
Problematyka języka, jego definicji, charakteru czy wpływu na rzeczywistość jest niezwykle żywa w świadomości społecznej XXI wieku. Obok zdobyczy współczesnego językoznawstwa, które metodą naukową wciąż poszerza naszą wiedzę w zakresie szeregu kwestii związanych z rozwojem i funkcją języka, istnieje również sfera domysłów i mistyfikacji, zdominowanych przez „filozofię” postmodernistyczną. Dla nas, marksistek i marksistów, ta sytuacja nie jest niespodzianką. Sprzeczności kapitalizmu w dobie jego starczego rozkładu, degeneracja, pesymizm i fatalizm burżuazji zapędzonej w ślepy róg systemu, którego jest apostołem, przepełniają każdy centymetr tkanki społecznej. Warunki materialne coraz dokładniej kształtują naszą świadomość, a jednocześnie klasa posiadająca, świadoma swojego nieuchronnego upadku, korzysta z wielu narzędzi mających na celu oderwanie klasy pracującej od walki o własne życie i zatrucie jej chroniczną apatią – dominującą cechą klasy, której postępowa rola zamieniła się w paniczną potrzebę zachowania resztek kontroli.
Dlatego też język, jak się nam mówi, nie jest cechą pracującego i kształtującego swoje otoczenie człowieka, lecz istnieje jako niepoznawalna siła, stwarzająca i niszcząca wszystko, co jesteśmy w stanie poznawać. W skrajnych przypadkach burżuazja, ustami „uczonych” filozofów, profesorów i inteligentów, sprzedaje nam niezbyt spójną bajkę o tym, że tak naprawdę nie ma nic poza językiem, tą odwieczną, magiczną ideą, a jeżeli chcemy coś zmienić, wystarczy po prostu zmienić słowa, którymi się posługujemy, a wtedy rzeczywistość (o ile w ogóle zakłada się jej istnienie) po prostu się dostosuje. Cytując Engelsa: „Ludzie ci myślą, że można zmienić pewną rzecz, zmieniając jej nazwę1”. O tym, jak płytki, przestarzały i nieprawdziwy jest to pogląd, wie każdy myślący człowiek.
Marksizm wymaga jednak od nas głębszej analizy, opartej o zdobycze materializmu dialektycznego. Tak jak w wielu innych kwestiach, tak również w temacie niniejszej pracy analiza Marksa i Engelsa wytrzymała próbę czasu, a najnowsze odkrycia językoznawstwa, psychologii czy biologii potwierdzają słuszność materialistycznej metody. W niniejszym tekście przybliżymy więc genezę i rozwój języka, jego rolę i miejsce w procesach twórczych człowieka, a także odpowiemy na pytanie, czy zaciekła bitwa o słowa ma sens, wyjaśniając komu i w jaki sposób naprawdę służy. Zacznijmy jednak od próby określenia, czym w zasadzie jest język.
Czym jest język?
Jeżeli bazować na „odkryciach” pozostającego na usługach klasy posiadającej radykalnego drobnomieszczaństwa, chociażby wstępna próba uściślenia, czym język jest, staje się niemożliwa. Zamiast jasnego, naukowego podejścia, serwuje się nam tysiąc i jedną teoryjkę, a każda z nich jest wyłącznie marną kopią wcześniejszych koncepcji (w szczególności idealizmu), odpowiadających niższemu rozwojowi sił wytwórczych (a więc również mniejszym możliwościom poznawczym) człowieka. Postmodernistyczni klauni produkują wielostronicowe „analizy” i „dekonstrukcje”, których esencję, po okrojeniu, nota bene, z kwiecistego i zawiłego języka, można ująć w sokratejskiej maksymie „wiem, że nic nie wiem”. A jednak Sokrates, w przeciwieństwie do dzisiejszych akademików, korzystał ze zdobyczy swojej cywilizacji i pchnął do przodu nasze rozumienie rzeczywistości. Zostawmy na razie „nowoczesne” (czytaj: obalone wieki temu) pomysły i przyjrzyjmy się wiarygodnej, rzetelnej ocenie zjawiska języka.
Język jest zatem, na gruncie naukowego socjalizmu (a także nauki w ogóle), niczym innym, jak złożonym narzędziem komunikacji. Posiadanie języka jest cechą definiującą człowieka – o ile zwierzęta potrafią się między sobą porozumiewać, różnica jest tutaj wyraźnie jakościowa. Wynika to z faktu, że człowiek posiada świadomość, wywodzącą się nie z jakiegoś „boskiego pierwiastka”, lecz niezwykle zawiłej, choć na wskroś biologicznej budowy naszych mózgów. Zewnętrznym wyrazem tejże jest właśnie język. Według słów Marksa:
Mowa istnieje od tak dawna jak świadomość; mowa – to praktyczna, również dla innych ludzi istniejąca i stąd istniejąca też dla mnie samego rzeczywista świadomość; podobnie jak świadomość, mowa powstaje dopiero z potrzeby, z konieczności komunikowania się z innymi ludźmi2.

Język ma zatem zasadniczą funkcję społeczną. Nasze myślenie (które można uogólnić do pojęcia świadomości) odbija się w języku, co pozwala na przekazywanie informacji i koordynację działań. Oczywiście można wymienić wiele innych funkcji języka, są one jednak w gruncie rzeczy pochodne względem porozumiewania się. Jako, że język nie jest oderwany od procesów zachodzących w sposób jak najbardziej fizyczny w naszych mózgach, stosunek między myśleniem a mową ma charakter dialektyczny – myśl czynnie kreuje komunikat językowy. Marks nie myli się zatem, pisząc:
Bezpośrednią rzeczywistością myśli jest język3.
Nasze myśli więc, same będące odbiciem obiektywnie istniejącej rzeczywistości, wyrażane są w języku. Bez języka nawet nasze wewnętrzne procesy myślowe byłyby praktycznie niemożliwe. Z czego więc składa się ta „rzeczywistość myśli”? Podstawowym budulcem języka są słowa (rozumiane nie jako oddzielone graficznie znaki, lecz raczej jako konkretne jednostki znaczeniowe), w których ostatecznie odbija się właśnie kolektywna działalność człowieka:
Słowa nie są wiernym odzwierciedleniem przedmiotu absolutnie oderwanego od podmiotu. Należy w procesie odbijania rzeczy uwzględnić czynną postawę ludzi, włączających przedmiot w zakres swojej działalności. Słowo składa się zawsze z dwu części: warstwy zewnętrznej, zmysłowej, oraz wewnętrznej, znaczeniowej, przy czym ta druga strona jest o wiele ważniejsza4.
Widzimy więc, że obok warstwy powierzchownej, czysto graficznej, ruchowej czy fonetycznej, mamy zawsze odniesienie do znaczenia, tzn. związku z obserwowaną rzeczywistością. Człowiek zatem, korzystając z języka, nieustannie podtrzymuje związek z otoczeniem, w sposób aktywny reagując na obiektywny przedmiot, którego doświadcza. Każdy komunikat językowy jest zatem mostem łączącym ośrodek nerwowy człowieka ze światem, którego jest twórczą częścią.
