
Aleksander Miszalski, prezydent Krakowa, który w 2024 wygrał wybory po abdykacji Cara Majchrowskiego Pierwszego, znany jest z wielu rzeczy – niestety niekoniecznie pozytywnych. Sztandarowym przykładem jego działań jest zadłużenie miasta o kolejne dwa miliardy złotych przez półtora roku jego urzędowania. Tempo wzrostu zadłużenia wyraźnie przyspieszyło w porównaniu z tym narzuconym przez Majchrowskiego, oscylującego wokół 4 miliardów przez okres 20 lat. W związku z narastającymi problemami finansowymi podjęto kroki mające na celu zmniejszenie deficytu. Jak można się spodziewać, rękę wyciągnięto w kierunku kieszeni pracujących mieszkańców. Punktem zapalnym dyskusji stała się Strefa Czystego Transportu, a szczególnie forma jej finansowania oraz sposób wdrożenia.
Strefa Czystego Transportu to miejsce ograniczonego wjazdu dla pojazdów spalinowych. W przypadku Krakowa rozciągnięta jest ona na około ⅔ powierzchni miasta, obejmując znaczną większość budynków mieszkalnych. Nie wjadą do niej według planu benzynowe samochody osobowe i ciężarowe wyprodukowane przed 2006 r., a pojazdy wyposażone w silniki wysokoprężne (diesel) muszą być nowsze niż 2013, czyli spełniać normy Euro 6. Samochodem starszym nadal można wjechać, lecz już za opłatą. Co prawda, mieszkańcy teoretycznie mogą wjechać do Krakowa w swoich zakupionych wcześniej samochodach bez opłaty do „śmierci technicznej pojazdu” (czyli dopóki jest zdatny do użytku). Jednak nowe pojazdy muszą już jednak spełniać normy SCT. Nie dotyczy to jednak ciężarówek, które zwolnione z tego przywileju nie są i wszystkie bez wyjątku objęte są ograniczeniami.
Kamień węgielny tego pomysłu wmurował sam Majchrowski. Miszalski stał się teraz jego gorącym zwolennikiem w formie, która godzi w interesy klasy robotniczej z Krakowa i okolic. Doprowadziło to do konfliktu z mieszkańcami, których spora część poczuła się dotknięta obostrzeniami, wbrew pustym obietnicom magistratu, że „nie mają się czego obawiać”. Powodów jest kilka, a głównym z nich jest kwestia rejestracji pojazdów, które wyśrubowanych norm nie spełniają, na specjalnej stronie. Pomijając techniczne problemy z funkcjonowaniem portalu, któremu daleko do ideału, dane wymagane do złożenia wniosku nie dość, że są wrażliwymi danymi osobistymi, to jeszcze zbierane są i przetrzymywane na serwisach będących w rękach prywatnego hostingu, nieobjętego żadnymi obostrzeniami.
To standard w polskich usługach „publicznych” – szczególnie na poziomie miast rządzi tu kumoterstwo, nepotyzm, korupcja i ciągłe starania magistratów, by dać zarobić prywaciarzom kosztem naszego bezpieczeństwa czy jakości usług. W Poznaniu na przykład miejskie przedsiębiorstwo nie ma dostępu do danych dotyczących korzystania przez pasażerów z konkretnych tras (co mogłoby pomóc w dostosowaniu zbiorkomu do potrzeb większości), bo… musiałby za to zapłacić firmie, której zleciło przetwarzanie tych danych.
Ponadto krakowski system rejestracji jest ograniczony wyłącznie dla osób zameldowanych w Krakowie. Oznacza to faktyczne wykluczenie mieszkańców przedmieść i ościennych gmin. Problematycznym są dojazdy do pracy, które w zasadzie nie są objęte żadnymi wyjątkami, a wiele zakładów już dziś ma bardzo utrudniony dojazd komunikacją zbiorową. Dodatkowo jest ona zadłużona do tego stopnia, że występują problemy z terminowym wypłacaniem wynagrodzeń dla pracowników. Jaka jest więc alternatywa? Cięcia kursów, przejmowanie tras przez nastawionych na zysk przewoźników prywatnych (jak na przykład współpracująca z ludobójcami z Izraela firma Mobilis) i podwyżki cen biletów, notabene jednych z najdroższych w Polsce. A Parkingi Park & Ride? Większość jest w strefie, więc żadna z tego finansowa korzyść.
