
Od redakcji:
Nowoczesna Teoria Monetarna wdarła się na lewicę z obietnicą rozwiązania problemów kapitalizmu za pomocą monetarnych sztuczek. Adam Booth wyjaśnia w poniższym artykule z 2019 roku, że potrzebujemy jednak jasnej, naukowej analizy kapitalizmu, której dostarcza marksizm. Żadne sztuczki księgowe nie zmienią fundamentalnej przeciwności między kapitałem a pracą.
W Polsce przykłady takich tendencji można dostrzec w przyjętym w listopadzie 2025 r. programie Partii Razem. Zwróćmy uwagę na następujący zapis:
Zniesiemy zapisany w Konstytucji uznaniowy limit 60% długu publicznego w relacji do PKB, który ogranicza możliwości rozwojowe państwa”.
Reformiści wyraźnie zdają się liczyć na – by użyć popularnego niegdyś sformułowania – zniesienie ubóstwa ustawą. Te jednak pochłaniają już większą część wydatków budżetowych w wielu krajach, jak np. Francja, gdzie z powodu cięć – a raczej trudności w ich uchwaleniu – ostatni premier był piątym w ciągu 2 lat. Zadłużenie rzecz jasna stanowi jeszcze większy problem dla krajów, które są odbiorcami, aniżeli eksporterami kapitału finansowego, takie jak Polska. Zwolennicy MMT z kolei twierdzą, że sam fakt, iż nie jesteśmy częścią strefy euro, ma uratować nas przed peryferyjną pozycją w międzynarodowym układzie sił, w imperialistycznej fazie kapitalizmu. Jak jednak wykażemy, emisja własnej waluty nie stanowi niezniszczalnej tarczy przed zależnością gospodarczą – nasza gospodarka jest bowiem w znacznym stopniu oparta na eksporcie towarów i imporcie kapitału finansowego. Polska nie jest samotną, zieloną wyspą, unoszącą się ponad globalnym systemem kapitalistycznym. Cała historia kapitalizmu zna szereg przykładów, które dowiodły, że od obiektywnej, światowej sytuacji gospodarczej nie da się uciec.
W momencie konfrontacji reformiści zawsze stają po stronie milionerów, a nie milionów. Rząd Harolda Wilsona w Wielkiej Brytanii (1964-1970, 1974-1976) zmuszony był wprowadzać drastyczne cięcia budżetowe pod presją kryzysu walutowego1. W 1967 roku Wilson przeprowadził dewaluację funta o 14,3% z 2,80 do 2,40 dolara, co bezpośrednio uderzyło w życiowy standard brytyjskiej klasy robotniczej. Równocześnie wprowadził pakiet cięć wydatków publicznych o 1,2 miliarda funtów (19,1 miliarda w 2025).
„Socjalistyczny” rząd Bettino Craxi we Włoszech (1983-1987) ograniczył w 1984 roku ruchomą skalę płac, chroniącą robotników przed inflacją poprzez automatyczne dostosowywanie wynagrodzeń do wzrostu cen. Podwyższył jednocześnie VAT – z natury regresywny podatek, bowiem podatki pośrednie najbardziej uderzają w osoby nieposiadające żadnych oszczędności.
Najbardziej wymownym przykładem kapitulacji pozostaje Grecja. Po zwycięstwie w wyborach w styczniu 2015 roku, 5 lipca rząd SYRIZY przeprowadził referendum, w którym 61,3% Greków opowiedziało się przeciwko warunkom wierzycieli z trojki (MFW, EBC, Komisja Europejska). Tydzień później ten sam rząd skapitulował i zaakceptował jeszcze surowsze warunki – trzeci pakiet pomocowy na 86 mld. € w zamian za cięcia emerytur, podwyżki podatków i prywatyzację majątku publicznego o wartości 50 mld. €.
