perspektywy fb

Niniejsze perspektywy zostały jednogłośnie zatwierdzone podczas Kongresu Czerwonego Frontu w dniu 23 listopada. Ich znaczenie i aktualność nie tylko nie zmalały, lecz uległy wzmocnieniu w świetle bieżących wydarzeń. Pragniemy przedstawić je jako punkt odniesienia dla każdego szczerego członka ruchu antykapitalistycznego, aby wskazywały właściwy kierunek walki klasowej w nadchodzącym roku.


Patrząc na dzisiejszy świat nie da się uniknąć poczucia, że żyjemy w przełomowej epoce. Historia przyspieszyła, a za kolejnymi rewolucyjnymi wydarzeniami coraz trudniej jest nadążyć. W ciągu tygodnia mogą upaść rządy kilku państw, wybuchnąć i zakończyć się nowe wojny, pojawić kolejne dyplomatyczne przetasowania czy ekonomiczne wstrząsy.

W tym narastającym chaosie wyłania się nowy globalny układ sił. Stany Zjednoczone, które przez ostatnie trzy dekady utrzymywały niepodważalna dominację na świecie, zaczęły wyraźnie słabnąć. Ten względny spadek siły ich imperializmu wiąże się ze wzrostem nowych imperialistycznych mocarstw – przede wszystkim Chin oraz w pewnym stopniu Rosji. Te tektoniczne przesunięcia w układzie sił kapitalizmu są fundamentalną przyczyną ogarniającego świat chaosu.

Stany Zjednoczone pozostają jednak w dalszym ciągu największą potęgą imperialistyczną. Największą przegraną naszych czasów jest Europa, rozrywana kryzysem i głęboką sprzecznością między projektem unijnym a państwami narodowymi. Jej upadek do poziomu drugorzędnej siły imperialistycznej ma niezwykle doniosłe skutki dla walki klas na całym kontynencie, w tym w Polsce.

Jednocześnie permanentny kryzys kapitalizmu skutkuje zachwianiem się podstaw tzw. liberalnych demokracji. By obronić kapitalistyczny zysk, klasy rządzące kolejnych państw zmuszone są do ataków ekonomicznych na klasę robotniczą, które prowadzą do dalszej destabilizacji społecznej i politycznej. Kryzys osiąga efekt kuli śniegowej. Utrzymanie kapitalizmu staje coraz wyraźniej w sprzeczności z zachowaniem burżuazyjno‑demokratycznych zdobyczy: wolności słowa czy zgromadzeń. Ten stan rzeczy skutkuje powszechną nienawiścią klasy robotniczej do istniejącego porządku.

Skumulowany gniew szuka ujścia i wobec braku rewolucyjnej, socjalistycznej alternatywy najczęściej znajduje swój wyraz pod postacią prawicowego populizmu. Wzrost świadomości klasowej w drodze na powierzchnię zwiedza różne pokrętne alejki. Choć zjawisko to w różnych krajach przyjmuje różne formy, uzależnione od lokalnych warunków, to wszędzie bazuje na podobnych podstawach – klasowy gniew prowizorycznie i przejściowo wtłoczony w reakcyjną formę, w tymczasowy sojusz sprzecznych klasowo żywiołów, połączonych w nienawiści do liberalnego status quo.

Widzimy, że cała światowa burżuazja znajduje się w stanie szoku i dezorientacji; jest w stanie reagować wyłącznie na bieżąco, bez możliwości wysuwanie dalekosiężnych perspektyw. Dotyczy to nawet tak klasycznych i stabilnych reżimów, jak brytyjski czy niemiecki. W tych okolicznościach objawia się prawdziwa siła marksizmu. Nie mamy ogromnych aparatów państwa, armii i policji za naszymi plecami, nie mamy nieograniczonych fortun i zasobów burżuazji. Wszystko co mamy, nasza jedyna broń i jednocześnie przewaga nad burżuazją, to marksizm. Nasza teoria pozwala nam widzieć rzeczy takimi, jakie są, zrozumieć je jako część procesu, stawiać hipotezy i przygotowywać się na ich podstawie do kolejnych walk.

Żyjemy w świecie, gdzie masy nie mogą już żyć jak dotychczas, a rządzący nie są w stanie rządzić po staremu. Rewolucyjne wybuchy w Indonezji, Nepalu, Serbii i szeregu innych krajów, masowy ruch we Francji, fala przemocy politycznej w Stanach Zjednoczonych – te wszystkie i wiele innych wydarzeń krzyczą, jak bardzo świat potrzebuje dzisiaj rewolucyjnego kierownictwa.

Gotowe zmiażdżyć istniejący porządek masy powstają, pokazując, jak w przeciągu kilku dni cały potężny aparat państwa obraca się w kurz, robotnicy i młodzież znajdują się u władzy, ale nie wiedzą, jak ją zachować. Musimy mieć świadomość, że podobne wydarzenia w Polsce są wyłącznie kwestią czasu, a podstawy do nich zostały już zasiane. Gniew polskich mas wzmaga się i już dzisiaj szuka dla siebie ujścia.

Marksizm to narzędzie do zmieniania świata poprzez jego zrozumienie. Tego wyrazem są marksistowskie perspektywy, które służą analizie aktualnej sytuacji. Pozwalają one uchwycić realne sprzeczności współczesnego kapitalizmu, dynamikę konfliktu klasowego oraz procesy kształtujące obecny moment historyczny, stanowiąc podstawę świadomej orientacji w rzeczywistości społecznej.

Tektoniczne przesunięcia na świecie a Polska 

Polska coraz wyraźniej staje się miejscem, w którym krzyżują się sprzeczne interesy imperialistycznych mocarstw. Widoczne są próby grania do wielu bramek na raz – z wyjątkiem rosyjskiej – i przymiarki do dominacji słabszych wobec Polski państw. To dążenie polskiej burżuazji do wykorzystania przesunięć na arenie światowego imperializmu w dalszej perspektywie skazane jest jednak na porażkę. W kwestii gospodarczej Polska pozostaje ściśle związana z Niemcami, a militarnie z USA. Każda poważniejsza próba naruszenia tego stanu rzeczy będzie musiała spotkać się ze zdecydowaną reakcją silniejszych państw imperialistycznych. 

Polska jest drugorzędnym państwem imperialistycznym realizującym swoje interesy jako część bloku zachodniego imperializmu. Tym samy polski kapitalizm narażony jest na wszystkie wstrząsy wynikające ze sprzeczności narastających między amerykańskim i europejskim imperializmem. Sprzeczność między podporządkowaniem imperializmowi amerykańskiemu (które polska klasa rządząca uznaje za fundament swoich rządów) oraz ekonomicznym zdominowaniem przez imperializm europejski będzie narastała. 