Jak wspomnieliśmy, przetwarzanie komunikatów językowych jest aktem biologicznym, a nie metafizycznym. Anatomicznie rzecz biorąc, główną rolę odgrywają położone w korze mózgowej ośrodek Broki i ośrodek Wernickiego. Przeprowadzone testy wykazały, że wystarczy ograniczyć dopływ krwi do tych rejonów (lub zbadać pacjentów z upośledzoną tkanką nerwową w przestrzeni czaszkowej), by zauważyć, że człowiek utracił w ten sposób dużą część zdolności językowych. Zwiększenie ciśnienia krwi pozwoli natomiast na odzyskanie tych możliwości. Elementów duszy, „stwarzających się struktur władzy” czy innych śladów działalności „siły wyższej” w testach nie wykryto. Język i świadomość to po prostu funkcje naszego centralnego układu nerwowego, będącego wprost wynikiem ewolucji. Materialna potrzeba stworzyła równie materialny układ tkanek, a nowoczesna nauka po raz kolejny obaliła religijne w swym rodowodzie koncepcje dualizmu „duszy” i ciała. Na marginesie dodajmy, że wspomniane obszary są miejscami, w których nasz mózg przeważnie przetwarza większość informacji związanych z językiem. Ludzki mózg jest na tyle złożoną strukturą, że w zasadzie całość kory mózgowej bierze udział w praktycznie wszystkich funkcjach świadomości. Wyraźna lokalizacja pewnych określonych funkcji językowych pozostaje jednak niezbitym faktem, podobnie jak gruntownie materialny charakter wszystkich procesów porozumienia się.
Co ciekawe, oba obszary mózgu są również wyraźnie związane z gestami. Potwierdza to słuszność marksistowskiej koncepcji rozwoju, którą zajmiemy się za chwilę – język powstawał wraz z ewolucją człowieka jako gatunku, jako uspołeczniona reakcja na praktyczne czynności wykonywane przez ludzi. Twórczy związek języka z pracą (której najbardziej podstawowym przejawem są ruchy ręki), oczywisty na gruncie filozofii marksistowskiej, potwierdza zatem również biologia.
Poznaliśmy definicję języka, czyli społecznego systemu znaków, odbijającego procesy myślowe człowieka, ściśle związane z jego twórczą aktywnością w przyrodzie. Przyjrzyjmy się teraz dokładniej rozwojowi języka.
Jak tworzyły się języki naturalne?
Podstawowym bodźcem do wytworzenia języka jest produkcja, która w przypadku gatunku ludzkiego nie może być niczym innym, jak procesem koordynowanym społecznie. Jak wyjaśniał Marks:
Produkcja odosobnionej jednostki poza społeczeństwem […] jest taką samą niedorzecznością jak rozwój języka bez jednostek żyjących razem i rozmawiających ze sobą5.
Co więcej, przeobrażanie otaczającej człowieka przyrody, zmiana środowiska naturalnego, związana ściśle z pracą, jest jednocześnie sygnałem do rozwoju języka, jego przeobrażenia i aktualizacji:
[…] W samym akcie reprodukcji zmieniają się nie tylko obiektywne warunki, na przykład wieś przekształca się w miasto, puszcza – w pola orne itp., lecz zmieniają się sami wytwórcy, wydobywając z siebie nowe cechy, sami rozwijając się przez produkcję, przeobrażając się, tworząc nowe siły i nowe wyobrażenia, nowe sposoby komunikowania się, nowe potrzeby i nowy język6.
Całość kultury więc, a w zasadzie ogół nadbudowy (rozumianej jako wynik dialektycznego stosunku bazy materialnej do produktów myślenia społecznego) wynika z procesu produkcji. Do tego, jak rzeczywistość danej grupy odbija się w jej języku, wrócimy jeszcze później. Dość zrozumieć, że bez społecznie wykonywanej pracy nie byłoby również języka.
W istocie wyodrębnienie się człowieka jako bytu jakościowo różniącego się od człekokształtnych małp należy upatrywać właśnie w pracy. Engels w swoim niezwykle wnikliwym, choć niedokończonym dziele – Dialektyka przyrody – wyjaśnia, w jaki sposób odrębne funkcje kończyn górnych (czy wówczas: przednich) w ramach przemieszczania się (głównie wspinania na drzewa, które służyły naszym przodkom za schronienie) doprowadziły do chodu na dwóch nogach7. Dalszy rozwój ręki i dalsza specjalizacja (na przykład chwytanie pokarmu, a w dalszej perspektywie również innych przedmiotów) doprowadziła do stworzenia materialnych warunków do zaistnienia produkcji, a idąc dalej, do wszystkich możliwych wytworów cywilizacji człowieka, od silnika jonowego do poezji aliteracyjnej.
Dalej, wraz z rozwojem ręki, rozwijał się również mózg, a fakt, że małpa jest zwierzęciem społecznym, wytworzył potrzebę komunikacji. Bez zrozumienia roli pracy w procesie rozwoju człowieka nie jesteśmy w stanie zrozumieć, jak i dlaczego człowiek wyróżnia się pośród zwierząt.
Mamy zatem proces produkcji (i przyrodzoną potrzebę rozwoju środków tejże), od zarania odbywający się nie na zasadzie indywidualnych przedsięwzięć, ale współdziałania, przy jednoczesnych materialnych warunkach umożliwiających dalsze doskonalenie podejmowanej wspólnie pracy. Nietrudno zrozumieć, że w takich okolicznościach musi powstać efektywny system porozumiewania się. Możemy przyjąć, że początkowo, jak u większości zwierząt, był to raczej rodzaj wynikających z wewnętrznych popędów gest i dźwięk (co wynika wprost z anatomicznej budowy naszych przodków, posiadających parę oczu, uszu i rąk). Niezbędne jednak stało się dokładniejsze przekazywanie informacji.
Na tym etapie zadziałała dialektyczna przemiana ilości w jakość – „ilość” potrzebnych do przekazania komunikatów przerodziła się w końcu w nową „jakość”, czyli protojęzyk, kategorycznie różniący się od prostych, zwierzęcych sygnałów. Ręka okazała się na tym etapie zbyt prostym narzędziem; pierwsze skrzypce zaczęła grać krtań8 (co ciekawe, dalszy rozwój języka pozwolił powrócić do gestykulacji, udoskonalając ją w pełne, choć w dużej mierze nadal oparte na strukturze mowy, języki migowe). I znów – wraz z rozwojem aparatu mowy rozwijał się też słuch, niezbędny do wychwytywania coraz dokładniejszych głosek wytwarzanych przez stale rozwijające się narządy mowy.
Mając dostęp do coraz doskonalszych narzędzi pracy oraz praktycznego środka komunikacji, ludzkość ostatecznie wyrwała się ze zwierzęcej przeszłości i stanęła na drodze rozwoju, który pozwolił na opanowanie przyrody. Od teraz istnieje już jasna zależność – mowa i produkcja rozwija mózg, przed którym ewolucja stawia coraz bardziej wymagające kalkulacje wrażeń zmysłowych (odbijających świat istniejący obiektywnie poza ciałem człowieka), i wtórnie – rozwinięty mózg jest w stanie pchać naprzód użytkowane przez ludzkość środki produkcji i rozwijać zdolność porozumiewania się.