Działania te są tłumaczone „troską o zdrowie Krakowian” i „ekologią”. Piękne idee! Używane są jednak jako pretekst do dalszego wyciskania ciężko zarobionych pieniędzy proletariuszy. Wspominane wielokrotnie „fundusze z KPO”, te same, które nie tak dawno temu były przedmiotem afery z „dywersyfikacją biznesów” jachtami, są według naszych możnowładców zależne od istnienia tejże strefy. W dużym skrócie myślowym — jeżeli najubożsi nie zapłacą kilku złotych za wjazd jako karę za brak możliwości wymiany samochodu lub nie zapłacą wyższej ceny za bilet komunikacji zbiorowej, to najbogatsi nie będą mogli żyć w jeszcze większym przepychu. Ciekawa argumentacja, gdy pieniądze z KPO wiszą na włosku z powodu niechęci naszego rządu do zrobienia czegokolwiek w sprawie „umów-śmieciówek”, a dyskusja naszego „prounijnego i postępowego” rządu z właśnie UE przeistoczyła się w ostry spór. Rzecz Unia Europejska nikogo nie uratuje, jest bowiem sama główną gorącą zwolenniczką green austerity na całym kontynencie.
Jak więc inaczej można odebrać dumne obwieszczenia magistratu, że dzięki strefie w pierwsze dwa tygodnie „zarobiono 2 miliony złotych”, jak nie bandyckim podatkiem od bycia ubogim? Lwia część zarobków pochodzi nie od ludzi, którzy przyjeżdżają tu dla własnego kaprysu, a właśnie zwykłych robotników, którzy zmuszeni są dojechać do swojego zakładu, gdzie są wyzyskiwani za pensję minimalną. W tym samym czasie, pomimo oficjalnego zakazu nepotyzmu, główne stanowiska rady miasta obsadzane są ludźmi bez doświadczenia, lecz dobrze znanych prezydentowi. Mimo lawinowo narastającego zadłużenia, stanowiącego casus belli magistratu w jego wojnie z krakowskimi robotnikami, urzędnicy dostają wiele tysięcy złotych podwyżek i premii. Wywołana tym fala niezadowolenia jest zrozumiała, lecz zaskakuje skalą oraz szerokim poparciem. Wszakże nie jest to niczym nowym, że decyzje „demokratycznej” władzy opierane są na bańce przytakiwaczy, a nie na opinii pracującej większości.
Odmienne zdania były skrupulatnie wyrzucane do kosza przy każdej możliwej okazji, głosy niezadowolenia tłumione albo tłumaczone ciemnotą i zabobonem ludzi, których rzekomo z własnego kaprysu nie stać na zakup nowego auta, najlepiej elektrycznego. Ba! Posunięto się do czynów wyjątkowo niesmacznych — wiceprezydent Stanisław Kracik, w jednej z jego wypowiedzi uznał, że skoro ludzie za wjazd do strefy płacą, to automatycznie są jej zwolennikami. O alternatywie, zwanej mandatem, nie wspomniał. Natomiast o tajemnicy poliszynela, czyli o powiązaniach z lobby samochodowym, ochoczo promującym „ekologiczne samochody elektryczne”, z ważnymi postaciami magistratu nie powiedział nic — wszak nie musiał. Opłaty wobec samochodów ciężarowych, które pomimo stosunkowo niskiego udziału w ogóle ruchu drogowego znacząco przyczyniają się do zużycia infrastruktury, nie będą stanowiły dominującej formy przychodu. Firmy transportowe i tak faworyzowane przez polskie ustawodawstwo dysponują wystarczającymi środkami, aby uiszczania opłat nie odczuć. Problem mogą mieć co najwyżej przedstawiciele drobnej burżuazji, co tylko działa na korzyść monopolizacji rynku.