Nastąpiło to po tym, jak inny reformistyczny rząd partii PASOK udzielił pakietu ratunkowego greckim bankom w maju 2010 roku, w porozumieniu z MFW. W efekcie tych cięć w latach 2010–2014 gospodarka Grecji skurczyła się o ¼, zadłużenie w stosunku do PKB wzrosło ze 146% do 179%, a płace w sektorze prywatnym spadły o połowę w okresie 2008–2012. Tak głęboki kryzys gospodarczy w połączeniu z brutalną polityką cięć doprowadził do kryzysu humanitarnego w Grecji. W ciągu zaledwie czterech lat wydatki publiczne na opiekę zdrowotną zmniejszyły się o ponad połowę. W tym samym okresie liczba poronień wzrosła trzykrotnie. W latach 2010-2012, kiedy rząd tymczasowo wstrzymał dystrybucję strzykawek, liczba zachorowań na HIV/AIDS podwoiła się. Liczba samobójstw wzrosła o ponad jedną trzecią: oto ludzki koszt 58,21-procentowej stopy bezrobocia wśród młodzieży w 2013 r. – ponad połowy wszystkich młodych dorosłych.
Kryzys nie ograniczał się jednak do młodzieży. W 2012 r. grecki emeryt zastrzelił się bezpośrednio przed budynkiem parlamentu na placu Syntagma w Atenach, pozostawiając notatkę, w której napisał, że rząd „zniszczył we mnie wszelką nadzieję na przetrwanie i doczekanie się sprawiedliwości”.
SYRIZA została wybrana na bazie programu walki z kryzysem humanitarnym, podczas gdy trojka oczekiwała kontynuowania programu cięć za wszelką cenę. Doświadczenie Grecji pokazało jednoznacznie ograniczenia reformizmu. W warunkach podporządkowania międzynarodowemu kapitałowi i instytucjom finansowym nawet demokratyczny mandat społeczny nie wystarczył, by przełamać elementarną logikę kapitalizmu. Ostatecznie socjaldemokraci skapitulowali wobec interesów wierzycieli, przeprowadzając najostrzejsze cięcia od drugiej wojny światowej w Grecji.
Reformiści mogą wprowadzać reformy tylko w warunkach znacznego wzrostu ekonomicznego, pod warunkiem że istnieje realna presja ze strony klasy robotniczej. Jednak akademickie fanaberie MMT kompletnie ignorują realne uwarunkowania ekonomiczne, traktując swoje teorie tak, jakby istniały w próżni. Jednak bez uznania prawa głoszącego, że interesy klasy robotniczej i klasy kapitalistycznej są przeciwstawne, realizujemy interesy kapitalistów przeciwko robotnikom.
Taki jest praktyczny wymiar reformistycznego odrzucenia konieczności bezwzględnego przeciwstawienia się klasie wyzyskiwaczy. Gdy odrzucamy prawdziwą alternatywę, akceptujemy brutalną rzeczywistość tego systemu i jego narzędzia. W końcowym rozrachunku, pod wpływem prawdziwych władców systemu: kapitalistów i bankierów, kapitulujemy, stając po ich stronie.
Forma pieniężna i proces wymiany
Aby zrozumieć, dlaczego MMT stanowi burżuazyjną iluzję, należy wrócić do marksistowskiej analizy pieniądza i wartości. Ekonomia marksistowska wyróżnia dwie podstawowe formy wartości – wartość użytkową i wymienną. Wartość użytkowa to, jak nazwa wskazuje, użyteczność społeczna danego przedmiotu, pozwalająca mu stać się towarem, tj. podlegać transakcjom kupna i sprzedaży, czyli wejść w cyrkulację, która nadaje mu wartość wymienną. Siła robocza pracownika także stanowi towar, który sprzedaje kapitaliście. Płace robocze stanowią w tym procesie kapitał zmienny. W wyniku pracy wykonanej na kapitale stałym (maszyny, narzędzia, surowce) przez pracowników wytwarzana jest wartość dodatkowa. Nadwyżka wartości dodatkowej do całego kapitału to zysk. Stopa zysku zaś jest zawsze mniejsza od stopy wartości dodatkowej, ponieważ płace robocze, jako składowa kapitału, nie mogą być wyższe od niego samego, tj. kapitalista musi płacić pracownikom mniej, niż wytwarzana przez nich wartość, by po odliczeniu kosztów amortyzacji wyjść na plus. Rodzi to fundamentalny, przewlekły kryzys kapitalizmu, zwany kryzysem nadprodukcji – suma płac wszystkich pracowników nie pozwala im na wykupienie wszystkich towarów obecnych na rynku.
