
Niniejszy tekst powstał z inspiracji artykułem opublikowanym oryginalnie na stronie internetowej duńskiej sekcji Rewolucyjnej Międzynarodówki Komunistycznej (RCI) – Revolutionært Kommunistisk Parti. Artykuł pt. Dzieciństwo na sprzedaż przetłumaczony na język polski również zamieszczamy poniżej.
„Chcemy socjalizmu, ale nie bolszewickiego, tylko takiego, jak w Danii, Norwegii, Szwecji i Finlandii”. Słyszeliście kiedyś podobne głosy? Trudno ich nie słyszeć – różowa Partia Razem nie przestaje krzyczeć o „modelu skandynawskim” jako ideale, do którego trzeba dążyć. Sam Wódz, Adrian Zandberg, stwierdza w swoim oficjalnym biogramie:
„Trzydzieści lat temu rodzice przywieźli go z Danii do Polski (bez pytania o zdanie…). Odtąd dokłada starań, żeby Polskę nieco do Danii upodobnić”.
Brzmi dobrze, panie Zandberg! Problem w tym, że żeby utrzymać tego skandynawskiego chochoła, trzeba nieco nagiąć rzeczywistość. Po pierwsze – przyjąć IPN-owską i liberalną wersję historii Polski i jej głupawy antykomunizm. Nic prostszego – w końcu Razem od swojego powstania paraduje w biało-czerwonych szatach, wspomina z utęsknieniem reakcyjny rząd Daszyńskiego czy powtarza mity o „patriotycznej” lewicy spod znaku PPS-u. Kiedyś Adrian Zandberg groził nawet sądem Ryszardowi Petru, bo ten nazwał Razem słowem na „k”!
Uznajmy więc za Razem, że komunizm to zło wcielone, a prawdziwy socjalizm to dzisiejsza Skandynawia. To właśnie druga część tego kuriozalnego razemkowego równania – udawać, że socjalizm można osiągnąć… w ramach kapitalizmu. Więcej – można być dumnym z używania określenia „socjalista” najwyraźniej tylko wtedy, kiedy się tak nazwie kapitalizm:
„To jest faktycznie dość kuriozalne, gdy pan Lis albo pan Sakiewicz używają słowa “socjalista” jako obelgi. W Skandynawii socjaliści rządzą od lat. Lewicowe rządy zbudowały zamożne, konkurencyjne gospodarki – nie pomimo swojego programu, tylko dzięki niemu”.
A więc według Zandberga socjalizm jest wtedy, kiedy gospodarka jest zamożna i konkurencyjna z punktu widzenia kapitalizmu – do tego dąży partia Razem. Rzeczywiście nieco „kuriozalne”!
Jak wygląda skandynawski raj na ziemi?
Skoro zatem planem naszych reformistycznych przyjaciół jest „upodobnić Polskę do Danii” – a szerzej Skandynawii – to trzeba sprawdzić, do czego chce nas zaprowadzić Zandberg.
Czy zależy nam na tym, żeby dbać o przyrodę tak, jak to robi Norwegia, niszcząc środowisko nielegalnymi (według własnej konstytucji, ale kto by się tym przejmował) odwiertami czy instalacjami hydroenergetycznymi (które wywoływały ogromne protesty społeczne, jak kryzys Alta-saken z lat 1968-82)? A może wycinając całe połacie lasów pierwotnych, jak Szwecja i Finlandia? W końcu Lasy Państwowe bez większego namysłu ugięły się pod ekonomiczną presją IKEI, tańcząc poloneza wokół certyfikatu FSC. Skandynawski model dewastacji przyrody – w ramach którego można wycinać, ile się chce, o ile się obieca, że się to robi w imię zrównoważonego rozwoju – już nas obowiązuje. I rzeczywiście kapitał skandynawski nam w tym bezpośrednio pomaga!