W obliczu zwrotu w polityce USA realizowanego przez administrację Trumpa interesy europejskich mocarstw są dziś destabilizowane głównie przez „sojusznika” z Waszyngtonu. Stanięcie obok USA w zastępczej wojnie z Rosją na Ukrainie poważnie zdestabilizowało sytuację szczególnie Niemiec, a ich gospodarka straciła jeden ze swoich fundamentów – dostęp do tanich surowców energetycznych z Rosji. Dziś gospodarka Niemiec znajduje się w stanie faktycznej recesji. Polska stanowi podwykonawcę niemieckiego kapitalizmu, w związku z czym pośrednio staje się celem ataków USA w ramach wojny handlowej, co widać w zwolnieniu tempa wzrostu polskiego przemysłu. 

W nadchodzącym okresie, w konsekwencji zwycięstwa rosyjskiego imperializmu na Ukrainie, będziemy obserwowali wzrost jego wpływów w Europie, co zaostrzy postępujące sprzeczności w ramach Unii Europejskiej. Za siłą militarną Moskwy pójdzie również siła dyplomatyczna oraz do pewnego stopnia ekonomiczna. Jednak wobec jednoznacznie antyrosyjskiego nastawienia wszystkich frakcji klasy rządzącej w Polsce trudno sobie wyobrazić podobny obrót spraw jak choćby na Węgrzech czy Słowacji, szczególnie przy braku silnych powiązań z rosyjską gospodarką. Rosja dla polskiej klasy rządzącej odgrywa obecnie rolę przede wszystkim usprawiedliwienia wszystkich jej antyrobotniczych posunięć.

Militaryzacja, cięcia, ataki na zdobycze socjalnie, wyższe podatki, podporządkowanie USA – to wszystko uzasadniane jest zagrożeniem ze wschodu. Jednoznaczna wygrana Rosji nie zmieni znacząco sytuacji, bowiem polska klasa rządząca wpisała sobie antyrosyjskość w DNA. Już dzisiaj widać jednak, że kolejne próby wykorzystania strachu przed Rosją powodują wyłącznie dalszą erozję zaufania do rządu. Ta zimna kąpiel realizmu otwiera z jednej strony potencjał do popularyzacji naszego antyimperialistycznego stanowiska, z drugiej zaostrza wewnętrzne napięcia, które w jakiejś części są zagospodarowane przez reakcję. Już dziś klasie pracującej kapitaliści stawiają dwie alternatywy – albo murem za liberałami i przeciwko Rosji, albo murem za prawicowymi demagogami przeciwko Ukraińcom. 

Nie należy również zapominać o imperialistycznych roszczeniach polskiej burżuazji wobec Białorusi. Z jednej strony jest to próba wzmocnienia swojej pozycji na arenie międzynarodowej i odsunięcia zagrożenia ze wschodu poprzez stworzenie strefy buforowej. Z drugiej — to doskonała możliwość uzyskania nowego rynku, taniej siły roboczej stosunkowo ubogich Białorusinów oraz prywatyzacji białoruskiego przemysłu, który stanowi atrakcyjny kąsek dla polskich korporacji. Formami tych imperialistycznych ambicji są: tworzenie zasobów propagandowych za pieniądze polskich podatników (przede wszystkim kanał Biełsat, bezpośrednio wchodzący w skład Telewizji Polskiej) i wspieranie sił opozycyjnych. 

O ile nie mieliśmy powtórki masowych protestów rolników z 2024 r., to na marginesie walki klas ten problem wciąż się tli, czego dowodem jest demontaż zaufania do tradycyjnych partii wiejskich (PSL), brak alternatywy wśród partii burżuazyjnych (spadek poparcia dla PiS, zniknięcie AgroUnii) przy jednocześnie wyraźnym przepływie elektoratu wiejskiego do Grzegorza Brauna przy okazji wyborów prezydenckich. Pewną niewiadomą są nadal szczegóły umowy UE z Mercosurem, ale jest pewne, że polski eksport spożywczy może na tym wyłącznie stracić. Jako że eksport produktów spożywczych do krajów UE jest drugim filarem wywozu towarów z Polski i pamiętając o tym, jaką panikę wywołały w klasach rządzących Europy protesty rolników, polska klasa rządząca będzie musiała bardzo ostrożnie podchodzić do problemów wsi i współpracy z Ukrainą. 

W polskiej gospodarce na stół wraca kwestia współpracy z Chinami. Obecny rząd wydaje się bardziej skłonny do prób dywersyfikacji partnerów handlowych niż PiS, który de facto zablokował plany dominacji chińskiego kapitału w CPK. Jednak i na tej drodze pojawiają się poważne przeszkody w postaci sprzecznych interesów Europy i USA. 

Chiny są jednym z partnerów, z którymi Polska ma poważny deficyt handlowy. Importujemy z Chin głównie produkty hi-tech, w tym smartfony i elektronikę. Co znaczące, rozwija się w Polsce sprzedaż chińskich samochodów elektrycznych. Mamy więc gospodarkę, która opiera się w dużej mierze na eksporcie półproduktów i komponentów do zwalniającego niemieckiego przemysłu motoryzacyjnego, a która z drugiej strony importuje gotowe samochody chińskie jako próbę ożywienia gospodarczego przez konsumpcję i pośrednictwo. 

W kwestii transportu próby przyciągnięcia kapitału chińskiego są częściowo wyważane przez działania kapitału amerykańskiego i europejskiego, co pokazuje zapowiedź sprzedaży części gdyńskiego portu z rąk firmy Hutchinson. Chińczycy planują odsprzedać aktywa kapitałowi amerykańskiemu, szwajcarskiemu i włoskiemu. Jednocześnie firma planuje inwestycje w budowę Zewnętrznego Portu w Gdyni. Sprawę komplikuje fakt, że obiekt jest wpisany na listę infrastruktury krytycznej. Podobnie jak w przypadku Izery i współpracy z objętą sankcjami firmą Geely, polski parlamentarzysta nie wie już, któremu z imperialistów ma służyć.

Wraz z dyskusją o CPK wraca też kwestia Polski jako hubu przewozowego i przeładunkowego w ramach handlu między UE a Chinami. Zamknięcie granicy z Białorusią – potrzebne do celów politycznych – uderzyło właśnie w tę wymianę. Mamy więc sprzeczności w ramach Europy, dążenia polskiego kapitalizmu i rolę USA oraz NATO. Polska może stać się polem zaostrzającej się wojny handlowej między imperialistami i pozycjonuje się na linii strzału między USA a Chinami. 

Kluczowym pytaniem jest to, jak długo polscy kapitaliści będą w stanie znieść ten wielostronny protekcjonizm, na których polski kapitał wciąż traci. W obliczu wycofywania się sił USA z Europy i spadku produkcji przemysłowej Niemiec, polski kapitał będzie coraz łaskawszym okiem spoglądać na Daleki Wschód. 