W rozdziale II tomu I Kapitału Marks wyjaśnia, iż pieniądz nie jest arbitralnym symbolem, który jego emitent może dowolnie tworzyć, lecz konieczną formą wartości wynikającą z procesu wymiany towarowej. Pieniądz jest zarówno tym uniwersalnym towarem, który stanowi miarę wartości pozostałych – jak postulują przede wszystkim ekonomiści klasyczni – ale jest też zarazem systemem przychodów i rozchodów (jak twierdzi m.in. David Graeber2).
Te formy pieniądza wiążą się dosyć ściśle ze szczególnymi formami kapitału – kapitałem lichwiarskim i handlowym, tj. tzw. formami pochodnymi (względem procesu produkcji). Marks wyjaśnia jednak, iż sam proces cyrkulacji (wymiany) i formy pochodne nie mają charakteru wartościotwórczego. Wartość dodatkowa powstaje dopiero w momencie wydatkowania społecznie niezbędnego czasu pracy3. Wartość wymienna, wyrażana w cenach, nie wypływa bowiem z porównywalnych wartości użytkowych – samochód z silnikiem diesla jest tak samo użyteczny jako samochód z silnikiem benzynowym jako środek przemieszczania się – jednak jeden jest droższy od drugiego właśnie ze względu na większą ilość pracy przeciętnie potrzebnej do jego wyprodukowania. Równocześnie, jak wyjaśnia Marks, towary muszą „dowieść tego, że są wartościami użytkowymi, zanim będą się mogły zrealizować jako wartości. Albowiem wydatkowana na nie praca ludzka liczy się tylko wówczas, gdy została wydatkowana w postaci użytecznej dla innych”.4
„Prawa natury towaru działają poprzez naturalny instynkt posiadaczy towarów. Mogą oni zestawiać swoje towary jako wartości, a więc jako towary tylko dzięki temu, że przeciwstawiają je jakiemuś innemu towarowi jako ogólnemu ekwiwalentowi. […] Ale tylko czyn społeczny może uczynić określony towar ogólnym ekwiwalentem. Społeczne działanie wszystkich innych towarów wydziela więc określony towar, za pomocą którego wyrażają one wszechstronnie swoją wartość. Przez to naturalna forma owego towaru staje się społecznie uznaną formą ekwiwalentną. Rola ogólnego ekwiwalentu staje się mocą procesu społecznego specyficznie społeczną funkcją wydzielonego towaru. Tak więc staje się on pieniądzem.
[…] Kryształ pieniężny stanowi konieczny produkt procesu wymiany, w którym faktycznie przyrównujemy do siebie rozmaite produkty pracy i przez to faktycznie zamieniamy je w towary. Historyczne rozpowszechnienie i pogłębienie wymiany rozwija drzemiące w naturze towaru przeciwieństwo między wartością użytkową a wartością. Potrzeba zewnętrznego wyrażenia tego przeciwieństwa dla celów obrotu pcha do wytworzenia samodzielnej formy wartości towaru i dążenie to nie ustaje dopóty, dopóki cel nie zostanie ostatecznie osiągnięty przez rozdwojenie towaru na towar i pieniądz. Toteż, w miarę jak produkty pracy przeistaczają się w towary, towar przeistacza się w pieniądz.5
Forma pieniądza jest drugorzędna wobec jego funkcji. O funkcji danego towaru jako pieniądza – metali szlachetnych, rekordów cyfrowych czy banknotów – przesądza nie ich forma, a stosunki społeczne w nich zawarte. Pieniądz to nie banknoty i monety w obiegu, a wyraz tych stosunków. W ostatecznym rozrachunku indywidualny majątek pozostaje więc tytułem do ogółu bogactwa wytworzonego dzięki nakładowi pracy w społeczeństwie. Wymiana nie jest zaś prostym aktem technicznym, a społecznym stosunkiem, w którym abstrakcyjna praca ludzka, zakrzepła w towarach znajduje wyraz w formie pieniężnej.