Dobrze, przyroda to w końcu nie wszystko. Może chodzi o migrantów? W końcu dla prawicy Szwecja jest piekłem na ziemi, do którego „komuchy” wpuszczają „byle kogo”. My jednak prawicy na słowo nie wierzymy i dobrze wiemy, że w kapitalizmie sprawa inaczej wyglądać nie może – imigranci (w tym Polacy) w Szwecji, jak w każdym innym kraju burżuazyjnym, są poddawani wyzyskowi, pracują za grosze, a dziś – dobie kryzysu kapitalizmu – padają ofiarą rasistowskiej retoryki nikogo innego, jak właśnie socjaldemokratów. W tym momencie chyba wypada się z Zandbergiem zgodzić, że rzeczywiście pracuje na rzecz „skandynawizacji” Polski – w końcu sam w równie niewybredny sposób wypowiadał się o przybywających do Polski Pakistańczykach czy Kolumbijczykach „destabilizujących rynek pracy”.
Imperialistyczny dobrobyt
Być może Zandbergowi chodzi o to, że w przeciwieństwie do Rosji czy USA Skandynawia nie ma za sobą kolonialnej, imperialistycznej przeszłości? Niestety sam Donald Trump obnaża dziś prawdziwą twarz duńskiego imperializmu na Grenlandii, która jest – niespodzianka! – kolonią Danii. Być może nie ma niezależności, ale Grenlandczycy otrzymują od ojczyzny tzw. Potężnego Duńczyka kryzys zdrowia psychicznego, zatrważający odsetek samobójstw, niedofinansowaną infrastrukturę czy rasizm wobec rdzennej ludności.
Szwecja z kolei, z apetytem wikinga plądrującego klasztor na Lindisfarne, rzuciła się na kraje bałtyckie po upadku Związku Radzieckiego, żeby „uratować” je z rąk złego „imperium sowieckiego” i wprowadzić cywilizację europejską w postaci masowej prywatyzacji, napływu szwedzkiego kapitału, uzależnienia od szwedzkiego sektora finansowego i innych dobrodziejstw socjaldemokracji. Być może według Zandberga norweskie fundusze i norweski gaz również nie są elementem uzależnienia słabszych gospodarczo krajów, lecz po prostu darowizną? Pozostaje jeszcze spytać, jak rozumieć zaangażowanie Norwegii czy Szwecji w działania NATO, takie jak bombardowanie Jemenu. Czy w planach Razem jest powtórzenie „wielkiego” wyczynu Leszka Millera – czyli stworzenie nowej polskiej strefy okupacyjnej, tym razem nie w Iraku, tylko w Iranie lub na Morzu Karaibskim?
To właśnie na tym brutalnym kolonializmie i imperializmie opiera się „dobrobyt i konkurencyjność” gospodarek skandynawskich. Czy w takim razie Zandberg, zgodnie z partyjną linią, pragnie w ten sam sposób skolonizować Białoruś czy Ukrainę? Tym również nie różniłby się ani od liberalnego rządu, ani konserwatywnej opozycji – polski imperializm od lat próbuje brać udział w tym wyścigu o palmę pierwszeństwa do wyzysku.
Rasizm i eugenika
Czy w planach Razem jest powrót do starych, dobrych czasów, gdy kraje skandynawskie tworzyły instytucje o tak „socjalistycznym” charakterze, jak szwedzki Państwowy Instytut Biologii Rasowej (szw. Statens institut för rasbiologi, utworzony w 1922 w czasie rządu koalicji liberałów i socjaldemokratów), zajmujący się masową i przymusową sterylizacją w imię „nauki”? W końcu Szwecja zdecydowała dopiero w roku 2013 (a Norwegia trzy lata później), że można by już przestać – wprawdzie nie sterylizowano już wówczas saamskich kobiet czy osób chorych psychicznie, ale za dość było w kraju osób transpłciowych, które zmuszano do takich operacji.
Z kolei Dania może się pochwalić pierwszym w Europie prawem do przymusowej sterylizacji „niemoralnych” obywateli, wprowadzonym w 1929 r. – w czasach, gdy w rządzie zasiadał jeden „lewicowy” gabinet za drugim. Teoretycy socjaldemokracji, tacy jak „socjalistyczny” minister Karl Kristian Steincke, chwalili się swoimi osiągnięciami, tłumacząc, że tych „niedopasowanych społecznie” trzeba traktować z miłością – i dlatego właśnie nie mogą się rozmnażać.