Polska staje się potencjalnym rynkiem zbytu dla europejskiego przemysłu zbrojeniowego. Projekt Tarczy Wschód – opracowywany wspólnie z krajami bałtyckimi czy Wielką Brytanią – budzi duże zainteresowanie producentów min przeciwpiechotnych czy systemów monitoringu z zachodniej Europy. Wizyta Ursuli von der Leyen na białoruskiej granicy w czasie ćwiczeń Zapad 2025, a także głosy z Niemiec postulujące postawienie posterunków Frontexu i udział niemieckich pograniczników w obronie wschodniej flanki NATO/UE wpisują się w ten trend. Europejski Bank Inwestycyjny wyraził wstępną zgodę na przekazanie 1 mld. euro na projekt, a w marcu Parlament Europejski uznał Tarczę Wschód za flagowy projekt dla bezpieczeństwa UE. 

Pomimo zdecydowanego spadku zaangażowania w ruch propalestyński, kwestia Bliskiego Wschodu pozostaje potencjalnym zarzewiem konfliktów klasowych. W Polsce dość silna pozostaje pamięć o haniebnym wykorzystaniu polskiego wojska w Iraku i Afganistanie. Jednoznacznie proizraelski charakter rządu najlepiej oddaje każda wypowiedź Radosława Sikorskiego. Polska ma pozostać służalczo wierna sojusznikowi zza oceanu (a co za tym idzie również syjonistom) bez względu na decyzje Waszyngtonu. Coraz częściej jednak jasny staje się przepływ publicznych pieniędzy do kieszeni izraelskich ludobójców. Jednocześnie drobnomieszczańska lewica usilnie stara się oddzielić rzekomo progresywną rolę imperializmu na Ukrainie od jej reakcyjnej strony w Palestynie.

O ile trudno się spodziewać takich ruchów, jak te we Francji czy we Włoszech, to wzmożenie ruchu w Polsce nie jest wykluczone. Organizacje mieszczańskie coraz częściej oddają pola i nie są w stanie zaproponować żadnych rozwiązań poza moralizatorstwem, raz po raz wygaszając potencjał rozszerzenia ruchu. W efekcie szczere pozycje w kwestii Palestyny pozostają w mocy, a przestrzeń dla nich tylko się zwiększa.

Ekonomia i kryzys 

Dynamika rozwoju gospodarczego Polski wskazuje, że czeka nas scenariusz francuski – coraz śmielsze i otwarte ataki na poziom życia robotników, co nieuchronnie wywoła niepokoje społeczne i wzmożenie walki klas, z pewnością przekraczające bezpieczne dla burżuazji poziomy.

Wraz z recesją w Europie, szczególnie w Niemczech, wzrost gospodarczy w polskim przemyśle praktycznie zanikł, osiągając poziom 0,2 proc. w 2024 rdr. Wynika to z niemalże totalnego podporządkowania polskiego wytwórstwa imperializmowi europejskiemu, które po akcesie do UE stało się zapleczem dla większych gospodarek. Optymistyczne prognozy na wzrost sięgający ponad 3 proc. w roku 2026 opierają się na myśleniu życzeniowym. Analizując potrzeby polskiego przemysłu, eksperci wskazują na ulgi podatkowe, tanie pożyczki, tworzenie lukratywnych obszarów inwestycyjnych czy dostęp do technologii. 

Jedynym obszarem, w jakim byłoby to możliwe, może być żerowanie na odbudowanie Ukrainy, co pojawia się niekiedy w wypowiedziach i posunięciach rządu jako cel strategiczny polskiego karłowatego imperializmu. Nie można jednak zakładać ani jednoznacznego zakończenia tego konfliktu, ani jakiegokolwiek prymatu polskich firm w tym przedsięwzięciu. Wszystko w dalszym ciągu wskazuje na to, że łupy podzielą między siebie więksi gracze. Przykładowo w oficjalnych planach (konferencja Lugano z 2022 r.) dla Polski (wspólnie z Włochami) przygotowano odbudowę Doniecka. Problem w tym, że ten region pozostanie pod kontrolą Rosji.

Rosnący dług, który dawno przekroczyłby konstytucyjny próg 60 proc., gdyby rząd Tuska nie kontynuował rozpoczętego przez PiS procesu ukrywania długu poza budżetem (m.in. BGK i PFR), nie napawa optymizmem. Tak, jak w całej Europie, tak w Polsce nie ma po prostu środków na inwestycje. Pomimo rozluźnienia fiskalnego przez NBP, banki nie są gotowe ryzykować tanimi pożyczkami, a polski kapitalista bez odpowiedniego zaplecza nie będzie skłonny inwestować. Dlatego kluczowa jest rola państwa, które jednak – jak wspomnieliśmy – ograniczone jest interesami większych imperializmów.

Jednym z sukcesów rządu Donalda Tuska miało być odblokowanie pieniędzy z KPO. Te środki ujęte są w budżecie jako element walki z rosnącym deficytem budżetowym i metoda na pobudzenie inwestycji. Problem w tym, że KPO bezpośrednio zwiększa zadłużenie, i to u tego samego wierzyciela, który stosuje wobec Polski procedurę nadmiernego deficytu (UE). W sferze inwestycji natomiast obyło się bez niespodzianek – wygrała korupcja i nepotyzm zamiast rozsądnego planu rozwoju konkurencyjnej przedsiębiorczości.

Kolejnym ze złotych środków na redukcję deficytu mają stać się podwyżki podatków, w tym akcyzy. Wokół tych rozwiązań zdążył już wybuchnąć konflikt między rządem a prezydentem (Nawrocki zapowiedział, że nie zgodzi się na żadne podwyżki podatków), a w kwestii alkoholu niewygodny kamyczek do buta rządzących wrzucili koalicjanci. Projekty Nowej Lewicy i Polski 2050 dotyczące ograniczenia sprzedaży alkoholu na obszarze całego kraju uderzają bezpośrednio w plan ratowania budżetu przez rozpicie społeczeństwa. Uwagi natury między innymi ekonomicznej zgłasza też Ministerstwo Zdrowia, a w kontekście spadających realnych nakładów na ochronę zdrowia – w tym leczenia alkoholizmu – cała sprawa coraz klarowniej pokazuje, do jak bezpośrednich ataków zmuszony jest rząd.

Nawet zatwierdzona podwyżka CIT dla banków poskutkuje wyłącznie przerzuceniem tych kosztów na klientów – szczególnie, że na 2027 r. zaplanowana jest analogiczna obniżka podatku bankowego. Propaganda rządu o tym, że Tusk zamierza zabrać się za banki, które zarabiają ponad normę, i zainwestować te środki w bezpieczeństwo, będzie miała w praktyce zupełnie inny efekt – pokaże klasie pracującej, że jest biedna, ponieważ banki muszą być coraz bogatsze, a rząd jest wobec nich bezsilny.