Nie zapominajmy jednak, że marksizm stosuje materializm dialektyczny, a nie proste, mechanistyczne rozumienie procesów. Dlatego też, z punktu widzenia dnia dzisiejszego, nierzadko trudno dostrzec związek między potrzebą chwytania owoców przez wczesne formy hominidów a, dajmy na to, ergatywno-absolutywną budową gramatyki języka baskijskiego. Dialektyka uczy nas właśnie, że pozostająca w ciągłym ruchu materia nie tworzy liniowych zależności. Jednak nawet pomimo zawiłości praw rozwoju świadomości względem materii, istnieje szereg uderzająco jasnych przykładów, dowodzących materialistycznego charakteru języka.
Weźmy na przykład językowe odbicie sposobu liczenia. Systemy liczbowe naturalnych języków ziemi są przeważnie dziesiątkowe (dlatego w języku polskim liczba 80 rozumiana jest jako osiem dziesiątek, tj. ) lub dwudziestkowe (stąd w języku francuskim 80 to quatre-vingt, czyli ). Dlaczego akurat tyle? Odpowiedź daje nam anatomia – mamy 20 palców, po 10 na każdą parę kończyn. Oczywiście istnieją również, chociaż znacznie rzadsze, systemy trójkowe, czwórkowe, piątkowe, szóstkowe czy też system liczenia parami. Wynikają jednak one również z rzeczywistych warunków – systemy te funkcjonują wśród społeczeństw, które nie mają potrzeby operowania na większych liczbach, co wprost wynika z poziomu rozwoju dostępnych środków produkcji.
Dzięki marksizmowi możemy również łatwo zrozumieć, dlaczego tak długo w handlu czy przemyśle utrzymywał się system operujący na liczbie 12 (tuzinie). Mezopotamscy kupcy stosowali system liczenia na palcach – kciuk działał jak wskaźnik, zliczający po kolei każdą z 12 kości pozostałych czterech palców (po trzy na każdy palec). Ekonomiczna dominacja społeczeństw rozwijających się w obszarze Eufratu i Tygrysu, wynikająca z kolei z niezwykle dogodnych warunków klimatycznych i geograficznych, sprawiła, że system ten do całkiem niedawna (długo po upadku cywilizacji sumeryjskiej!) był standardem np. w handlu morskim.
Ten sposób liczenia wpłynął również najprawdopodobniej na nasze grupowanie jednostek czasu, zwanych miesiącami. Podobnie rzecz ma się z liczbą podwójną (łac. dualis), czyli kategorią gramatyczną występującą m.in. w staropolszczyźnie, czy w dzisiejszym języku słoweńskim. Ma ona na celu wyrażenie jakiegoś rodzaju parzystości, a praktycznie jest realizowana przez zastosowanie odmiennych od liczby mnogiej form gramatycznych. Jej szczątki w języku polskim można zauważyć na przykład w formach „uszy” czy „oczy” (a także obocznie istniejących form zdepersonalizowanych, czyli „ucha” czy „oka”). Nietrudno dojrzeć anatomicznej genezy liczby podwójnej – a jednocześnie oczywistym jest, że użytkownicy języków, w których tej formy nie ma, są w stanie zrozumieć ideę parzystości jako taką.
Porządek z chaosu
A jednak język nie jest po prostu zbiorem określeń. Oprócz niosących znaczenie słów mamy też np. gramatykę i składnię. Pozycji podmiotu czy orzeczenia w zdaniu lub podziału języków na aglutynacyjne (w których zdania mogą występować w formie niezwykle długich, graficznie pojedynczych słów, gdzie do podstawowego oznacznika dokleja się kolejne końcówki, noszące szereg różnych znaczeń, w tym takich, które w języku polskim wymagałyby zaawansowanej konstrukcji składniowej), fleksyjne (w których znaczenie niesie zwykle konkretna końcówka modyfikująca dany wyraz), izolacyjne (gdzie o znaczeniu decyduje pozycja wobec innych elementów wypowiedzi) i inne nie da się wytłumaczyć prostym pochodzeniem przyrodniczym, jak chciałby materializm metafizyczny. Oczywiście zawsze możemy przyjąć pozycje idealistyczne i uznać, że tak naprawdę jest to czysty przypadek lub działanie jakiejś nadprzyrodzonej siły. Wystarczy jednak zastosować analizę dialektyczną, marksistowską, by z pozornego chaosu wyłoniła się jasna, choć złożona zależność.
O ile podstawowe pojęcia związane z produkcją u wczesnych ludzi nie wymagały rozbudowanej struktury językowej, z biegiem czasu komunikacja musiała odbijać coraz więcej sfer życia społecznego. Trudno sobie wyobrazić, żeby człowiek neolityczny był w stanie tworzyć pełne metafor wiersze lub potrzebował szeregu dokładnych określeń na opisanie procesu rozszczepienia jądra atomowego. Nie wynika to jednak z żadnych „granic poznania” wyznaczanych przez język-narzędzie, lecz z prostego faktu, że to język dopasowuje się do rzeczywistości, a nie na odwrót.
We współczesnym językoznawstwie (na tyle, na ile opiera się ono na naukowej analizie, a nie postmodernistycznej rejteradzie z pola bitwy o postęp w naszym zrozumieniu świata) tworzenie się stałych struktur kodu językowego nosi nazwę gramatykalizacji. Jest to proces, w ramach którego względnie wolne jednostki znaczeniowe, w miarę rozwoju języka (wraz z postępem środków produkcji i, co za tym idzie, ludzkiej świadomości) ustalają się jako zasady. Jest to związane z względami czysto praktycznymi. By móc wymieniać się informacjami w ramach procesu produkcji, niezbędne było takie narzędzie, które mogłoby nie tylko ściśle opisać dany proces, ale też uniknąć nieporozumień. Rozwój języka nie różni się zbytnio od postępu w ramach medycyny, chemii czy matematyki. Trepanacje czaszki były kiedyś podstawową metodą leczenia nadciśnienia śródczaszkowego. Dziś jednak znamy lepsze metody, które ten problem są w stanie rozwiązać szybciej i sprawniej – a jednak trudno byłoby obronić tezę, że kiedyś krew płynęła w naszych żyłach zupełnie inaczej. Tak samo jest z językiem. Pozwala on na dokładniejsze zrozumienie świata, który istnieje niezależnie od nas.
Jak wyjaśniliśmy wcześniej, to w języku odbija się myślenie, a myślenie człowieka jest zawsze procesem społecznym. Rodząc się, nie wymyślamy świata na nowo. Dlatego też językoznawcy, chcąc poznać procesy myślowe ludzi, którzy od dawna nie żyją, mogą tego dokonać analizując dostępny materiał językowy, szukając w nim odbitych procesów społecznych i stosunków produkcji. Jakież oburzenie wywołałoby w niektórych kręgach stwierdzenie prostego faktu, że poszerzanie naszej wiedzy odbywa się dzięki zastosowaniu ścisłych zasad marksizmu!