Co ciekawe, ta myśl pochodzi z rozdziału Ulepszanie rasy (higiena rasowa i eugenika) [duń. Raceforbedring (Racehygiejne, Eugenik)] z książki Przyszłość zabezpieczeń społecznych (duń. Fremtidens Forsørgelsesvæsen) wydanej w 1920 r. Rasizm – rozumiany raczej po nazistowsku, niż „kibolsku” – nie jest więc wynaturzeniem, ale wręcz ideologiczną podstawą skandynawskiego „dobrobytu”. Jeżeli takie pomysły mają nosić nazwę „socjalizmu”, to całe szczęście, że my jesteśmy po prostu komunistami. Nasi ideowi poprzednicy – ci źli rosyjscy bolszewicy – wprowadzali wówczas takie autorytarne dyktaty, jak wolna aborcja i prawo do rozwodu, jednocześnie znosząc carskie prawo kryminalizujące homoseksualizm czy sankcjonujące prawnie tradycję przemocy fizycznej wobec kobiet. Doprawdy totalitarne!
Boimy się zatem zapytać, jak ma w tej kwestii wyglądać „upodabnianie Polski do Danii”? Czy to zawoalowana groźba wobec Kaszubek, Podhalanek, Romek i osób transpłciowych? Czy „inna polityka” będzie możliwa dopiero po „rasowym oczyszczeniu” naszego społeczeństwa z „niemoralnych” elementów, jak chcieli wybitni ojcowie skandynawskiego państwa dobrobytu?
Po co komu prawo pracy?
Ale wróćmy do dnia dzisiejszego i uznajmy dla uproszczenia (choć bez słuszności) że między przeszłością skandynawskiej socjaldemokracji a jej współczesnością nie ma żadnego związku przyczynowo-skutkowego.
Z pewnością Razem chodzi po prostu o model duńskiego rynku pracy. W takim razie czekamy na projekt ustawy, która zamiast wzmacniać prawo pracy, bronić umów o pracę na czas nieokreślony i walczyć o godne warunki zatrudnienia, po prostu… zniesie te wszystkie zachcianki. Tak w końcu funkcjonuje Dania, która obywa się bez takich głupotek, jak „płaca minimalna”.
Jak zatem funkcjonuje ten północny k(raj)? Wszystko opiera się o okresowe umowy zbiorowe, gdzie do stołu, w imię solidarności klasowej między kapitalistą a robotnikiem (nota bene podobne pomysły na złagodzenie konfliktu klasowego miał zarówno ukochany przez Razem Piłsudski, jak również Mussolini) zasiadają przedstawiciele rządu, organizacji pracodawców i związki zawodowe – i po prostu się dogadują.
Wyobraźmy sobie zatem Polskę zbliżoną do Danii pod względem prawa pracy i warunków zatrudnienia. Czas założyć różowe okulary i puścić wodze fantazji tak, by lepiej zrozumieć fantazje Wodza.
Jak co roku, w wielkiej sali kongresowej Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie, pod obrazem marszałka Piłsudskiego na nieśmiertelnej Kasztance, siedzą przedstawiciele Konfederacji Lewiatan, pogrążeni w rozmowie na temat możliwych sposobów poprawienia warunków pracy w dyskontach. Obok wesoło wita przybyłych Rafał Brzoska, który w głowie ma tylko jedno pytanie – jak zapewnić studentom tanie posiłki i mieszkania?
Na ściennym ekranie wyświetla się uśmiechnięta jak słoneczko Polsatu twarz Zygmunta Solorza, który zastanawia się, który sektor transportu publicznego należy teraz wzmocnić kolejnymi dopłatami – w końcu ten miły staruszek ma serce ze złota i zawsze mówi „czołem pracy”, wsiadając do nowo wybudowanej przez siebie linii darmowego metra w rodzinnym Radomiu.
Po drugiej stronie sali przelewową kawę, spływającą niczym wszechobecny dobrobyt i bogactwo z automatycznych podajników opartych na polskiej sztucznej inteligencji, sączą Piotr Duda i cała reszta dobrze opłacanych biurokratów… to znaczy przedstawicieli związków zawodowych, które nie to, że nie chcą strajkować, tylko po prostu nie muszą – bo robotnikom żyje się jak w raju.