Walka z tym, co burżuazyjni eksperci eufemistycznie nazywają presją płacową, jest więc niezbędna. W praktyce oznacza to demontaż świadczeń – rozpoczęty żałosnym tańcem wokół 800+ i Ukraińców – a także przymiarki pod postępującą prywatyzację takich usług jak transport publiczny, poczta i ochrona zdrowia.

Deficyt w budżecie NFZ na 2025 r. wyniósł 14 mld zł., a w przyszłym roku jego przewidywana wysokość to ponad 20 mld zł. Placówki medyczne już ograniczają drastycznie przyjęcia pacjentów. Lokalne oddziały, a nawet całe szpitale są systematycznie wygaszane. Jeszcze większe ograniczenia w dostępie do publicznej służby zdrowia będą wpływać na świadomość robotników.

Polski burżuj zrozumiał, że nie ma dziś możliwości przeprowadzenia tak ordynarnego skoku na poziom życia robotnika, jak w przeszłości. Scenariusz powtórki z przywłaszczenia środków z OFE czy prywatyzacji kolei z lat 2014-15 poskutkowałyby wybuchem niezadowolenia społecznego. Z drugiej strony nie ma absolutnie żadnych środków na utrzymanie ustępstw, które wobec klasy pracującej był zmuszony wykonać rząd PiS-u.

Stąd możemy obserwować pozornie sprzeczne posunięcia jak masowe zwolnienia w Poczcie Polskiej, przy jednoczesnych planach fuzji Orlenu i PP w zakresie przesyłek (Orlen Paczka). Tworzy się pozorna konkurencja dla pupilka rządu, Rafała Brzoski. Jest to jednak element tego procesu, który zauważyliśmy już w momencie powstania projektu deregulacyjnego – to przygotowanie jednolitego pakietu pod wykup przez prywatnego przedsiębiorcę. Sam Brzoska przyznaje: To połączenie może być początkiem konsolidacji na rynku automatów paczkowych, bo praktyka pokazała, że bardzo trudno jest skopiować nasz model biznesowy.

Państwo polskie nieco ostrożniej, ale bardzo wyraźnie przygotowuje pokaźny transfer publicznych pieniędzy dla kapitalistów w tej czy innej formie. Podobne ruchy pośredniej prywatyzacji przez wprowadzanie lokalnej konkurencji dla usług państwowych możemy zaobserwować na kolei, gdzie z jednej strony wprowadza się kapitał zagraniczny (RegioJet), z drugiej w przewozie towarów planowane są masowe zwolnienia (PKP Cargo). Donald Tusk zapowiadał jeszcze w marcu, że w kolej może zacząć inwestować Turcja.

Wzrasta też w Polsce bezrobocie. Było jasne, że podobnie jak w przypadku długu, tak i tutaj polska klasa rządząca stosuje kreatywną księgowość, ponieważ od dawna urzędy pracy zgłaszały spadającą liczbę ofert w przeliczeniu na jednego poszukującego pracy (pomimo nominalnie niskiego bezrobocia). W marcu stosunek bezrobotnych do ofert pracy wyniósł 15:1. Po zmianach w metodologii (choć nadal wyłącznie w obszarze bezrobocia rejestrowanego) okazało się, że stopa bezrobocia istotnie wzrasta, a wszystkie prognozy są negatywne. Co znaczące, kluczową wartością składową Wskaźnika Rynku Pracy (WRP) stanowi wzrastająca dynamika zwolnień grupowych. W sierpniu 2025 r. bezrobocie wyniosło 5,5 proc., z czego nadal istotne są różnice regionalne – 3,4 proc. w woj. wielkopolskim w porównaniu do 8,9 w woj. podkarpackim. Zdecydowana większość (84,7 proc.) nie ma prawa do zasiłku, a ponad 46 proc. to osoby długotrwale bezrobotne.

Wśród mężczyzn dominująca grupa to osoby w wieku 35+, ale wśród kobiet przedział 25-34 lat niemal dogonił segment 35-44. Z jednej strony mamy długotrwałe, regionalne bezrobocie z przewagą młodych kobiet, z drugiej według Eurostatu w maju 2025 r. bezrobocie wśród młodych wzrosło najszybciej w UE (13,5 proc. z 10,6 proc. rdr). Jest to najwyższy poziom od 22 lat.

Polska klasa polityczna ma problem – mit polskiego wzrostu gospodarczego na tle pozostającej w stagnacji Europy zbudowano na wliczaniu wydatków publicznych jako motoru konsumpcji. Tnąc je do kości – czego wymagają kapitaliści – burżuazja nie tylko ryzykuje niepokojami społecznymi, ale również utratą ideologicznej zasłony dymnej, w ramach której polskim robotnikom wmawiało się, że spadku poziomu życia nie ma, a w innych krajach jest jeszcze gorzej. 

Zbrojenia i militaryzm 

Krytycznym punktem, w którym przecinają się przesunięcia światowego układu sił i walka klas jest kwestia militaryzacji. Polska uparcie dąży do realizacji zapowiedzianego rok temu poziomu 5 proc. PKB na zbrojenia. Charakter tych zbrojeń oddaje aktualne położenie polskiego kapitalizmu na świecie. Zbrojenia nie postępują według centralnego planu, obliczonego na modernizację polskiej armii i przygotowanie jej na zapowiadaną co rusz inwazję Rosji. Stanowią pasożytnicze połączenie przemysłu o organicznie inflacyjnym charakterze, podległości imperialistycznej i w dużej mierze kapitału fikcyjnego oraz spekulacji.

W zbrojeniach rządzi chaos gospodarki kapitalistycznej. Pomimo prób stworzenia hybrydowego systemu, w którym PGZ współpracuje z prywatnym kapitałem polskim (Grupa WB) w zakresie produkcji i kapitałem zagranicznym w zakresie produkcji oraz zakupów gotowych rozwiązań, mamy raczej system, w którym na polskim poletku rządzi korupcja, a pieniądze na zbrojeniówkę przeznaczane są w ogromnej większości na zakupy za granicą tego, co akurat kapitał zagraniczny chce sprzedać.

Z 137,53 mld zł przeznaczonych na zbrojenia w 2024 r. ponad 60 proc. przeznaczono na zakupy. Największymi partnerami są Stany Zjednoczone (45 proc. importu) i Korea Południowa (42 proc.). Do Polski trafia aż 46 proc. eksportu koreańskiego przemysłu zbrojeniowego.

Rząd zaplanował wydać ok. 180 mld na zbrojenia w tym roku, jednocześnie zapowiadając większe inwestycje w rodzimy przemysł i zmniejszenie importu uzbrojenia. Problem stanowi zysk – polska zbrojeniówka nie jest chętna ryzykować inwestycji w zaawansowane systemy technologiczne, niezbędne dla rzeczywistej modernizacji. Największy zysk polscy spekulanci otrzymują z eksportu – z którego 96 proc. (głównie armatohaubic Krab) trafia do Ukrainy (z czego większość i tak stanowią donacje).