MMT z kolei traktuje pieniądz jako czysto nominalne narzędzie państwa. Według jej zwolenników państwo może emitować pieniądz bez ograniczeń, póki istnieją niewykorzystane zasoby (na które można ten pieniądz wydać). W określonych warunkach może to zadziałać, nie usunąwszy jednak podstawowych sprzeczności kapitalizmu. Dlatego właśnie różnorakie „pakiety stymulacyjne” w gospodarkach rozwiniętych przed pandemią COVID-19, aż do ujemnych stóp procentowych i eksperymentów z dochodem bezwarunkowym, nie wywoływały skokowego wzrost inflacji. Co miało miejsce to fakt, że były one w znacznej mierze porażką, zwiększając znacznie zadłużenie i koncentrację kapitału, a nie przełamując stagnacji. Pogrążoną w kryzysie eurostrefę miały one z niego wyciągnąć przez zwiększenie eksportu – eksportu do kogo? Kiedy rządy wszędzie przeprowadzają cięcia, a płace realne spadają, kto kupi te wszystkie towary? Za kryzys odpowiada nie system monetarny sam w sobie, a system kapitalistyczny, z jego sprzecznościami i ograniczeniami własności prywatnej i państw narodowych.
Działo się tak z dwóch względów. Po pierwsze ze względu na głęboki kryzys nadprodukcji – ogrom nadwyżki towarowej, która nie znajdowała nabywców, a po drugie fakt, że sam kredyt nie wywołuje kryzysów, a odracza je. Naczelnym kryzysem w kapitalizmie jest zaś kryzys nadprodukcji – jeśli dług trzeba kiedyś spłacić, tak też ochrona zysków poprzez łatanie ataków na płace i poziom życia klasy robotniczej musiały w końcu doprowadzić do kryzysu lat 2007–2008. Jednakże co się nie odwlecze, to się nie uciecze – w obliczu zakłóceń łańcuchów dostaw najpierw w związku z pandemią, a następnie w związku z wojną na Ukrainie czy wygaszeniem elektrowni jądrowych w Niemczech, inflacja zdawała się nieunikniona. Do tego należy również rzecz jasna doliczyć koszty związane ze wzrostem nakładów na zbrojenia. Mechanizmy pokroju luzowania ilościowego prowadzą głównie do niestabilności gospodarczej i ekspansji baniek spekulacyjnych, w miarę prób przezwyciężenia kryzysu nadprodukcji tworzeniem kapitału fikcyjnego.
Niemniej, ceteris paribus, jeśli ilość towarów pozostaje stała, a podaż pieniądza się podwoi, to także ceny tych towarów ulegną podwojeniu. Pogląd, jakoby sama emisja pieniądza miała tworzyć wartość to coś, z czym Marks polemizuje w podrozdziale II rozdziału IV I księgi Kapitału i co wiąże się z przytoczonym twierdzeniem, że formy pochodne nie wytwarzają wartości dodatkowej. Formuła P–T–P’, gdzie P – pieniądz, a T – towar, czyli cyrkulacja, która za punkt wyjścia bierze pieniądz, jest czymś innym niż produkcja, gdzie w pierwszej kolejności musi zostać wytworzona określona wartość użytkowa. Handlarze mogą bowiem albo sami być producentami, albo reprezentować innych producentów. System, w którym mogłaby istnieć klasa ludzi sprzedających towary powyżej wartości, zbierająca swoisty haracz nie ma racji bytu w kapitalizmie. Gospodarka oparta na emisji pieniądza bez pokrycia w produkcji może się utrzymać jedynie co najwyżej na podstawie rosnącego zadłużenia lub haraczu z Trzeciego Świata poprzez wyzysk i eksport kapitału finansowego – a więc dominację kapitału lichwiarskiego, który podług Marksa upraszcza ów wzór do P–P’, ponownie umieszczając pieniądz w roli odmiennej od jego pierwotnej funkcji, czyli uniwersalnego środka wymiany, którego wartość określa ogół towarów podlegających tej wymianie. Próba kreowania wartości przez emisję pieniądza papierowego lub cyfrowego bez pokrycia w rzeczywistej produkcji prowadzi nieuchronnie do deprecjacji waluty.
Chociaż nie ma wyraźnego ograniczenia co do ilości pieniądza, który może zostać wprowadzony do obiegu, to jednak jasne jest, że ilość ta nie jest arbitralna. Jak już wcześniej wyjaśniliśmy, pieniądz jest przede wszystkim uniwersalną miarą wartości. Jego ilość w obiegu musi zatem być ostatecznie powiązana z całkowitą wartością towarów w obiegu – równoważną sumie cen – oraz z szybkością, z jaką pieniądz ten przechodzi z rąk do rąk.