Mówi się, że Polacy potrzebują wspólnego wroga, by się zjednoczyć. W Krakowie czara goryczy przelała się od wielu kropli żrącego kwasu, które konsekwentnie korodowały proletariat, nie oferując nic w zamian. Rozgoryczeni pracownicy zainspirowali się działaniami londyńskich „Blade Runners”, wywodzącymi się zresztą z warstw robotniczych brytyjskiego społeczeństwa (ta organizacja w odwecie za rozszerzenie strefy ultra niskiej emisji na wszystkie 32 dzielnice Londynu, uszkadzała kamery robiące zdjęcia pojazdom niespełniającym norm emisji). W Krakowie usuwano na przykład tablice informujące o strefie, a większość krakowiaków z radością reagowała na te przypadki uszkodzenia infrastruktury SCT. Machina rozpędziła się już tak bardzo, że podjęto kroki prawne i rozpoczęto zbieranie podpisów pod referendum, by odwołać Miszalskiego wraz z jego „kolesiami”. Sam Prezydent Miasta, widząc zamieszanie wokół swojego stołka, nazwał ten ruch „referendum nienawiści”, zaczął kluczyć i na zmianę przepraszać, prosić o litość i twierdzić, że to wszystko spisek.
Reakcją magistratu na kryzys wizerunkowy był zalew prosystemowej propagandy w każdym zakątku infrastruktury, szczególnie w pojazdach komunikacji miejskiej i na biletomatach. Równocześnie prowadzi się kampanię mającą na celu likwidację „agitacji politycznej” przeciwników prezydenta, idąc ramię w ramię z zasadą „kto nie z nami — ten przeciw nam”. Przeciwnikiem jest każdy, który nie zgadza się z działaniami rady miasta. Desperackie próby podreperowania publicznego wizerunku „Olka Krzywoustego” obejmują klasyczne odegranie utworu pt. „Odwrócenie uwagi od problemu”, czyli w miejsce odpowiedzi na trudne pytania, świta Miszalskiego zajęła się rozpowszechnianiem chwytających za serce postów o małych pieskach, czy tych przedstawiających prezydenta jako aktywnego biegacza i rowerzystę. Tym razem nie zadziałało to jednak na ludzi, którzy konsekwentnie domagają się sprawiedliwości. Jeśli już, to gniew klasy pracującej może się tylko zaostrzyć – my musimy płacić podatek od bycia biednym, a pan Miszalski, sprawca i zwolennik tego rozwiązania, udaje, że nic się nie stało i jakby nigdy nic wybiera się na niedzielną przejażdżkę.
Nieuchronna porażka liberalnej polityki, przy jednoczesnej apatii i obojętności lewicy, zostawia proletariat w pozycji desperackiego szukania kogoś, kto ich wysłucha i wesprze. Również próby pokazywaniu sprzeciwu przeciwko działaniom magistratu, organizowane przez lokalnych aktywistów, nie potrafią wykorzystać nagromadzonego niezadowolenia. W najlepszym razie oferują najwyżej poczucie fałszywej sprawczości, jak w przypadku demonstracji przeciwko podwyżce cen biletów KMK, a w najgorszym robiąc darmową kampanię marketingową dla Miszalskiego, jak stało się podczas protestu przeciwko dalszej gentryfikacji Kazimierza, podczas której anarchistyczne kolektywy stały ramię w ramię z prezydentem przeciwko polityce miasta. Doprowadza to do wzrostu popularności prawicy (w szczególności środowisk obu Konfederacji), oferującej iluzję zajęcia się „sprawami ludu” i walki z cięciami w imię ekologii. Jest to zresztą woda na młyn machiny propagandowej Miszalskiego. Ekipa rządząca bardzo chętnie wykorzystuje fakt obecności organizacji skrajnej prawicy wśród przeciwników SCT, okrzykując wszystkich ich mianem faszystów niedbających o środowisko naturalne.