Polska zbrojeniówka zmierza raczej w tę samą ślepą uliczkę, co reszta polskiego przemysłu. Rozszerza się strefa produkcji podzespołów rozwiązań amerykańskich (F‑35 czy zapowiadana produkcja części do systemów Patriot) i izraelskich (rakiety Spike). Nawet inwestycje w rodzimą produkcję mogą najwyżej jeszcze ściślej powiązać polski przemysł z imperialistami.

Unijne plany zakupów zakładają natomiast systemy przeciwlotnicze, przeciwrakietowe, drony, amunicję, rozwiązania w zakresie cyberbezpieczeństwa i sztucznej inteligencji. Polską zbrojeniówkę, tak jak całą klasę kapitalistyczną, cechuje jednak wrodzony impresjonizm i empiryzm. Strategiczny plan uniezależnienia się od uzbrojenia zagranicznego niweluje chęć zysku i zdarzenia takie jak ostatnie wtargnięcie rosyjskich dronów ze strony Białorusi. Bezpośrednio po tym wydarzeniu rząd zapowiedział współpracę ze szwedzką Nordic Air Defense, która obiecuje najnowsze technologie (system Kreuger 100) i to dużo tańsze niż klasyczna obrona przed dronami. Alternatywą byłby zakup izraelskich systemów laserowych. Polskie systemy obrony przeciwlotniczej są natomiast drogie, niewydolne i nieprzydatne w przypadku ataku dużą ilością małych statków bezzałogowych, co jest dzisiaj obowiązującą taktyką walki na Ukrainie.

Sektor zbrojeniowy nie jest odporny na rak toczący kapitalizm w kryzysie – panowanie spekulacji, startupów i technologicznych fircyków. Niemal 20 proc. wydatków budżetowych przeznaczymy na zbrojenia. Zapowiedzi inwestycji i budowania wzrostu gospodarczego pełzną na niczym. W zbrojeniówce rządzi import, na który przeznaczana jest większość publicznych środków na zbrojenia. W kwestii inwestycji widać najwyżej podporządkowanie polskiego przemysłu (często są to zakłady hybrydowe, wojskowo-cywilne) większym imperialistycznym producentom. Eksport jest znikomy i trafia praktycznie wyłącznie na Ukrainę. Brakuje innowacji, rozwoju technologicznego i konkurencyjności.

Dodatkowo w przypadku zakończenia działań wojennych na Ukrainie to ta druga będzie miała większe możliwości, by produkować broń na eksport. Polska nie tylko straci jedyny rynek zbytu, a może zyskać poważnego konkurenta tuż za miedzą.

Już dziś zbrojenia bezpośrednio zwiększają dług (co pogorszy jeszcze unijny system pożyczek SAFE) i deficyt budżetowy. Fakt, że nakłady na zbrojenia nie będą wzrastać z opodatkowanych zysków bankowych (jak próbuje przekonywać Tusk), lecz kosztem demontażu usług publicznych, najlepiej ujawnia wypowiedź Barbary Nowackiej w kontekście podwyżek dla nauczycieli: Niestety nie i mówię to z przykrością. Budżet jest w takim stanie, w jakim jest. Mamy bardzo duże wydatki na zbrojenia. Źródłem tych wszystkich problemów jest kapitalizm i należy to powtarzać za każdym razem, szczególnie gdy prawica próbuje zrzucać winę na Ukraińców, a liberałowie na Rosjan.

Jest to szczególnie istotne w kwestii Palestyny i powiązań polskiej zbrojeniówki z Izraelem. Reformiści i aktywiści znaleźli się pod ścianą i zmuszeni są pokrętnie tłumaczyć, że powinniśmy popierać zbrojenia na tyle, na ile stanowią one wsparcie dla Ukrainy, a krytykować tam, gdzie istnieją powiązania z Izraelem. 

Poziom życia polskiej klasy pracującej 

Poziom życia polskiego robotnika ciągle spada, pomimo optymistycznych prognoz i tez o doganianiu Europy, które bazują na fikcji średniego wynagrodzenia. Sprawa wygląda inaczej, gdy przyjrzymy się rosnącym nierównościom i gwałtownemu wzrostowi skrajnej biedy. Statystyczny Polak zarabia coraz więcej – ale statystyczny Polak w rzeczywistości nie składa się proporcjonalnie z kapitalisty i robotnika! Bogaci stają się bardziej bogaci, tzw. klasa średnia zanika, a szeregi biedoty zasilają kolejne dziesiątki tysięcy. 

70 proc. Polaków zarabia poniżej średniej, a 27,7 proc. zarabia nie więcej, niż wynosi ustawowe minimum. Nominalna podwyżka płacy minimalnej w 2026 r. wyniesie 140 zł (niecałe 3 proc.) – a więc realne płace spadną poniżej inflacji (prognozowane 3,1 proc.). Rzecz jasna wskaźnik inflacyjny ukrywa fakt, że najszybciej i najdrożej rosną podstawowe produkty. Realnie w 2024 r. inflacja dla żywności wyniosła 4,8 proc., energii o 10,1 proc., edukacji 9,2 proc., a usług i produktów medycznych 5,5 proc. Stoimy więc przed perspektywą dalszego spadku realnej siły nabywczej polskiego robotnika.

Odsetek osób w skrajnej biedzie w 2023 r. wyniósł aż 6,6 proc. Dominuje wyraźna i ostra tendencja zwyżkowa – wzrost o 47 proc. w 2023 r. rdr. Zwiększa się też ubóstwo względne (liczone względem średnich dochodów), a kategoria niedostatku (życie poniżej minimum socjalnego) obejmuje już 46 proc. Polaków. Szczególnie narażone na ubóstwo grupy to dzieci i seniorzy. 

Mieszkalnictwo to kolejny front walki o przedstawienie absolutnych porażek polskiego kapitalizmu jako zwycięstw i dowodów na rozwój. Otóż zdecydowana większość Polaków w różnych szacunkach (od 87 do 90 proc. w 2024 r.) mieszka w mieszkaniu własnościowym. Sugeruje to cud gospodarczy i masowe uwłaszczenie; fakty są jednak takie, że niemalże połowa 30‑latków mieszka z rodzicami. Młodych Polaków nie stać nawet na pokrycie wkładu własnego w ramach kredytów mieszkaniowych. 