Wróćmy jednak do tematu. Niewątpliwie trudnym dla ludzkiego mózgu pojęciem jest czas. Siłą rzeczy teraźniejszość wydaje się nieuchwytna, przeszłość zamierzchła, a przyszłość niepoznawalna. Przezwyciężenie ciężaru świadomości upływającego czasu znajduje odbicie w języku. Na przykład w języku angielskim, innych językach germańskich, romańskich czy słowiańskich, przyszłość wyrażana jest modalnie. Oznacza to, że jest ściśle związana z pewną dozą niepewności. W gramatyce przejawia się to etymologią konstrukcji czasu przyszłego. Angielskie I will oznaczało kiedyś „chcę”, niderlandzkie ik zal znaczyło mniej więcej „muszę”, a francuskie je vais („zamierzam”) odnosi się do czasownika aller, czyli iść, przemieszczać się. Po polsku natomiast coś robić „będziemy”, czyli korzystamy z podstawowego czasownika „być”. Nie oznacza to bynajmniej, jakby tego chcieli filozofowie lubujący się w drogach na skróty, że Anglicy są niezdecydowani, Holendrzy zdeterminowani, a Francuzi nie mogą ustać w miejscu. A co z Polakami? Czy jesteśmy jednym z niewielu narodów mogących rzeczywiście „zaistnieć” w przyszłości? Nie. Jest to po prostu zapis społecznego procesu formowania się świadomości i opisywania otaczającej przyrody w danej grupie, proces opisywania za pomocą języka obiektywnych procesów zachodzących w przyrodzie. Jej podstawowym budulcem pozostaje materia, której czas jest właśnie funkcją istnienia.

Tak w zasadzie powstawała całość gramatyki języków naturalnych. Proste określenia zmieniały znaczenie, rozszerzały swój zakres użycia, a w końcu krzepły i tworzyły ustalone formy, dzięki którym komunikacja była jeszcze doskonalsza. Nowe warunki wytworzyły nowe potrzeby komunikacyjne, stare formy zmieniały znaczenie, rozszerzały swój zakres użycia… i tak dalej! Tego wymagało dynamiczne środowisko, które człowiek – dzięki swojej pracy – mógł zmieniać i dostosowywać wedle swoich potrzeb. Oczywiście trudno w prosty sposób wytłumaczyć, dlaczego po polsku lub rosyjsku odmieniamy słowa przez przypadki, a tymczasem inne języki indoeuropejskie ten mechanizm zatraciły. Jednak bez zastosowania marksistowskiej analizy cała sprawa byłaby dla nas po prostu zagadką. Kapitulacja przed niezrozumiałą rzeczywistością jest cechą, którą ludzkość od dawna z powodzeniem przezwycięża.
Widzimy więc, że nawet pozornie oderwane od materii konwencje językowe mają swoje źródło w materialnej rzeczywistości. Ludzki mózg nie tworzy realiów, lecz porządkuje pochodzące z obiektywnego świata wrażenia odbierane przez narządy zmysłu. Przykro nam, panowie metafizycy, ale cała sprawa jest bezsprzecznie fizyczna!
Tajemnice pisma
Należy tutaj również nie zgodzić się z całą gamą poglądów, jakoby pismo również miało pochodzenie spoza naszego środowiska naturalnego. Znaki pisma u zarania dziejów funkcjonowały jak piktogramy, będące po prostu odzwierciedleniem danego pojęcia, przeważnie rzeczy czy zwierząt. Jest to najwyraźniejsze w toku analizy ewolucji pisma klinowego, majańskich glifów, egipskich hieroglifów czy chińskich „znaków”. Te regiony również nie są przypadkiem – pismo jest wynalazkiem na wskroś materialnym, zaawansowanym i zależnym od potrzeb, dlatego też powstawało w regionach rozwiniętych gospodarczo, gdzie zaszła potrzeba formalizacji komunikacji pozawerbalnej (szczególnie w stosunkach handlowych).
Opisany wyżej proces gramatykalizacji odnosi się również do pisma – proste symbole zyskiwały z czasem znaczenie użytkowe, tracąc pierwotne odniesienie do konkretnego zjawiska, jednocześnie zyskując możliwość przekazywania bardziej abstrakcyjnych idei, jak uczucia lub pojęcia filozoficzne czy polityczne. Dalszy rozwój pozwolił na uwolnienie znaków od znaczeń jako takich i związanie ich z wypowiadanymi głoskami danego języka. Jednoczesny dalszy rozwój handlu czy podboje pozwalały na popularyzację pisma tam, gdzie wcześniej nie było używane, lub gdzie istniały formy mniej zaawansowane (tak na przykład skandynawskie pismo runiczne, choć używane było również poza kontekstem kamiennych inskrypcji, z nadejściem chrześcijaństwa zastąpiono bardziej uniwersalnym i dostępnym pismem łacińskim, lepiej nadającym się do pisania, a nie rycia).
Pismo runiczne jest też przykładem na to jak łatwo, analizując świat w oderwaniu od materializmu dialektycznego, wpaść w absurdalne pułapki myślenia i wyciągnąć zupełnie niepoprawne wnioski. Patrząc na skandynawskie runy, pismo iberyjskie, etruskie, a także orchońskie (związane z językiem staroturkijskim), należałoby uznać, że między Skandynawią, Półwyspem Iberyjskim i Apenińskim oraz Azją Centralną istnieje oczywisty związek, bo przecież te systemy pisma korzystają praktycznie z identycznych znaków! Pozostawmy jednak zwolennikom starożytnych kosmitów teorie na temat zaginionego imperium turko-wikińskiego. Sprawa jest dużo bardziej materialna.
Ponieważ na tych terenach kamień był łatwo dostępnym materiałem (w przeciwieństwie do drewna i innych materiałów roślinnych), to korzystano z niego również do tworzenia inskrypcji i napisów. Okazuje się, że mając w ręku narzędzie do rycia i stojąc przed kamiennym posągiem, człowiek w północnej Mongolii i zachodniej Italii wyryje praktycznie to samo, i w grę nie wchodzi tutaj żadna międzykontynentalna komunikacja, siła wyższa czy przypadek – wręcz przeciwnie, jest to kolejny z przykładów na słuszność materializmu dialektycznego. Innym dowodem jest rozwój pisma w Azji Południowo-Wschodniej, gdzie kanciaste, ryte w korze figury pisma brāhmī zastąpiły (szczególnie na południu Indii) okrągłe znaki, znane z języków telugu czy kannada. Dlaczego okrągłe? Ponieważ na tym obszarze dużo łatwiej dostępne i tańsze (z marksistowskiego punktu widzenia średniego społecznie niezbędnego czasu pracy) były liście palmowe, które łatwo rozszczepiały się zgodnie ze swoją anatomią, gdy próbowano zapisać pionowe znaki.
