorszym wypadku nuklearnym w historii pamiętamy o błędach, które do niego doprowadziły. Powinniśmy jednak pamiętać również o sukcesach – o Rezerwacie Woroneskim i tysiącach bobrów rozwiezionych po całej Europie celem ponownego zasiedlenia rzek, o naukowcach, których głos dzięki rewolucji zamiast odbić się głuchym echem został usłuchany. Od około 1200 ocalałych do 1,5 miliona dobrze prosperujących zwierząt – powrót bobra europejskiego jest dowodem, że katastrofy ekologiczne, czy to spowodowane polowaniami, czy promieniowaniem, nie zawsze są nieodwracalne. Gatunek, który niegdyś stał w obliczu wyginięcia, teraz tworzy mokradła, zmniejsza ryzyko powodzi i kreuje siedliska dla niezliczonych innych stworzeń na kontynencie europejskim, z którego być może zniknąłby, gdyby nie Rewolucja Październikowa.
Dziś naszym zadaniem jest ponownie zawiązać węzeł historii. Naszym hasłem musi być: z powrotem do Lenina, naprzód ku światowej rewolucji! W praktyce oznacza to pójście w ślady ówcześnie najbardziej postępowego rządu na świecie, co wyrażało się także w jego polityce ochrony przyrody. Mamy do dyspozycji znacznie bardziej rozwiniętą wiedzę na temat mądrego gospodarowania naszą planetą. Im dłużej będzie ona pozostawiona na pastwę niepohamowanej chciwości kapitału, tym solidniejszy „pomnik” głupoty i samobójczej krótkowzroczności kapitalizmu otrzymają przyszłe pokolenia.
Wierzymy jednak, że klasa robotnicza, w miarę popychania jej świadomości naprzód ku rewolucyjnym wnioskom przez kapitalistyczny ślad zniszczeń zarówno w jej poziomie życia, jak i środowisku naturalnym zdoła wspólnymi siłami przezwyciężyć ten niekompatybilny z życiem system. Historia uczy, że to nie elity reprezentujące klasę, która wyczerpała swój postępowy potencjał, z ich greenwashingiem i bajeczkami o „zrównoważonym rozwoju” są zdolne dokonać prawdziwej zmiany. Tego dokonać może tylko klasa, do której należy przyszłość – proletariat. Nie dokona tego też indywidualny eko-terroryzm ani „postwzrost” [degrowth] – problem nie leży w samej ingerencji człowieka w przyrodę. To właśnie świadoma interwencja w nią uratowała bobry od wyginięcia. Jak wszystko bowiem, także ekologia wymaga dialektycznego podejścia. W tym przypadku sprowadzało się ono do zrozumienia wzajemnej relacji człowieka z przyrodą, zamiast na próbach przeciwstawienia ich sobie jako nieprzejednanie oddzielnych. Z jednej strony – ludzkie działanie na rzecz odbudowy populacji bobrów. Z drugiej – bobrza „inżynieria” jednocześnie zmniejszająca ryzyko susz i powodzi, jak już wspomnieliśmy. Skontrastujmy to teraz z tym, co drobnomieszczański „ekoterroryzm” mógłby mieć do zaoferowania w kwestii susz coraz dotkliwiej nękających Polskę. Prawdopodobnie sprowadzałoby się to do zasypywania rowów melioracyjnych, co z jednej strony faktycznie mogłoby miejscowo zatrzymać wodę, ale kosztem ryzyka powodzi.
Wielka burżuazja z kolei najprawdopodobniej poszłaby w kierunku tworzenia nowych parków narodowych – pod jednym warunkiem: utrzymania możliwości zarobku na nich. Co wakacje social media zalewają nagrania absurdalnie długich kolejek na szczyty górskie w Pieninach, Tatrach czy Karkonoszach. Jak zauważają naukowcy, w ten sposób nadmierna turystyka wyrządza szkodę ochronnym zadaniom parków narodowych. Dialektyka znów jest tu widoczna jak na dłoni: kapitalistyczna chciwość prowadzi do nagromadzenia zmian ilościowych (ruchu turystycznego), która wywołuje skok jakościowy (obrócenie wniwecz ochronnej funkcji parków narodowych poprzez uczynienie z nich produktu masowej turystyki).
Dziś, gdy kryzys klimatyczny i masowe wymieranie zagrażają bytowi ludzkości, obfitują one w lekcje, w których przyswojeniu może pomóc masom partia komunistyczna. Prawicowi populiści będą wyśmiewali hasła o tym, że planeta płonie. Naszym zadaniem jest zrozumieć, że trafiają one na podatny grunt nie dlatego, że ludzie są głupi i nie rozumieją złożoności klimatu. Dzieje się tak dlatego, że gdy o płonącej planecie mówią liberałowie i brukselscy biurokraci, którzy latają w tę i z powrotem samolotami, hipokryzja jest widoczna jak na dłoni. Gryzie ona przeciętnego człowieka, który płaci coraz wyższe rachunki za prąd, a z ich powodu zamknięto mu zakład pracy. Naszym hasłem musi być więc: ekologia—TAK, oszczędności—NIE!
Interes klasowy proletariatu splata się nieodłączną nicią z ochroną przyrody. Jednak ta ochrona musi opierać się na pełnym zatrudnieniu w sektorach przyjaznych dla środowiska – przez co rozumiemy nieelektryczne samochody czy papierowe słomki, a rozwój badań nad fuzją jądrową bez ryzyka nasłania „seryjnego samobójcy”, produkcję środków i infrastruktury transportu zbiorowego, ekologiczne bloki z wielkiej płyty zamiast rozlewania miast na tysiąc domków w „chowie kurnikowym” (które przynajmniej będą miały fotowoltaikę na dachu, a więc EKO!) czy po prostu istniejące sektory zorganizowane nie pod maksymalizację zysków, a z uwzględnieniem kosztów społecznych. Do tych ostatnich można zaliczyć, chociażby centra danych, które wcale nie muszą zużywać olbrzymich ilości wody do chłodzenia. Tzw. chłodzenie wyparne jest po prostu tańsze od zamkniętego obiegu, który funkcjonując podobnie do chłodzenia wodnego w PC, zużywa minimalne ilości wody. Obala to tym samym postwzrostowe czy prymitywistyczne zarzuty pod adresem rozwoju technicznego samego w sobie. Problem nie leży technologii, a tym, jak dany system ekonomiczny ją wykorzystuje.
Bibliografia:
N. B. Romaszowa, History of conservation and research activities of the Eurasian beaver (Castor fiber) in the Voronezhsky Nature Reserve, Russian Journal of Theriology.. 15(1), s. 8–19
Piotr I. Daniłow, Fiodor W. Fiodorow, The history and legacy of reintroduction of beavers in the European North of Russia, tamże s. 43–48
Władmir G. Safonow, Aleksander P. Sawieljew, The Beaver in Russia and Adjoining Countries, Beaver Protection, Management, and Utilization in Europe and North America (s. 17-24)