Państwo dobrobytu dla kapitału
Zrozumienie roli pieniądza w kapitalizmie jest też niemożliwe bez zrozumienia roli, jaką odgrywają w nim banki. Historycznie rzecz ujmując, bankowość ma dla kapitalistów dwojaki charakter: jako narzędzie pokrycia kosztów operacyjnych, np. czekając na zbyt towarów; oraz jako źródło ekspansji sił wytwórczych, gdy brak do tego materialnej podstawy (zarówno w środkach trwałych, jak i do pokrycia płac roboczych). Banki zbierają więc nieproduktywne oszczędności, majątek prywatny i puszczają je w obieg w postaci inwestycji na kredyt.
Jednakże wraz z wynalezieniem bankowości rezerwowej banki przestały być zwykłymi kredytodawcami – stały się twórcami kredytu, a co za tym idzie, także twórcami pieniędzy. Tylko niewielka część depozytów jest zabezpieczona płynnymi aktywami, reszta to po prostu kredyty udzielane przez bank (z odsetkami) w celu zapewnienia bankowi większych zysków, co zwiększa podaż pieniądza.
W tym sensie kredyt odgrywa kolejną kluczową rolę w kapitalizmie: sztucznie rozszerza rynek, czyli siłę nabywczą w gospodarce. Istotą kapitalizmu jest wytwarzanie towarów dla zysku. Jeśli kapitaliści nie mogą osiągnąć zysku, nie będą produkować; pracownicy tracą pracę, inwestycje wysychają, obieg staje. Gospodarka zwalnia, a system kredytowy załamuje się – innymi słowy: kapitalizm wchodzi w kryzys.
W gruncie rzeczy to właśnie ograniczona konsumpcja, czyli wspomniany kryzys nadprodukcji przygotowuje grunt pod kryzysy. Kapitalizm nie jest w stanie przezwyciężyć jej inaczej, niż poprzez ekspansję kredytu, czego najnowszą formą są płatności odroczone (ang. BNPL – buy now, pay later). Rynku nie ogranicza tylko ilość pieniędzy, jakimi dysponuje społeczeństwo (i jego ogromne zadłużenie), ale też ogromne niewykorzystane siły wytwórcze, które nagromadziły się w gospodarce.
MMT próbuje przezwyciężyć coś, co wynika właśnie z wysycenia systemu kredytowego, z kryzysu nadprodukcji. To jak leczyć dżumę cholerą. Problemem nie jest brak dostatecznej podaży pieniądza (którego zwiększenie miałoby uruchomić nieinwestowane środki), a to, że siły wytwórcze przerosły ograniczone ramy produkcji dla zysku. Rozwiązania monetarne nie mogą rozwiązywać czegoś, co wynika z samego systemu produkcji.
Fundamentalny problem leży bowiem w samej naturze pracy najemnej i tym, że garstka pasożytniczych cwaniaczków trzyma łapy na tym, co zostało wytworzone przez społeczeństwo. Koronnym argumentem zwolenników MMT jest możliwość przezwyciężania recesji poprzez luzowanie ilościowe (QE, ang. Quantitative Easing).
Niskie stopy procentowe i luzowanie ilościowe to jednak tylko szykowanie gruntu pod kolejny kryzys, przede wszystkim poprzez ekspansję taniego kredytu. Dlaczego? Bo nic tak nie pompuje baniek spekulacyjnych, jak możliwość zaciągania długów, by grać na giełdzie (lub innych instrumentach pochodnych). W momencie zaś gdy bańka spekulacyjna pęknie, pociąga to za sobą z jednej strony problemy z wypłacalnością banków, a co za tym idzie problemy z kredytowaniem wszystkich kapitalistów i efekt domina w postaci bankructw. Co mogą wtedy zrobić banki centralne? W systemie kapitalistycznym następuje emisja pieniądza właśnie w celu ratowania banków.