Badanie SWPS z 2024 r. lepiej obrazuje rzeczywistą sytuację mieszkaniową młodych: […] wśród młodych dorosłych w wieku 18–35 lat największą grupę (37 proc.) stanowią osoby mieszkające z rodzicami lub opiekunami. Drugą co do wielkości grupą (prawie 20 proc.) są osoby posiadające lub współposiadające mieszkanie, lub dom bez kredytu, lub ze spłaconym kredytem. Ponad 17 proc. respondentów i respondentek wskazało, że wynajmuje mieszkanie, samodzielną część domu lub dom. Nieruchomość w kredycie ma 13 proc. badanych. Blisko 7 proc. badanych mieszka w mieszkaniu lub domu innych osób, a 5 proc. wynajmuje pokój w mieszkaniu/akademiku/domu

Światło na prawdziwy charakter polskiego kryzysu mieszkaniowego rzuca sponsorowany ze środków unijnych raport programu analizy danych ESPON – House for All – który badał, jaka część średniej pensji przeznaczana jest na mieszkanie. Polska uzyskała najgorszy wynik w Europie, wraz z Bułgarią i Rumunią. Dane opracowano z podziałem na województwa, z czego najniższy wynik to 50-60 proc., natomiast w wielu regionach dominuje wynik 100-200 proc. Oznacza to, że w dużej części naszego kraju potrzeba pensji dwóch osób, by utrzymać jedną. 

Sukcesem polskiego kapitalizmu jest więc żerowanie na wciąż demontowanych zdobyczach PRL-u. Nowych i tanich mieszkań brak, brak nawet nisko oprocentowanych kredytów, a nawet akademików. Kapitaliści zauważają ten problem, bo stają coraz wyraźniej przed widmem poważnego spadku dzietności w Polsce i wprost łączą tę kwestię z brakiem dostępnych mieszkań dla młodych. 

Rząd obecnie nie ma konkretnego pomysłu, natomiast mówi się od dawna o programie budowy mieszkań na wynajem przez samorządy, a nawet kontroli czynszów. Tę propozycję bardzo mocno popierają również reformiści. Trudno na poważnie traktować ten postulat – jeśli deweloperom nie będzie się opłacać taka budowa, to kontrola czynszów pójdzie w odstawkę, a cały projekt okaże się po prostu kolejną dotacją dla kapitalistów. Najbardziej prawdopodobnym scenariuszem jest właśnie taki, w ramach którego Lewica będzie zmuszona firmować swoją twarzą program dotacji dla deweloperów – jeden z filarów rządów KO.

Walka klas w Polsce 

Wzmagający się kryzys polskiego kapitalizmu prowokuje również wzmagająca się odpowiedź ze strony ruchu robotniczego. Choć zależność między kryzysem a walką klas nie jest mechaniczna i liniowa, a często dopiero pewna stabilizacja gospodarki daje robotnikom podstawy do walki, to w ostatnim okresie widzimy, jak kolejne uderzenia w polską klasę pracującą spotykają się z jej coraz bardziej zdecydowanym i zorganizowanym oporem.

W zeszłym roku szczególnie widoczne były mobilizacje pracowników spółek skarbu państwa – Poczty Polskiej oraz PKP Cargo. Mobilizacja pocztowców w obliczu zwolnień została jednak zaprzepaszczona przez związkowych biurokratów, którzy zrezygnowali z przeprowadzenia strajku generalnego i przystali na mgliste porozumienie z zarządem. Znaczący jest tutaj rozłam między związkami – podczas gdy OPZZ zdecydowało się na zdradę i ugodę, pocztowa Solidarność odmówiła i to jej działacze w desperacji zorganizowali na początku roku okupację siedziby Poczty w Warszawie.

Jednocześnie nie wydaje się, aby pacyfikacyjne ruchy biurokracji związkowej były w stanie ograniczyć walkę na dłuższy czas. Kryzys kapitalizmu sprawia, że nie ma czasu na chwilę uspokojenia pomiędzy kolejnymi zwolnieniami i cięciami, a przyparci do muru robotnicy widzą w walce jedyną możliwość obrony swojego bytu. Ten sam postępujący proces widzimy również na kolei, a także w sektorze wydobywczym i energetycznym.

W przypadku tych ostatnich walka klas dotyka również stosunku do transformacji energetycznej oraz gniewu nie tylko na państwo polskie z jego aktualną polityką, ale także całą Unię Europejską z proponowanym przez nią Zielonym Ładem. Co szczególnie istotne, tę kwestię podnosi nie tylko Solidarność, która tradycyjnie wykorzystuje niechęć robotników do Unii Europejskiej do cynicznej budowy poparcia dla PiS-u, ale robi to również OPZZ, częściej opierające się na reformistach.

Istotne wzmożenie walki klas obserwujemy również w prywatnych przedsiębiorstwach. Zwolnienia grupowe i zwiększenie wyzysku stały się w Polsce nową codziennością. Widzimy teraz jak w kolejnych zakładach pracy napotykają one na opór związków zawodowych, popychanych do działania przez swoje doły. W połowie roku doszło do najdłuższego strajku od czasu restauracji kapitalizmu w Polsce, który dodatkowo przyniósł strajkującym zwycięstwo. Walka robotników fabryki kominów koncernu Jeremias skupiła na sobie uwagę całego polskiego ruchu robotniczego.

Mobilizacja dla wsparcia walki w Gnieźnie była znacząca, a co najważniejsze przykład i lekcje z niej wyciągnięte będą promieniowały dalej. Jest to właśnie przykład prób eksportu kryzysu i bezrobocia ze strony niemieckiego chorowitego kapitalizmu. Na początku jesieni widzieliśmy kolejne mobilizacje robotników przemysłowych. Warto zauważyć, że dochodzi do nich w fabrykach należących do zagranicznego kapitału (podobnie było w przypadku niemieckiego Jeremiasa), szukającego oszczędności na swoich peryferiach.

Oprócz nominalnego zwiększenia liczby strajków i rozszerzenia na inne branże istotna jest też długość ich trwania i słabnąca kontrola biurokracji związkowej. Robotnicy w Polsce strajkują częściej, nie godzą się na szybkie ustępstwa, potrafią przeciwstawić się własnej biurokracji. Strajki są też dużo bardziej widoczne w mediach i przestrzeni publicznej, rośnie też poparcie dla strajkujących wśród reszty klasy pracującej. Według sondażu InterviewMe z 2022 roku, 78% Polaków popiera strajki jako formę protestu, a 61% wierzy w ich skuteczność. Pomimo faktu, że walka klas trzy lata temu nie była tak intensywna, a temat nie jest chętnie badany, nawet tutaj widzimy przychylne strajkom nastroje wśród klasy robotniczej.

Sytuacja polityczna 

Ten sam zniekształcony proces rozwoju świadomości klasowej, który widzimy na całym świecie, obecny jest również w Polsce. Pierwszy wyraz tym tendencjom dało zwycięstwo PiS‑u w 2015 roku. Ta partia, wywodząca się w prostej linii z antykomunistycznego środowiska AWS i będąca tak samo, jak PO częścią establishmentu III RP, potrafiła zidentyfikować gniewne nastroje mas wobec wolnorynkowych posunięć rządu PO i wprowadzić szereg rozwiązań, które zapewniły jej poparcie znacznej części klasy pracującej. To poparcie umocniło sięgnięcie po keynesowskie rozwiązania – programy socjalne, podwyżki pensji, państwowe inwestycje itp. Środki te miały podwójny cel – złagodzić rosnący gniew wobec porażek transformacji i liberalizmu (szczególnie w następstwie kryzysu 2008 r.), a także stanowiły próbę pobudzenia konsumpcji krajowej jako antidotum na spadającą stopę zysku, głównie wśród rodzimych kapitalistów.