Językowy relatywizm
Jak wykazaliśmy, ideologia burżuazyjna nie jest w stanie choćby zdefiniować języka. Akademickie debaty, według których nadbudowa, taka jak język czy ideologia, to wyłącznie kwestia „konwencji” czy obowiązującego „dyskursu”, nie dają żadnej odpowiedzi na podstawowe pytania o charakter naszego otoczenia. Gdyby podobne podejście zastosować w tzw. naukach szczegółowych okazałoby się, że całość praw przyrody, nasze rozumienie fizyki, chemii czy matematyki to tylko ułuda, a nasze wrażenia zmysłowe są wytworem naszego umysłu – i tylko niego. Nie istnieje ciepło, siła przyciągania czy ruch materii. To prosta droga wprost w ciemne wieki przeszłości – świat jest taki, jaki jest, bo takim stworzyła go jakaś odwieczna siła, nie istnieje postęp (rozumiany jako zbliżanie się do obiektywnej prawdy), bo nie możemy być pewni niczego, co odczuwamy. Świat jest niepoznawalną zagadką – a jego prawdziwy, nieuchwytny charakter zrozumieli wyłącznie mądrzejsi od nas „filozofowie”, których bzdurne teorie mamy z marszu przyjąć za dobrą monetę. W końcu mają dyplomy i tytuły!
Podobnie idiotyczne poglądy zostawmy ludziom, którym pozycja społeczna pozwala na snucie podobnych teoryjek w zaciszu prywatnych gabinetów. Klasa robotnicza, najwyraźniej w przeciwieństwie do „oświeconych” myślicieli, wciąż istnieje w świecie rzeczywistym, funkcjonując w ramach „przestarzałych” i „dogmatycznych” prawideł i w zgodzie z materializmem dialektycznym.
Problem relatywizmu językowego można więc uogólnić do filozoficznego pytania o prymat bytu (materii) nad świadomością, bądź na odwrót. Dogłębna analiza rozwoju materializmu (uznającego istnienie świata materialnego jako źródła procesów myślowych) jako opozycji do idealizmu (który podkreśla prymat świadomości czy ducha i wtórność wszystkiego, co daje się zaobserwować) znacząco wykracza jednak poza temat niniejszego artykułu, musimy więc zadowolić się skrótową analizą tej koncepcji na gruncie językoznawstwa. Szerzej o rozwoju filozofii, ze szczególnym uwzględnieniem marksizmu, piszemy tutaj.
Pierwszymi nowoczesnymi badaczami języka, którzy postawili tezę o relatywizmie języka (czyli o tym, że zgodność komunikatu z prawdą jest względna i zależna od konkretnego kontekstu językowego), byli, niezależnie od siebie, Edward Sapir i Benjamin Lee Whorf. Nie wchodząc w szczegóły konkretnych systemów obu panów, możemy ich postulaty sprowadzić do stwierdzenia, że język determinuje nasze procesy poznawcze. Jest to w zasadzie przeniesienie kantowskiej zasady „niepoznawalności rzeczy samych w sobie” na grunt języka. Granice języka wyznaczają granice możliwości rozumowania człowieka – lub, jak pisał Ludwik Wittgenstein w swoim Traktacie logiczno-filozoficznym, „granice mojego języka to granice mojego świata” (niem. Die Grenzen meiner Sprache bedeuten die Grenzen meiner Welt). Każda próba przekroczenia tej linii podziału jest w zasadzie niemożliwa.

Jest to, przede wszystkim, pomysł z gruntu niedorzeczny. Nieposiadanie konkretnej struktury gramatycznej czy leksykalnej na określenie danego zjawiska nie oznacza, że to zjawisko dla użytkowników danego języka nie istnieje. Praktyka uczy nas, że wielokrotnie znajdujemy się w sytuacji, w której nie możemy „znaleźć słów”, by opisać to, czego doświadczamy. Koronnym przykładem, stosowanym przez zwolenników relatywizmu językowego, jest na przykład kwestia kolorów. Czy jednak fakt, że w języku japońskim to, co zwykliśmy nazywać osobno błękitem i zielenią określa się jednym słowem, czyli ao (jap. あお lub 青) oznacza, że na wyspach japońskich fizyczne właściwości każdej rzeczy dopasowują się do tego systemu, a więc spektrum światła widzialnego jest zupełnie inne niż w innych częściach świata; bądź też mózgi Japończyków są na tyle specyficzne, że nie są w stanie zupełnie rozróżnić tych odcieni (a więc należałoby grzecznie odmówić współpracy z fizykami lub grafikami z kraju kwitnącej wiśni)?
Sprawa jest tutaj postawiona na głowie. Czy to język ogranicza nasze otoczenie, czy też może na odwrót? Wyjaśniliśmy już wyżej, w jak prosty i jasny sposób można sprawdzić, czy rzeczywistość materialna oddziałuje na język. Korzystając z przytoczonego przed chwilą przykładu, po dokładniejszej krytyce ta neokantowska bajka pada jak źle zbudowany domek z kart. W języku japońskim mamy bowiem słowo midori (jap. 緑) oznaczające zarówno zieleń, jak i „pączek” lub „pęd” w znaczeniu botanicznym. Czy w jakiś niezrozumiały sposób upowszechnienie w okresie Heian tego odrębnego słowa na kolor, który rzekomo nie istnieje, pokolorowało wszystkie drzewa, krzewy i trawę Japonii, uprzednio mogące przyoblec wyłącznie błękit? Bynajmniej. Słowo oznaczające przedmioty od zarania dziejów będące koloru zielonego w wyniku takiej, a nie innej struktury chemiczno-fizycznej (a nie żadnego „dyskursu” czy „konwencji”), przy zastosowaniu podstawowej metonimii (czyli „przeniesienia znaczenia”) zaczęło funkcjonować również jako określenie koloru tychże przedmiotów, a także innych, które przejawiają podobną cechę. Nie jest to żadną miarą dowód na relatywizm językowy, a raczej na słuszność prostych i dobrze znanych praw marksistowskiej dialektyki i materializmu.
Natomiast kwestia wyjaśnienia, dlaczego wspólne określenie na kolory niebieski i zielony w ogóle powstało, również nie stanowi dla marksizmu wyzwania. Stosunek rzeczywistości do myśli, a następnie myśli do języka, nie jest prostym przełożeniem. Nasze zmysły nie są dokładnymi instrumentami, mogącymi co do joty zbadać dane zjawisko, takie jak na przykład zakres promieniowania elektromagnetycznego, które zwykliśmy nazywać kolorem czy barwą. Nasze mózgi, w ramach myślenia, jedynie odbijają (w pewnym przybliżeniu, uwarunkowanym anatomiczną budową naszych ciał) obiektywnie istniejącą rzeczywistość. Dlatego też przy użyciu spektroskopu (wynalezionego również przez ludzi!) kolory bardzo szybko porzucają hipotezę Sapira-Whorfa i grzecznie wskakują w konkretne pasma fal, dowodząc słuszności materializmu.