Na środku zaś z wrodzoną skromnością zasiada premier Adrian Zandberg i ministra pracy, Aleksandra Owca, ślęcząc nad planami kolejnej taniej i czystej elektrowni atomowej. W poprzednim roku udało się uratować porodówki i szpitale, jednocześnie wzmacniając polski przemysł militarny – a teraz wystarczy ustalić, czy podwyżka płac dla wszystkich Polaków ma być wysoka, czy bardzo wysoka.
Wszystko, oczywiście, odbywa się w porozumieniu z prezydentem Maciejem Koniecznym, który niestety nie mógł być obecny, bowiem spędza całe dnie w hali produkcyjnej bydgoskiego Nitrochemu, skrupulatnie sprawdzając, która z kostek trotylu jest miła i uśmiechnięta (ma trafić na Ukrainę), a która zła i niegodna (ma trafić do Izraela). Honor polskiego przemysłu zbrojeniowego został uratowany, a producenci uzbrojenia mogą spać spokojnie – wiedząc, że ich dusza będzie zbawiona.
Nam wszystkim pozostaje w tej wizji wygodnie rozciągnąć się na kanapie i oglądać z okien komunalnych apartamentowców ten wszechobecny socjalizm, który udało nam się osiągnąć, po prostu wrzucając do wyborczej urny kartonik z odpowiednim nazwiskiem. Nie musieliśmy robić absolutnie nic więcej, a polityka jest teraz bezpieczna w rękach ekspertów od dobrobytu. Życie jest piękne, a Polska potężna, krzemowa i atomowa!
Kapitalizm czy rewolucja?
Można wybaczyć XIX-wiecznym pisarzom nurtu socjalizmu utopijnego, że snuli podobne – choć dużo bardziej realistyczne – wizje przyszłości. Ale traktować takie wizje jako integralną część programu politycznego – to już wstyd. Nie chodzi nawet o to, że Razem do Skandynawii podchodzi wybiórczo i wybiera sobie to, co dobre (słupki wzrostu gospodarczego), odrzucając to, co złe (wszystko inne). Nie chodzi też o to, że nazywanie kapitalizmu socjalizmem świadczy o raczej nikłych zdolnościach z zakresu myśli politycznej wśród razemkowej wierchuszki.
Chodzi o to, że taka Skandynawia, do której wzdycha Zandberg i reszta różowych wodzów, nie istniała… nigdy. I istnieć nie może! Bo Zandberg, broniąc Marksa jako „filozofa i demokraty”, zapomniał najwyraźniej do jego myśli sięgnąć – dowiedziałby się wówczas, że reformizm, nawet ten szczery i mocny w słowach – zawsze stanie koniec końców przed kapitalistami, którzy nie będą skłonni dzielić się bogactwem z całą resztą społeczeństwa tylko dlatego, że ktoś ich o to grzecznie poprosi.
Cały trik tej gadaniny o „skandynawskim socjalizmie” polega na tym, żebyśmy nawet na chwilę, nawet jedną myślą nie zgrzeszyli wyjściem poza wąziutki horyzont gospodarki kapitalistycznej. Nie jest bowiem tak, że dobrobyt, tanie mieszkania, rozwinięty transport publiczny i wszystko inne jest niemożliwe do osiągnięcia. Jedyne, co naprawdę niemożliwe, to osiągnąć choćby w połowie którykolwiek z tych ważnych postulatów w ramach kapitalizmu – czy to na smaganej wiatrami północy Europy, czy nad Wisłą.
Możemy – i do tego właśnie dążymy – planować produkcję nie dla zysku, lecz dla rozwoju większości społeczeństwa i ludzkości jako takiej. Żeby to robić, potrzebujemy się z kapitalistami nie dogadać, lecz ich przegonić, upaństwowić majątki bez rekompensaty – i zamiast bomb, z których zyski trafiają do członków światowego gangu pedofili, produkować co tylko zechcemy, zapewniając każdemu nie tylko podstawowe, ale i te znacznie bardziej zaawansowane potrzeby.