Po dwóch kadencjach PiS-u zdecydowanie panowało zniechęcenie jego korupcją i nieudolnością, jednak nic nie wskazuje, aby wybory z 2025 roku były ostatecznym końcem złudzeń robotników wobec partii Jarosława Kaczyńskiego. Wynik wyborów z 2023 był efektem częściowej demobilizacji wyborców PiS-u i częściowej mobilizacji młodzieży wokół liberalnej koalicji, szczególnie wokół obietnic dotyczących dostępu do aborcji czy związków partnerskich.

Ostatni rok dobił resztki złudzeń młodzieży względem rządu Donalda Tuska. Powszechnie odczuwane jest rozczarowanie i zmęczenie obecnym rządem. Proces, który zajął PiS-owi osiem lat, liberałowie przeszli w zaledwie dwa. Resztki mobilizacyjnego potencjału, który wyniósł rządzącą koalicję do władzy w październiku 2023 roku, zostały świadomie wypalone. Po postulatach legalizacji aborcji i zmian prawnych na rzecz osób LGBT nie został żaden ślad. Choć rządowi udaje się, jak dotąd, izolować i ograniczać niezadowolenie wokół tych tematów, to możliwe jest, że wobec niespodziewanych wydarzeń powrócą one na ulice. Patrząc na postępującą falę rewolucji w Azji, Afryce czy Ameryce Południowej, a także przykłady ofensywy robotników włoskich i francuskich, takich przypadków wyrażających historyczną konieczność nie brakuje.

Ostatnim gwoździem do trumny liberalnego bloku były niedawne wybory prezydenckie. Choć różnica pomiędzy Trzaskowskim i Nawrockim była niewielka, to przebieg całej kampanii i rozkład demografii wyborczej zwiastują z dużym prawdopodobieństwem zwycięstwo PiS-u za dwa lata. Wszystkie próby uderzania w Nawrockiego rozbiły się o gniew na rządowe ataki na poziom życia robotników. Zaangażowanie całego aparatu państwa (na czele z publiczną telewizją) pozostającego do dyspozycji liberałów, wszystkich sprzyjających mediów, wykorzystanie każdego sloganu i hasła – okazało się niewystarczające do zwycięstwa.

Partie tworzące obecną koalicję rządową, choć regularnie znajdują się w stanie nowych napięć i przesileń, to na ten moment złączone są najsilniejszym możliwym spoiwem – świadomością, że jedynym gwarantem dostępu do stołków dla ich biurokracji jest grzeczne trzymanie się spodni Donalda Tuska. Realna fragmentacja możliwa jest w okresie bezpośrednio przed wyborami, jeżeli porażka koalicji będzie tak pewna i jednoznaczna, że jej poszczególne elementy zaczną desperacko poszukiwać nowych sposobów na przetrwanie. 

Rząd Tuska przy każdej okazji udowadnia swój reakcyjny charakter. Kwestia okopania i zaminowania granicy z Białorusią jest przez liberałów uznawana za sprawę honoru, uchodźcy próbujący się przez nią przedostać nie są uznawani za nic innego jak broń biologiczną Łukaszenki i Putina, a każdy incydent na granicy jest wykorzystywany jako pretekst do rozkręcenia nowej histerii i festiwalu bronienia honoru polskiego munduru.

Podobną rolę odgrywają wszelkie pochodne wojny na Ukrainie, informacje o kolejnych zatrzymanych szpiegach, rzekome knowania Kremla, czego zwieńczeniem był niedawny incydent z dronami – albo raczej z polskimi rakietami, które największe niebezpieczeństwo stanowią dla polskich domów, a nie rosyjskich dywersantów. Od rakiety w Przewodowie i wysadzenia Nord Stream, przez drony nad Belwederem aż do zniszczenia domu w Wyrykach – wszystkie te próby mobilizacji patriotycznego, antyrosyjskiego elektoratu obracają się przeciwko rządowi. 

Ten sam mechanizm widzimy w przypadku antyimigranckiej nagonki na zachodniej granicy. Donald Tusk niestrudzenie buduje Festung Polska, której chce być komendantem. Tutaj liberałowie widzą główne źródło czerpania swojej siły politycznej na tę chwilę. Za rogiem czekają już jednak polscy kapitaliści, którym nie brakuje rasizmu i ksenofobii, ale brakuje taniego surowca do wyzysku w postaci migrantów. PiS poślizgnął się na aferze paszportowej dokładnie w tej kwestii, a obecny rząd Tuska znajduje się w tej samej ślepej uliczce. 

Bardzo szybko objawiły się sprzeczności tej burżuazyjnej broni, jaką są nastroje antyimigranckie. To nie nikt inny, jak kandydat liberałów na prezydenta kraju – Rafał Trzaskowski – rozpoczął licytację na uderzenia w uprawnienia socjalne ukraińskich imigrantów. Natomiast kiedy zwycięzca Nawrocki podbił stawkę wrzucając kamyczek do ogródka rządu, wówczas liberałowie wpadli w kompletną konsternację. Z jednej strony burżuazja potrzebuje uchodźców jako rezerwuaru taniej siły roboczej, z drugiej podsycanie narodowościowych napięć jest jej główną bronią utrudniającą całej klasie pracującej rozwój świadomości klasowej. Te sprzeczności będą wyłącznie ograniczały skuteczność tej taktyki w dalszej perspektywie. 

Nawrocki w swojej kampanii dał pewien przedsmak zmiany kursu przez PiS – podpisał się pod postulatami Mentzena i ograniczył eksponowanie postulatów socjalnych do minimum. Jednak jego największą w oczach robotników (i często zapewne jedyną) zaletą było to, że nie był Trzaskowskim. Identyfikowany był automatycznie z socjalnymi zdobyczami rządów Szydło i Morawieckiego. PiS znajduje się dziś na drodze do zwycięstwa w 2027, nie dzięki swojej aktywnej postawie w opozycji, lecz wykorzystując kredyt zaufania zaciągnięty wcześniej u klasy robotniczej. Ten kredyt nie zostanie jednak spłacony, a wierzyciele upomną się o swoje. Nie ma dziś bowiem żadnych środków nie tylko na reformy, ale nawet na utrzymanie keynesowskich rozwiązań PiS-u. 

PiS nieuchronnie stanie się wykonawcą tej polityki w razie powrotu do władzy. Jest to nieubłagany wymóg kapitalizmu. Dlatego obecna ekipa rządząca z pewnością będzie musiała się głęboko zastanowić, czy będzie chciała utrzymać się u władzy tylko po to, by stanąć twarzą w twarz z gniewem polskiej klasy pracującej. Z tego też względu kluczowa jest rola prawicowych demagogów.