Mimo całej niedorzeczności takich rozmyślań, podstawowa koncepcja, że to język tworzy byt, została zasiana w pewnych umysłach, których procesy myślenia, chociaż w zasadzie takie same jak wszystkich innych ludzi, przejawiają najwyraźniej pewne bardzo specyficzne wzorce. Zobaczmy teraz, jakie praktyczne zastosowania może mieć taka myśl, jeżeli wprowadzić ją do polityki.
Czy język wpływa na naszą rzeczywistość?
[…] Wyobrażenie, jakoby idee i wyobrażenia ludzi stwarzały warunki ich życia, a nie na odwrót, obala cała dotychczasowa historia, w której stale wynikało coś innego niż to, czego się chciało, przeważnie nawet w dalszym przebiegu coś wręcz przeciwnego9.
Podstawową przesłanką pewnych nowych ruchów „lewicowych” jest podkreślanie roli języka jako narzędzia walki politycznej. W praktyce oznacza to skierowanie energii na próbę uwrażliwienia społeczeństwa (traktowanego przeważnie bezklasowo lub ponadklasowo) na pewne problemy społeczne za pomocą określeń. Nie mamy już bezdomnych, tylko „osoby w kryzysie bezdomności”, na granicy nie giną uchodźcy, lecz „osoby w drodze” itd. Powyższy cytat Engelsa, przedstawiciela tak przecież starej i dogmatycznej idei marksistowskiej, jest powiewem świeżości w tym idealistycznym zaduchu.
Z pewnością wiele osób, które starają się korzystać z tego nowego języka lub upowszechniają jego stosowanie, ma w zasadzie dobre intencje. Nie ma przecież powodu, żeby, o ile to możliwe, nie używać takiego języka, który odzwierciedla negatywne podejścia do pewnych grup czy jednostek. To prawda, że język może być krzywdzący. Dlaczego jednak tak się dzieje? Mając na uwadze wszystko, co wyjaśniliśmy wyżej, nie może być tu mowy o żadnej tajemniczej sile. Język jest odzwierciedleniem naszej rzeczywistości, a ta jest w wielu aspektach wroga klasie robotniczej. Na tą natomiast składają się osoby bardzo różnorodne – o wielu kolorach skóry, orientacji seksualnej, płci, przeróżnych doświadczeniach życiowych itd. Opresja to jednak nie wynik takiego czy innego określenia, tylko materialnych podstaw, które mogą zniknąć tylko wraz z kapitalizmem.
Najlepszym papierkiem lakmusowym, jaki można zastosować do zbadania wpływu języka na rzeczywistość, jest gruntowna analiza takich określeń. Weźmy na przykład obraźliwe słowa, używane w stosunku do osób o konkretnym pochodzeniu etnicznym. Przez lata te słowa zmieniały się, niektóre, wcześniej neutralne, stawały się „niepoprawne politycznie”, a ich miejsce zajmowały nowe. Czy jednak rasizm w ten sposób zniknął, albo chociaż trochę ustąpił? Czy z języka zostały wyparte rasistowskie określenia jako takie? Bynajmniej. Ich miejsce po prostu zajmują nowe słowa, a rasiści zdają się zupełnie nie przejmować dyskusjami na temat „dyskursu”, które przeważnie odbywają się w zamkniętych środowiskach. Ludzie nie są rasistami, bo istnieją takie a nie inne określenia. Rasizm istnieje po to, by dzielić klasę robotniczą na równych i równiejszych, i będzie się reprodukować tak długo, jak nie zniknie kapitalizm, który tego rasizmu potrzebuje.
Przykład może stanowić również słowo „queer”, które z początku oznaczało między innymi „dziwny”, „osobliwy”, „ekscentryczny”, „komiczny”, „nadzwyczajny”, niepospolity”, a także „podejrzany”, „kontrowersyjny”, „nieswój” czy „o słabym zdrowiu”. W XIX i XX wieku było obraźliwym określeniem na osobę homoseksualną, określano tak również dewiantów seksualnych, a także „zniewieściałych” mężczyzn. Dziś słowo to zostało „odzyskane” przez społeczność LGBT i oznacza osoby nieheteronormatywne. Chociaż nie jest już tak nacechowane negatywnie, jak wcześniej, jednak nie zmienia to faktu, że homofobia, transfobia, brak równości małżeńskiej, a także prześladowania osób nieheteronormatywnych są wciąż na porządku dziennym.

Język jest zwierciadłem myśli, a także nośnikiem ideologii. Przez wszystkie lata panowania kapitalizmu rasizm, homofobia czy transfobia nie ustała, dlatego też język tę sytuację odzwierciedla. Słusznym podejściem jest opór – ale ten powinien być skierowany na źródło problemu, a nie jego przejawy – inaczej będziemy bawić się w kotka i myszkę z rzeczywistością, a ta zawsze będzie wygrywać. Tak samo, jak nie sprawimy, że stół przestanie być stołem, jeżeli nazwiemy go alternatorem, tak samo problemy społeczno-ekonomiczne nie znikną tylko dlatego, że wymyślimy na nie nową nazwę.
Ale przecież nie ma nic złego we „wrażliwym” języku? Oddajmy głos Marksowi i jego krytyce metafizycznych poglądów Pierre’a-Josepha Proudhona i innych ideologów francuskiego socjalizmu utopijnego:
Pisarze francuscy, jak na przykład pp. Droz, Blanqui, Rossi oraz inni, szukają niewinnej satysfakcji w tym, że starają się przestrzegać przyjętych form języka „humanitarnego”, aby w ten sposób zadokumentować wyższość swoją nad ekonomistami angielskimi; jeżeli mają oni Ricardowi i jego szkole za złe cyniczny język, to dlatego, że drażni ich widok stosunków ekonomicznych w całej ich nagości i zdrada tajemnic burżuazji10.
I dalej:
I jeśli społeczeństwo chce „pozbyć się wszystkich dręczących je dolegliwości”, to niech usunie źle brzmiące terminy, niechaj zmieni język […] Te rozprawy filologiczne mają swój sens głęboki, sens ezoteryczny, stanowią one istotną część argumentacji pana Proudhona11.
Zajmiemy się jeszcze tym, czy i jak można walczyć o język. Jednak już na wstępie zaznaczyliśmy, że skupienie na języku jako narzędziu walki politycznej jest najlepszym przyjacielem burżuazji. Co może być lepszego niż klasa robotnicza zawieszona w próżni i apatii, niezdolna do działania, sparaliżowana powierzchownym „naprawianiem świata”? Klasa panująca nie boi się słów. Klasa panująca boi się działania zjednoczonej klasy robotniczej – jedynej klasy, która może w ramach swojej emancypacji ekonomicznej, politycznej i ideologicznej (niezbędne jest działanie na wszystkich trzech polach!) wyrwać kapitalistyczne pijawki ze swojego ciała.