Czarna reakcja i różowe okulary
Cofnijmy się odpowiednio wstecz w historii Skandynawii, a znajdziemy rasizm, imperializm czy przymusową sterylizację. Spójrzmy na Skandynawię teraz, a znajdziemy kraje, które bardzo by chciały się do tych czasów świetności cofnąć, ale na arenie europejskiej i globalnej nie znaczą już tyle, co kiedyś. Na szczęście zamiast „bolszewickiego” prawa pracy obowiązują tam „elastyczne” rozwiązania skandynawskie – więc kapitalizm ma więcej opcji, by w pełni legalnie i bez ceregieli atakować poziom życia robotników. W związku z tym te „socjalistyczne” obiekty westchnień polskich reformistów muszą dzisiaj szukać innych sposobów wyjścia z kryzysu, takich jak… praca dzieci.
Dobrze słyszycie – w kraju, do którego wzdycha rzekomo najbardziej radykalna i lewicowa część naszej parlamentarnej sceny politycznej, praca dzieci jest nie tylko legalna, ale i pożądana oraz promowana. Od stycznia tego roku ten „socjalizm” zaszedł tak daleko, że dzieciom pozwala się na pracę z maszynami przemysłowymi. Na szczęście na straży ich bezpieczeństwa stoją… pracodawcy. Nikt przecież nie powie, że w socjalistycznej Danii nie można ufać kapitalistom! To właśnie efekt dogadywania się biurokratów związkowych z państwem i kapitalistami, o co tak zabiega Razem i Nowa Lewica.
Kapitalizm dzisiaj zdaje się mieć trzy sposoby podejścia do dzieci – albo je masowo i bestialsko wykorzystywać (jak Epstein i cała reszta jego kolegów), albo zabijać (jak Netanjahu, ICE czy Frontex) albo zagonić do ciężkiej roboty (jak Sudan, Kongo czy Dania). Trudno o bardziej dobitny dowód na to, że ten system zasługuje na to, by jak najszybciej zniknąć z powierzchni ziemi.
Musimy dobrze zrozumieć jedno – nie może być dla nas przykładem ani Dania, ani Szwecja, ani Stany Zjednoczone, ani Rosja, ani Chiny – żaden kraj kapitalistyczny nie jest wolny od wyzysku i barbarzyństwa. Wszystko, co takie „przyjazne” kraje robią, jest koniec końców podyktowane samą logiką systemu kapitalistycznego – a najgorsi, jak to w życiu bywa, są ci, którzy udają czystych moralnie i duchowo, nazywając swój wyzysk dobrobytem, a imperializm – socjaldemokracją.
Być może jednak jeszcze gorsi są ci, którzy – jak Zandberg – uwierzyli w tę wielką skandynawską ściemę. Na szczęście dla nas jesteśmy członkami Rewolucyjnej Międzynarodówki Komunistycznej, a nasza wiedza opiera się nie na wzdychaniu do kraju urodzenia, lecz na twardych danych od ludzi, którzy w skandynawskim raju na ziemi muszą codziennie pracować, biedować, żyć – i umierać.
Nie jest dla nas istotne, czy imperializm nosi akurat łatkę demokratyczną, republikańską, faszystowską czy socjaldemokratyczną. Koniec końców to ten sam system, którego los może być tylko jeden – musi on zostać zniesiony rewolucyjną walką robotników i młodzieży. Tej właśnie młodzieży, której praca w Danii jest dzisiaj wystawiana na sprzedaż po promocyjnej cenie.
Autor: Marcel Ostrowski
↓[Artykuł duńskiej sekcji RCI]↓
Dzieciństwo na sprzedaż

Od 1 stycznia 2026 r., decyzją rządu duńskiego uchwaloną we współpracy z organizacjami pracodawców Dansk Industri (DI) i Dansk Arbejdsgiverforening (DA), samorządowcami zrzeszonymi w Danske Regioner i Kommunernes Landsforening (KL) oraz centralą związków zawodowych Fagbevægelsens Hovedorganisation (FH), zniesiono zapis, który do tej pory uniemożliwiał dzieciom pracę przy maszynach przemysłowych. Zakaz ten był częścią dyrektywy UE z 1996 r., która miała zapewnić, że dzieci nie będą przebywać w niebezpiecznym środowisku pracy stanowiącym zagrożenie dla życia i zdrowia. Jednak zdrowie i bezpieczeństwo dzieci nie znaczą dla kapitalistów nic, jeśli ich poświęcenie może prowadzić do jeszcze większych zysków. Oto prawdziwa twarz kapitalizmu i „skandynawskiej socjaldemokracji” w XXI wieku – wydawałoby się, że takie praktyki należą już do przeszłości.