Luzowanie ilościowe to forma odwróconej redystrybucji bogactwa, ponieważ obniża rentowność obligacji. Jeśli spadnie ona dostatecznie nisko, tj. gdy rating kredytowy kraju zostanie zdegradowany do śmieciowego poziomu, rząd traci kluczowe źródło finansowania deficytu. Wtedy jedyne opcje to dewaluacja, cięcie wydatków i podwyżka podatków, oczywiście najbardziej dotkliwe dla klasy robotniczej; tym bardziej że QE zwykle stosuje się w momencie, gdy stopy procentowe już są praktycznie zerowe, więc innych ścieżek poprawy rentowności obligacji zasadniczo brak.
QE ma też rzekomo pobudzać konsumpcję ze strony gospodarstw posiadających aktywa poprzez pobudzenie na giełdzie. Rzecz w tym, że jak zaznaczyliśmy, klasa robotnicza już na ogół wydaje większość swoich dochodów na konsumpcję, nie mając żadnych oszczędności. Słyszymy nieraz, że miliarderzy mają więcej, niż mogliby skonsumować w ciągu całego życia. W tym właśnie rzecz. Chciwość burżuja nie wynika z jego indywidualnego charakteru czy własnych fanaberii, a samej specyfiki kapitalizmu. Jego istotą produkcja na zysk. Jeśli nie ma zysku lub ryzyko jest zbyt wysokie, kapitalista nie inwestuje.
Po kryzysie z 2008 r. spowodowanym bańką na rynku nieruchomości dzięki luzowaniu ilościowemu napompowano kolejną. Czy poprawiło to dostępność mieszkań, czy też może zaostrzyło koncentrację nieruchomości w rękach pasożytniczych funduszy inwestycyjnych? Czy wzrosły nakłady na inwestycje w sektorach produkcyjnych, czy też może umocnił się kapitał fikcyjny, od zbrojeń po AI, kryptowaluty i NFT?
Widzimy, jak rzekomo „lewicowa” teoria MMT powiela de facto liberalne mity – czy to „podejmowanie ryzyka” przez kapitalistę, mające usprawiedliwić wyzysk, neutralność klasową państwa, czy różne formy mitu mobilności społecznej, na czele z giełdą jako narzędziem redystrybucji (a nie koncentracji) bogactwa.
Inflacja jako podatek od klasy robotniczej
Inflacja ogólnogospodarcza może wynikać albo z dewaluacji pieniądza, albo wzrostu cen towarów kształtujących cenę wszystkich pozostałych (jak ropa naftowa czy energia elektryczna). Zanim przejdziemy dalej, wróćmy do luzowania ilościowego. Wydawać by się mogło, że pandemia COVID-19 i towarzyszący jej dodruk pieniądza bezpośrednio poskutkowały skokiem inflacji w latach 2021-2023. Sprawa ma się trochę inaczej. Stwierdziliśmy wcześniej, że za kryzysy odpowiada ograniczona konsumpcja i że kapitalizm nie może jej przezwyciężyć inaczej niż za pomocą taniego kredytu. Wzrost konsumpcji bez odpowiadającego mu wzrostu produkcji przekładają się na wzrost inflacji. W ostateczności jednak, aby utrzymać inflację w ryzach, konieczne staje się podwyższenie stóp procentowych, a co za tym idzie zahamowanie inwestycji, konsumpcji i nasilenie kryzysu nadprodukcji. Jeśli płace nie nadążają za inflacją, mówimy o spadku płac realnych. Z kolei zahamowanie inwestycji i recesja oznaczają wzrost bezrobocia, a tym samym dalsze osłabienie pozycji negocjacyjnej pracowników.
Pandemia COVID-19 dostarczyła laboratorium na skalę światową dla postulatów MMT. Rezerwa Federalna USA zwiększyła swoją bilans z 4,2 biliona dolarów w lutym 2020 do 9 bilionów w kwietniu 2022 – więcej niż dwukrotny wzrost do poziomu ok. 36% PKB w ciągu dwóch lat. Europejski Bank Centralny zwiększył bilans z 4,7 biliona euro na początku 2020 do 8,8 biliona w czerwcu 2022. Rząd USA zatwierdził pakiety stymulacyjne o łącznej wartości 5 bilionów dolarów. W Polsce całkowity koszt tzw. Tarczy Antykryzysowej to 212 miliardów zł, tj. blisko 10% PKB za 2020 r.