Konfederacja osiągnęła pozycję głównego punktu odniesienia w planach największych burżuazyjnych partii. Zarówno PiS, jak i PO całkiem otwarcie dążą do przejęcia jej poparcia, poprzez adaptowanie jej postulatów czy budowanie podstaw pod przyszłą koalicję.

Sama Konfederacja stara się wykorzystać tę sytuację, co najlepiej unaoczniły pielgrzymki do Mentzena odbyte przed II turą wyborów prezydenckich przez Nawrockiego i Trzaskowskiego. Jednocześnie dążąc do realnego współudziału w rządach (i wszystkich idących za tym przywilejów), co samo w sobie jest z pewnością ambicją znacznej części działaczy Konfederacji, formacja ta podkłada dynamit pod swoje fundamenty.

Sukces Mentzena i jego partii wypływa z osiągnięcia statusu głównej siły antyestablishmentowej. To właśnie przyciąga do siebie zastępy młodych ludzi, czujących nic innego, jak tylko gniew na status quo. Wejście w taki czy inny mariaż z którąkolwiek z głównych sił politycznych i rzeczywista weryfikacja programu Konfederacji będzie początkiem jej końca i możliwego rozpadu.

Jednocześnie partii Mentzena rośnie konkurencja w kategorii prawicowych populistów. Choć ostatnie wybory pokazały, że Grzegorz Braun trafia do innych warstw niż Konfederacja – za jego wynikiem stoi przejęcie części rozczarowanych wyborców PiS z małych miejscowości, a nie młodzież – to nie da się wykluczyć jego przyszłego wzrostu na bazie kompromitacji Konfederacji.

Razem i reformizm w Polsce 

Faktem jest odrodzenie nadziei (często bardzo ostrożnych) wobec Razem wśród postępowej młodzieży. Mimo całej serii kompromitacji Razem potrafiło skonsumować wycofanie poparcia dla rządu i zajęcie pozycji w kontrze do jego polityki. Choć Razem wciąż nie jest w stanie zawalczyć o masowe poparcie klasy pracującej, to obecnie stało się punktem odniesienia dla najbardziej postępowych warstw młodzieży.

Widzimy również pewne przebłyski zbliżenia Razem do związków zawodowych, szczególnie w tych konfliktach, w których związkom nie udało się zyskać poparcia Nowej Lewicy lub PiS-u (w przypadku Solidarności). Wszystko to pomimo, a nie dzięki marszowi tej formacji na prawo, w stronę pustych haseł o technologii, inwestycjach i wspieraniu zbrojeń czy powielania żenującej patriotycznej retoryki. Pustka po lewej stronie sceny politycznej jest tak wszechogarniająca i ciemna, że nawet tak wyblakły reformizm, jak ten Razem wydaje się na jej tle błyszczeć. Dla zaczynających angażować się w politykę młodych ludzi Razem stanowi jedyną widoczną lewicową alternatywę. 

Perspektywa na rozrost Razem do partii masowej jest mało prawdopodobna, lecz pomimo wielu ograniczeń tej partii, nie może zostać wykluczona – właśnie ze względu na ogromną polityczną próżnię i brak jakiejkolwiek innej lewicowej alternatywy. Bitwa pomiędzy reformizmem i rewolucyjnym komunizmem w Polsce rozegra się o tysiące młodych osób, które dziś szukają wyjścia z kryzysu kapitalizmu. Jego stawką będzie to, czy ci ludzie staną się rewolucjonistami, którzy będą w stanie zawalczyć o poparcie klasy robotniczej dla socjalistycznego programu, czy staną się wypalonymi trybikami ruchu naprawiania kapitalizmu. 

Nie doszło do fragmentacji Razem między elementami składowymi. Obecnie za to na pewno istnieje i będzie się pogłębiać sprzeczność między nowymi członkami, którzy dołączyli z nadzieją na budowę rzeczywistej lewicowej alternatywy dla systemu, a skostniałą biurokracją partii, chcącą nowych członków wykorzystać wyłącznie jako paliwo w nowych cyklach wyborczych. Mimo wszystko, o ile nie dojdzie do niedających się przewidzieć gwałtownych testów dla formacji, obecne złudzenia co do Razem nie rozwieją się przynajmniej do następnego roku wyborczego – 2027.

Którędy naprzód?

Ruch, którego powinniście być częścią, znajduje się u progu wydarzeń, które przetestują ją jako rewolucyjną siłę. Jeżeli zrealizujemy nasze zadanie – wówczas epoka, w którą wkraczamy, wydająca się teraz epoką chaosu, zostanie zapamiętana jako epoka zwycięstwa Światowej Rewolucji Socjalistycznej. Oto poczucie historii, jakim cechować powinien się każdy rewolucjonista.

Patrząc na powyższe perspektywy, musimy jednak zachować poczucie proporcji. Nie jesteśmy w stanie wykorzystać dziś w pełni tego narastającego potencjału. Starając się dziś pozyskać robotników, studentów i reformistów jednocześnie, nie zagospodarujemy żadnej z tych grup w pełni.

Żeby stać się istotną częścią walki klasowej, potrzebujemy organizacji kadrowej, organizacji profesjonalnych rewolucjonistów, organizacji, która świadomie buduje partię robotniczą. Wciąż potrzebujemy kolejnych szeregów ludzi, którzy będą mogli stać się decydującą siłą w tym czy innym ruchu.

Z kierunku, w którym zmierza świat i Polska – z tego dokumentu! – musimy stworzyć retoryczne narzędzie, którym będziemy rozbijać apatię i poczucie niemocy. Musimy zrozumieć, w jak rewolucyjnych czasach żyjemy, pojąć pilność naszego zadania – a potem cierpliwie budować i tłumaczyć potrzebę partii awangardowej wszędzie tam, gdzie się pojawiamy.

Wielu z tych, do których wyjdziemy, będzie nam mówić, że jesteśmy zbyt mali, by cokolwiek znaczyć. Tak! Tak, jesteśmy zbyt mali – dlatego najlepszym, co możesz zrobić, to pomóc nam przełamać ten impas.

Otwiera się przed nami okres pełen okazji do zrealizowania naszego programu rewolucyjnego przekształcenia społeczeństwa. Zróbmy wszystko, by wykorzystać je w pełni, edukując się, działając i wzmacniając organizację o niezbędnym potencjale, tak by była gotowa na nadchodzące bitwy.

Kapitalizm przygotował sobie sznur. Naszym zadaniem jest sprawić, by chwyciły go silne ręce partii bolszewickiej, zdolne wykorzystać okazję, by skończyć raz na zawsze z systemem klasowego barbarzyństwa.

Stań u boku jedynej siły, która wie, gdzie jest, dokąd zmierza i jak tam dojść!