W praktyce zmiana prawa oznacza na przykład, że dzieci będą dopuszczone do obsługi zamiatarek, kosiarek czy podnośników w halach fabrycznych. Dotyczy to grupy dzieci w wieku 13-17 lat, które już teraz są znacznie bardziej narażone na urazy w miejscu pracy w porównaniu ze swoimi starszymi kolegami. Najnowszy raport Jobpatruljen (duńska inspekcja pracy dla pracowników młodocianych, pozostająca pod kontrolą dużych centrali związkowych – przyp. red.) z 2024 r. pokazuje „niepokojącą tendencję – odsetek młodych ludzi w wieku 13–17 lat, którzy ulegli wypadkom przy pracy, wzrósł w ciągu ostatnich dziesięciu lat”. Więcej niż co szósty nastolatek w wieku 13–17 lat (czyli właśnie dzieci w „wieku produkcyjnym”) doznał urazu fizycznego w związku z pracą, a co siódmy już teraz nie czuje się bezpiecznie w miejscu pracy. Chociaż Jobpatruljen apeluje o podjęcie aktywnych działań w celu walki z tym trendem, rząd robi teraz coś zupełnie przeciwnego – w imię maksymalizacji zysków kapitalistów kosztem dzieci.
Rządowy sposób na niebezpieczne sytuacje w miejscu pracy
Najbardziej niepokojące jest to, że to pracodawca ma oceniać ryzyko związane z maszynami, na których w danej firmie mają pracować dzieci. Tymczasem dostępne są badania, według których obecnie rekordowa liczba dzieci i młodzieży poniżej 18 roku życia doświadcza naruszeń prawa w miejscu pracy. W 2024 r. dotyczyło to prawie wszystkich młodocianych robotników: 96% spośród około 120 000 osób w wieku od 13 do 17 lat doświadczyło co najmniej jednego przypadku naruszenia prawa pracy w ramach swojego zatrudnienia.
Liczby te wyraźnie pokazują, że pracodawcy nie są w najmniejszym stopniu zainteresowani zapewnieniem dobrych i bezpiecznych warunków pracy. Zamiast tego szukają sposobów, by jeszcze łatwiej wykorzystać siłę roboczą tej narażonej grupy, która z racji swojego wieku i braku doświadczenia zazwyczaj nie jest świadoma pełni swoich praw w miejscu pracy. Dlatego też jest to – mówiąc delikatnie – absurd, że zgodnie z nową ustawą to pracodawca jest odpowiedzialny za ocenę ryzyka związanego z obsługą maszyn przez dzieci. Rząd, znosząc zakaz, świadomie naraził dzieci na bezpośrednie niebezpieczeństwo w miejscu pracy. A wszystko to dzieje się w czasie kadencji premiera, który nazywa siebie Ministrem ds. Dzieci!
Inicjatywa ta nie jest jednak niczym nowym, a jedynie kolejną z serii działań duńskich polityków, którzy aktywnie działają na rzecz zwiększenia liczby dzieci wykonujących tak zwane „prace w czasie wolnym” (duń. fritidsjob, rodzaj pracy sezonowej dla dzieci). Nie jest to zaskakujące, ponieważ właśnie w tym obszarze właściciele firm mogą naprawdę wycisnąć zyski z siły roboczej – dzieci poniżej 18 roku życia, jak wiadomo, nie muszą otrzymywać tak wysokich wynagrodzeń jak dorośli pracownicy. W wielu miejscach taka płaca wynosi nawet zaledwie 62 koron za godzinę – co stanowi niemal połowę przeciętnej płacy minimalnej w tym okresie.