W rezultacie inflacja wzrosła: w Polsce do 18,4% w lutym 2023, w USA 9,1% w czerwcu 2022 r. – najwyższy od listopada 1981, w strefie euro 10,6% w październiku 2022. Płace realne spadły: realne wynagrodzenie godzinowe w USA spadło o 2,6% między majem 2021 a majem 2022. W Polsce realna wartość płacy minimalnej spadła o 6,5% w 2022 roku według GUS-u. Był to drugi najgorszy wynik w Europie.
Proces ten potwierdził jednoznacznie: wzrost masy środków cyrkulacji przy stałej masie towarów prowadzi do deprecjacji jednostki pieniężnej. Marks w rozdziale III tomu I Kapitału wyjaśnia:
„Kartki papieru z wydrukowaną nazwą pieniężną, jak l f. szt., 5 f. szt. itd., są z zewnątrz wrzucane do procesu cyrkulacji przez państwo. O ile rzeczywiście krążą zamiast jednoimiennych sum złota, odzwierciedlają w swym ruchu tylko prawa samego obiegu pieniężnego. Szczególne prawo cyrkulacji papierowej może wynikać jedynie ze stosunku, w jakim papier reprezentuje złoto. A prawo to brzmi po prostu tak: emisję pieniędzy papierowych należy ograniczyć do tej ilości, w jakiej wyobrażone przez nie symbolicznie złoto (lub srebro) w rzeczywistości musiałoby krążyć. Wprawdzie ilość złota, którą może wchłonąć sfera cyrkulacji, waha się ciągle wokół pewnego średniego poziomu, jednakże masa środka cyrkulacji w danym kraju nigdy nie spada poniżej pewnego minimum, które doświadczenie pozwala stwierdzić. Fakt, że ta minimalna masa ustawicznie zmienia swe składniki, tzn. składa się z coraz to innych sztuk złota, w niczym oczywiście nie wpływa na jej rozmiary ani na jej stałe krążenie w sferze cyrkulacji. Dlatego mogą ją zastąpić symbole papierowe. Jeżeli natomiast dziś wszystkie kanały cyrkulacyjne wypełnią się pieniędzmi papierowymi aż do najwyższej swej pojemności, to jutro, wskutek wahań w cyrkulacji towarowej, mogą być przepełnione. Zatraca się wszelką miarę. A kiedy ilość papieru przekroczy miarę, tzn. przewyższy ilość złotych monet tejże nazwy, które by mogły krążyć, to papier nadal przedstawia w świecie towarów — pomijając niebezpieczeństwo ogólnego zdyskredytowania — tylko ilość złota określoną przez immanentnie temu światu właściwe prawa, a więc ilość złota, którą jedynie może reprezentować. Jeżeli masa kartek papierowych reprezentuje np. po dwie uncje złota zamiast po jednej uncji, to faktycznie l f. szt. stanie się np. nazwą pieniężną, powiedzmy, l/2 uncji zamiast 1/4 uncji. Skutek jest ten sam, jak gdyby złoto doznało zmiany w swej funkcji miernika cen. Te same więc wartości, których wyrazem była przedtem cena l f. szt., teraz wyrażają się w cenie 2 f. szt.
Pieniądz papierowy jest znakiem złota, czyli znakiem pieniężnym. Jego stosunek do wartości towarów polega tylko na tym, że wartości te są wyrażone idealnie w tych samych ilościach złota, które papier wyobraża symbolicznie, zmysłowo. Pieniądz papierowy jest znakiem wartości tylko o tyle, o ile przedstawia ilości złota, które, jak wszelkie inne ilości towarów, są także ilościami wartości”.