Nie można też nie wspomnieć o Łukaszu Gibale, krakowskiej chorągiewce zmieniającej poglądy jak rękawiczki. Wczoraj gorący zwolennik SCT w obecnej jego formie, dziś jest jednym z najgłośniejszych głosów krytyki. Nie wróżymy mu jednak sukcesów, bo nikt nie będzie w stanie w pełni zaufać komuś, kto zawsze stanowi tylko lustrzane odbicie kogoś silniejszego. Sam Gibała jest zresztą przykładem typowego polskiego stronnictwa „niezależnego” w wyścigu o władzę w ratuszu. Innymi słowy, jest to przedstawiciel burżuazji bez zbędnych partyjnych emblematów, udający aktywistę i społecznika.
Miejmy więc na uwadze obie te opcje, które próbują z inicjatywy obywatelskiej zrobić swoją tubę propagandową. Nie mają oni żadnego interesu w faktycznej poprawie zaistniałej sytuacji zakorkowanego miasta, a patrzą jedynie na możliwość dalszego wyzysku ubożejącego proletariatu. Dużo łatwiej jest użyć kija na kierowców, często zmuszonych do wjeżdżania do miasta sytuacją, w której się znajdują, zamiast zainteresować się problemem drogiej i niewydajnej komunikacji zbiorowej.
Można uznać za pewnik, że wielu z tych kierowców przesiadłoby się właśnie na środki transportu masowego, jeżeli byłby on darmowy, lub chociaż tani, a rozplanowanie kursów umożliwiałyby swobodne przemieszczanie się do pracy i z powrotem. Darmowa komunikacja zachęciłaby ludzi do socjalizacji i samorozwoju poprzez zwiedzanie otaczającego ich miasta w czasie wolnym, korzystania z atrakcji i życia, bez stresu związanego z szukaniem miejsca parkingowego i stania w korkach. Żeby jednak wprowadzić i utrzymać takie mechanizmy, musimy zerwać z logiką produkcji dla zysku. O tym musi pamiętać każdy zwolennik naprawiania kapitalizmu – tego się po prostu zrobić nie da.
Obecna władza nie chce dla nas dobrze, a nastawiona jest po prostu na zysk, generowany przez licznych kierowców, bardzo często bez żadnej alternatywy do opłacenia haraczu za wjazd swoim samochodem do strefy. Podatek od biedy albo mandat za biedę – i to wszystko w imię ekologii!
Sprzeciw wobec takich rozwiązań wśród robotników staje się coraz bardziej powszechny, nie dlatego że przeciętny robotnik nie chce żyć w świecie, w którym dba się o środowisko naturalne, ale dlatego, że ekologiczne hasełka, szczególnie te płynące z Brukseli, stają się pretekstem do kolejnych ataków na poziom jego życia.
Rzeczywiście o środowisko będzie można zadbać dopiero w uspołecznionej gospodarce pod demokratyczną kontrolą pracowników. W takim systemie możliwe będzie wprowadzenie racjonalnego planu produkcji, który nie jest nastawiony na zysk nielicznej garstki kapitalistów, a taki biorący pod uwagę zarówno konieczność ochrony naszej planety, jak i zapewnienie potrzeb wszystkich ludzi. Cały kraj będzie mógł funkcjonować jako strefa czystego transportu, ale nie kosztem klasy robotniczej, a dzięki wywłaszczeniu majątków kapitalistów. Z pomocą socjalistycznego centralnego planowania, w przeciwieństwie do anarchii rynkowej kapitalizmu, będzie można dokonać rozbudowy i transformacji całego systemu komunikacji, na taki oparty na rozwiązaniach ekologicznych i umożliwiający podróżowanie komfortowo bez konieczności korzystania z pojazdów spalinowych. Jeśli tak jak my chcesz walczyć o taką przyszłość, dołącz do Czerwonego Frontu!
Autor: Wanda Burska