Już w zeszłym roku rząd zadbał o to, aby przedsiębiorstwa mogły zatrudniać dzieci i młodzież poniżej 18 roku życia w jeszcze większej liczbie branż, powierzać im więcej zadań i zmuszać je do pracy przez jeszcze dłuższy czas w ciągu doby. Jednocześnie Dania naciska na to, aby coraz więcej osób w wieku 13-17 lat odbywało praktyki w przedsiębiorstwach, w ramach których nie obowiązuje prawo do jakiegokolwiek wynagrodzenia.
Chociaż rząd i jego kapitalistyczni partnerzy, w tym również FH, usilnie starają się przedstawić jako pozytywną rzecz fakt, że więcej dzieci może wejść wcześniej na rynek pracy, to w praktyce jest wręcz przeciwnie – wszystkie nowe przepisy w rzeczywistości ułatwiają kapitalistom jeszcze większy i coraz bardziej brutalny wyzysk pracy dzieci.
Walka o prawa dzieci to walka o socjalizm
Dorastaliśmy w przekonaniu, że dzieci mają prawa i że żadne dziecko nie powinno cierpieć. Dania to kraj, który w 1991 roku podpisał Konwencję ONZ o prawach dziecka. Między innymi dokument ten zobowiązuje sygnatariuszy do walki świat, w którym dzieci chroni się „przed wyzyskiem ekonomicznym, przed wykonywaniem pracy, która może być niebezpieczna lub też może kolidować z kształceniem dziecka, bądź może być szkodliwa dla zdrowia dziecka lub jego rozwoju fizycznego, umysłowego, duchowego, moralnego lub społecznego” (art. 32). To jasno pokazuje, że dokumenty takie jak Konwencja o prawach dziecka w rzeczywistości nie mają żadnej wartości, a instytucje burżuazyjne – jak ONZ – nigdy nie będą w stanie rozwiązać palących problemów, przed którymi stoimy dzisiaj.
W imię kapitalistycznej żądzy zysku poświęcone może zostać absolutnie wszystko – nawet duńskie dzieci w „najlepszym kraju świata”, które kapitalizm wzywa dziś do pracy w niebezpiecznych i niepewnych warunkach, aby służyć interesom bogatej mniejszości. Jak tłumaczyli Marks i Engels w Manifeście komunistycznym, w kapitalizmie: „[…] dzieci stają się zwykłymi przedmiotami handlu i narzędziami pracy”.
W 2025 r. 100 najbogatszych rodzin w Danii posiadało łączny majątek w wysokości ponad 1,2 biliona koron duńskich. To całkowicie absurdalne, że żyjemy w społeczeństwie, które nigdy nie było bogatsze, ale jednocześnie całe bogactwo trafia najwyżej do promila społeczeństwa, który wyzyskuje całą klasę robotniczą. A teraz to dzieci znów mają być zmuszane do pracy przy maszynach w przemyśle, aby ta mikroskopijna, pasożytnicza elita mogła zarobić jeszcze więcej – zupełnie jakbyśmy żyli w XIX-wiecznej Anglii. Jest to symptom agonii chorego i obrzydliwego systemu, który zamiast zapewniać ludzkości postęp, cofa nas do barbarzyństwa.
Mamy dziś pod ręką mnóstwo zasobów i technologii, które z łatwością mogłyby zapewnić, żeby dzieci nigdy więcej nie musiały pracować – a już na pewno nie w niebezpiecznym środowisku. Za ułamek pieniędzy, które znajdziemy dziś w funduszach i kontach kapitalistów, moglibyśmy zapewnić znacznie lepszy system szkolnictwa i mnóstwo możliwości rozwoju dla każdego dziecka. Jeśli zatem chcemy walczyć o świat, w którym wszystkie konwencje dotyczące praw dziecka są faktycznie przestrzegane, konieczne jest, abyśmy ostatecznie pogrzebali kapitalizm i jego pogoń za zyskiem, a zamiast tego zbudowali społeczeństwo dostosowane do potrzeb pracowników, młodzieży i dzieci.
Autor: Mette Marie Pedersen