Walka o słowa natomiast nie tylko marnotrawi energię, ale jest też z gruntu skazana na porażkę. Ponadto pewne określenia mogą sugerować, że problem zniknął. Skoro wszyscy są „osobami”, to z pewnością nie można mówić o nieustającej przemocy wobec kobiet. Jeżeli nie można żyć na skraju ubóstwa, a jedynie pozostawiać w jakimś przejściowym kryzysie, zatem o co tyle krzyku? Czy gdybyśmy w starożytnej Grecji określali helotów „osobami niewolniczymi” czy w jakikolwiek sposób zmieniłoby to ich położenie, sytuację społeczną czy przynależność do danej klasy?
Nie jest to bynajmniej problem teoretyczny. Żeby najlepiej pokazać absurd całej sytuacji, posłużmy się cytatem Judith Butler, apostołki „radykalnego” podejścia do języka i tożsamości płciowej czy seksualnej. Oprócz całego szeregu wyświechtanych i skrajnie reakcyjnych postulatów (jak na przykład tego, że seksualność czy płeć można zmieniać wedle woli, co z pewnością ucieszy duchownych zajmujących się „naprawianiem” takich „błędów” w ramach terapii konwersyjnych) znajdziemy następujący opis:
[…] Nie ma niczego radykalnego w zdrowym rozsądku. Błędem byłoby myśleć, że obowiązująca gramatyka to najlepszy wehikuł do wyrażania radykalnych poglądów, z uwagi na ograniczenia, jakie gramatyka nakłada na myślenie, a w zasadzie na wszystko, co da się pomyśleć12.
Z jakiegoś powodu bardzo „radykalna” Butler postanowiła jednak ugiąć się przed tą niesamowitą siłą drzemiącą w „obowiązującej gramatyce” i wyjawić nam swoje genialne spostrzeżenia (a w zasadzie „wszystko, co była w stanie wymyślić”) w języku, który możemy (do pewnego stopnia!) zrozumieć. Ma to mniej więcej tyle sensu, co filozof tłumaczący za pomocą drukowanych ksiąg, że jego czytelnicy są niczym innym, jak tylko wytworami jego umysłu – i niczym więcej!
Marksizm jest nauką, dlatego musi z konieczności posługiwać się precyzyjnym językiem. Tylko w ten sposób będziemy w stanie rzeczywiście zrozumieć procesy społeczne tak, by móc je zmienić – i zamiast próbować usuwać z myślenia bezdomność i przemoc, usuniemy je z naszego społeczeństwa raz na zawsze. Wówczas również i język dostosuje się do stworzonych przez nas podstaw nowego, lepszego świata.
Nośnik ideologii
Oprócz funkcjonowania jako uzewnętrzniony produkt społecznej świadomości i praktyczne narzędzie komunikacji, język jest również środkiem, za pomocą którego można propagować pewne idee w ramachideologii. Ta z kolei oznacza zbiór koncepcji i zasad wynikających z procesu produkcji, jak tłumaczą autorzy Manifestu Komunistycznego:
Ideami panującymi każdego okresu były zawsze idee klasy panującej13.
Nie można więc ot tak uciec od warunków ekonomicznych, w których wyrośliśmy. Pomimo, że klasa posiadająca jest mniejszością względem robotników, to język tej pierwszej będzie zawsze dominujący i „standardowy”. Co więcej, źródłem ideologii jest właśnie fałszywa świadomość:
Ideologia jest procesem dokonywanym przez tak zwanego myśliciela wprawdzie ze świadomością, ale świadomością fałszywą14.

Wyraża się to na przykład w sposobie, w jaki mówimy o kapitalizmie. Jest on zawsze traktowany jako punkt wyjścia, jako ostateczna i domyślna idea. Mówimy o propagandzie komunistycznej, o dyktaturach i reżimach autorytarnych, ale nigdy o tych zjawiskach w ramach otaczającego nas systemu! Ba, nawet samo wspomnienie słowa „kapitalizm” traktowane jest nierzadko jako pewnego rodzaju manifest. Skoro coś jest odwieczne i niezmienne, to po co to w ogóle nazywać? System burżuazyjny jest bożkiem, do którego nawet nie mamy prawa zwracać się jego „prawdziwym imieniem” – a najlepiej w ogóle przemilczeć i po cichu grzecznie stosować się do wszelkich zasad.
Ideologia, jej rozwój i zastosowania wykraczają poza temat niniejszego artykułu. Dość stwierdzić, że panowanie danej klasy społecznej, wynikające ze stosunków ekonomicznych, rzutuje na całość społeczeństwa, co przejawia się również w powszechnie używanym języku. Engels zauważył ten fakt, przejawiający się m. in. w dziewiętnastowiecznej frazeologii języka angielskiego:
Nędzna niewola, w jakiej pieniądz trzyma burżuazję, wskutek panowania burżuazji wyciska swe piętno nawet na języku. […] Duchem kramarstwa przepojony jest cały język; wszelkie stosunki wyrażane są w terminologii handlowej, objaśniane są w kategoriach ekonomicznych15.
Stosunki ekonomiczne nie uległy zasadniczej zmianie, dlatego też wspomniana terminologia handlowa jest nadal obecna w naszej mowie. Nie zapominajmy, że według zasad języka polskiego burżuj jest „pracodawcą”, a więc coś nam ofiarowuje, my natomiast jesteśmy „pracobiorcami”, tzn. otrzymujemy coś od naszych dobrodusznych wyzyskiwaczy! Takie przykłady można mnożyć w nieskończoność.
Skoro język jest odbiciem ideologii danej klasy, to czy możemy mówić o języku klasy robotniczej? Przypomnijmy, że jest to kwestia z gruntu polityczna. O ile możemy wyróżnić tzw. socjolekty, czyli pewne kody językowe funkcjonujące w ramach danej grupy społecznej (nie tylko klasy), to nie mają one charakteru powszechnego właśnie dlatego, że klasą panującą obecnie jest burżuazja. W naturalny sposób nasza analiza dotarła więc do Rewolucji Rosyjskiej i pytania, jak się ma język do praktycznej aktywności marksistów.
Po co język marksizmowi?
Oddajmy teraz głos Lwowi Trockiemu, który rozwijał myśl marksistowską również w sferze kultury czy sztuki. W 1923 w gazecie „Prawda” ukazał się jego artykuł o tytule Walka o kulturalną mowę16, w której analizował zarządzenia rady robotniczej pewnej fabryki obuwniczej, gdzie podjęto decyzję o zakazie przeklinania, nakładając przy tym grzywny za wulgarny język.
Trocki widzi w tym „agresywnym i poniżającym języku”, jak prawdziwy marksista, dziedzictwo wcześniejszych epok, które cechował wyzysk, niewolnictwo i przemoc. Ludzka psychologia jednak jest co do zasady konserwatywna – potrzebuje czasu, by dostosować się do rzeczywistości. Dlatego też rewolucja nie wymazuje burżuazyjnego języka – tak jak nie może w magiczny sposób zmienić żadnej części istniejącej nadbudowy, obarczonej bagażem przeszłości – a jedynie otwiera możliwość takich zmian. Dotyczy to, dodajmy, całego szeregu innych zmian społecznych. Ludzie, którzy twierdzą, że rewolucja jest wróżką, która za pomocą zaczarowanej różdżki znosi rasizm, homofobię, mizoginię czy transfobię, stawiają sprawę na głowie. Bez zmiany podstaw ekonomicznych nie możemy liczyć na jakiekolwiek zmiany w tym wszystkim, co wynika ze stosunków materialnych. Dlatego też rewolucja i zniesienie własności to początek zmian w osławionej „naturze ludzkiej”. Pracy nad wychowaniem społeczeństwa rzeczywiście pozbawionego wyzysku starczy dla wszystkich.
Stąd wynika naturalna potrzeba do aktywnej zmiany języka, nie jednak po to, by zmienić stosunki społeczne (w Rosji 1923 r. niewolnictwo nie istniało), lecz właśnie po to, by dostosować język, narzędzie komunikacji i wehikuł ideologii, do panujących warunków materialnych. Jest to właśnie proces dialektycznego usunięcia sprzeczności między nowoczesnością otaczającego środowiska pracy, a przestarzałą „rzeczywistością myślenia”. Jak pisze Trocki we wspomnianym artykule:
Oprócz takich kontrastów społecznych — rozwartego bestialstwa i najwyższego rewolucyjnego idealizmu — często w tym samym umyśle jesteśmy świadkami kontrastów psychologicznych. Mężczyzna to solidny komunista oddany sprawie, ale kobiety są dla niego tylko „samicami”, których nie należy traktować poważnie. Zdarza się też, że skądinąd dobry komunista, omawiając sprawy narodowe, zaczyna mówić beznadziejnie reakcyjne bzdury. Aby to wyjaśnić, musimy pamiętać, że różne części ludzkiej świadomości nie zmieniają się i nie rozwijają jednocześnie i równolegle. W tym procesie zachodzi pewna ekonomia. Psychologia człowieka jest z natury bardzo konserwatywna, a zmiana spowodowana wymaganiami i pędem życia wpływa w pierwszej kolejności na te części umysłu, które są bezpośrednio zainteresowane tą sprawą.

Można by stwierdzić, że w takim razie język jest kwestią zasadniczo odległą, którą możemy się zająć po rewolucji. Nic bardziej mylnego! Marksizm jest socjalizmem naukowym, jest narzędziem rozumienia i zmiany rzeczywistości, a nie – jakby to chcieli postmodernistyczni szarlatani – „dogmatem”. Potrzebuje zatem jasnego, celnego i dokładnego języka, który mógłby skutecznie przeciwdziałać chaosowi gnijącej burżuazji. Zamiast tworzyć kolejne systemy i systemiki filozoficzne i produkować tysiące stron pustosłowia, które serwuje nam drobnomieszczański akademizm, marksiści mówią prawdę, stosując język jako narzędzie. Tylko w taki sposób jesteśmy w stanie wyrazić poprawne idee i wnioski unikając frazesów, upraszczania i celowego zamieszania. W słowach Trockiego:
Język jest narzędziem myśli. Precyzja i poprawność wypowiedzi to niezbędne warunki prawidłowego i precyzyjnego myślenia.
Jak zatem widzimy, idealizm i metafizyka, stojące w opozycji do materializmu, to nie tylko kwestie ideologicznej debaty akademickiej, ale faktycznie istniejące i groźne tendencje, które działają na szkodę ruchu robotniczego i marksizmu. Nie jest to pierwszy ani ostatni raz, kiedy my – komuniści – musimy stawiać czoła takim tendencjom. Burżuazyjni badacze akademiccy i inni pożyteczni idioci na usługach kapitalizmu jedynie przyczyniają się do utrwalania go w głowach ludzi jako czegoś niezbywalnego, świętego, naturalnego, niemożliwego do zdruzgotania i zastąpienia czymś lepszym. Jednak my wiemy, że inny system i inna rzeczywistość są możliwe.
Jeśli określimy kapitalizm innym słowem, nie zmieni to faktu, że wciąż będzie on systemem opartym na wyzysku, na dobrobycie mniejszości kosztem większości. Dlatego drogą dla nas nie powinno być wymyślenie nowych nazw dla opresji, bezdomności czy dyskryminacji – lecz stworzenie społeczeństwa, w którym zjawiska te trafią na śmietnik historii.
Autorzy: Łucja Świerk, Rozalia Opala
Źródła
- Włodzimierz Lenin, Państwo a rewolucja, rozdział IV, https://www.marxists.org/polski/lenin/1917/par/04.htm, dostęp: 16.10.2021 ↩︎
- Karol Marks, Fryderyk Engels, Ideologia Niemiecka, tom I, Karol Marks, Fryderyk Engels, Ideologia Niemiecka, tom I, w: Dzieła, Tom 3, Książka i Wiedza 1961, s. 32. ↩︎
- Tamże, s. 507-508. ↩︎
- Karol Marks, Fryderyk Engels,O języku, Książka i Wiedza, Warszawa 1978, wstęp Bolesława Andrzejewskiego, s. XXV. ↩︎
- Karol Marks, Wprowadzenie do krytyki ekonomii politycznej, w: Karol Marks, Fryderyk Engels, O języku, Książka i Wiedza, Warszawa 1978, s. 13. ↩︎
- Karol Marks, Zarys krytyki ekonomii politycznej, w: Karol Marks, Fryderyk Engels, O języku, Książka i Wiedza, Warszawa 1978, s. 16-17. ↩︎
- Fryderyk Engels, Dialektyka przyrody, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, 1979, s. 23-24, 196-200. ↩︎
- Tamże, s. 200. ↩︎
- Fryderyk Engels, Prace przygotowawcze do „Anty-Dühringa”, w: Karol Marks, Fryderyk Engels,O języku, Książka i Wiedza, Warszawa 1978, s. 57. ↩︎
- Karol Marks, Nędza filozofii, w: Karol Marks, Fryderyk Engels,O języku, Książka i Wiedza, Warszawa 1978, s. 108. ↩︎
- Tamże, s. 108-109. ↩︎
- Judith Butler, Gender Trouble: Feminism and Subversion of Identity, New York & London: Routledge, 1999, s. xviii, za: In Defence of Marxism, wyd. 34, s. 9 (tłumaczenie nasze). ↩︎
- Karol Marks, Fryderyk Engels, Manifest Partii Komunistycznej (ze wstępem Lwa Trockiego), Czerwony Front, Poznań 2019, s. 26. ↩︎
- Fryderyk Engels do Franciszka Mehringa w Berlinie, Londyn 14 lipca 1893, w: Karol Marks, Fryderyk Engels,O języku, Książka i Wiedza, Warszawa 1978, s. 117. ↩︎
- Fryderyk Engels, Położenie klasy robotniczej w Anglii, w: Karol Marks, Fryderyk Engels,O języku, Książka i Wiedza, Warszawa 1978, s. 66. ↩︎
- Lew Trocki, Walka o kulturalną mowę, tłumaczenie z wersji angielskiej (Struggle for Cultured Speech), za: https://www.marxist.com/the-struggle-for-cultured-speech.htm ↩︎