Klasa robotnicza poniosła koszty „darmowych” pieniędzy burżuazji. Bogactwo najbogatszych eksplodowało: według Oxfam fortuny miliarderów wzrosły o 5 bilionów dolarów między marcem 2020 a listopadem 2021, podczas gdy 163 miliony ludzi wpadło w ubóstwo. W USA 10% najbogatszych kontrolowało 69,8% całego bogactwa kraju w 2021 roku w porównaniu do 67,9% w 2019. W Polsce wzrost nierówności przez ostatnie pół dekady może nie wydawać się aż tak drastyczny, jeśli patrzymy tylko na udział w ogóle majątku i dochodów. Jednak jeśli dokładnie się wczytać w raporty World Inequality Report za 2021 i za 2025, widzimy wyraźnie, że ciężar inflacji spadł nieproporcjonalnie na najbiedniejszą połowę rodaków, której dochód mierzony według parytetu siły nabywczej (płace realne) spadł o przeszło połowę, a ich średni majątek spadł o 36% (a raczej zadłużenie wzrosło, ponieważ nie posiadają żadnych oszczędności). Tymczasem średni dochód realny najbogatszego 1% wzrósł o „skromne” 5%, co w wartościach nominalnych (dla zobrazowania) przekłada się na około 130 tys. zł różnicy w średnich dochodach rocznych – więcej niż wynosi drugi próg podatkowy PIT. Rozłożenie udziału poszczególnych grup także wydaje się dość stabilne, jednak podczas gdy majątek 10 najbogatszych Polaków odpowiadał 3% PKB w 2020 r., w 2025 r. było to już 3,5%.
Inflacja działa jako regresywny podatek, uderzając przede wszystkim w tych, którzy nie posiadają aktywów realnych. Burżuazja, posiadająca kapitał w formie środków produkcji, nieruchomości i akcji, chroni się przed deprecjacją waluty. Proletariat, którego jedynym majątkiem jest siła robocza sprzedawana za wynagrodzenie pieniężne, ponosi pełny ciężar utraty siły nabywczej pieniądza.
Militaryzacja i deficyty: powtórka z rozrywki
Historycznie rzecz ujmując, istotną rolę w deprecjacji pieniądza odgrywały zbrojenia i wojny, czy to podczas wojen krymskich, czy I wojny światowej i wojny w Wietnamie, które przyczyniły się w znacznej mierze do odejścia od standardu złota, kiedy to rządy dążyły do sfinansowania działań wojennych poprzez dodruk pieniądza. Podczas gdy w przeszłości rządy często bankrutowały w wyniku wojen (z czym wiązały się też liczne wypędzenia Żydów na przestrzeni dziejów), wraz z pojawieniem się bankowości rezerwowej naczelnym kosztem wojen była deprecjacja waluty – w epoce imperializmu rozwinięte kraje kapitalistyczne zaczęły łagodzić jej symptomy poprzez eksport inflacji.
Obecnie widzimy powtórkę tych mechanizmów w postaci prób łatania deficytów budżetowych związanych z programami agresywnej militaryzacji. Polskie (relatywne) wydatki na zbrojenia są na najwyższym poziomie w NATO i stale rosnąc do 4,8% prognozowanego PKB na przyszły rok. Łączny budżet MON na lata 2024–2026 to ponad 520 miliardów złotych (137,5 mld zł w 2024, 186,6 mld zł w 2025, 200 mld zł na 2026 r.).
Te wydatki finansowane są częściowo przez Fundusz Wsparcia Sił Zbrojnych, mechanizm pozabudżetowy maskujący rzeczywiste zadłużenie. Polska podpisała kontrakty zbrojeniowe o wartości przekraczającej 100 miliardów złotych, włączając zakup 96 helikopterów Apache za 40 miliardów złotych i 486 wyrzutni HIMARS za 40 miliardów złotych. Według oficjalnych statystyk ministerstwa finansów sam stosunek długu publicznego do PKB ma wynieść 48,9% za 2025 r. i wzrosnąć do 53,8%, czyli poniżej progu ostrożnościowego 55%, określonego w ustawie o finansach publicznych. Jednakże ta sama ustawa budżetowa zakłada też wzrost długu instytucji rządowych i samorządowych, czyli faktyczny dług państwa z 59,8% do 66,8% – znacznie powyżej konstytucyjnego limitu 60%. W istocie zresztą, Ministerstwo Finansów 2 miesiące temu opublikowało prognozy, zgodnie z którymi relacja długu sektora finansów publicznych do PKB za 4 lata ma wynieść 75% PKB.
Koszty obsługi długu publicznego na 2026 r. ma wynieść 90 miliardów zł (wzrost o ok. 15 miliardów w porównaniu z poprzednim rokiem), czyli o 10 miliardów więcej niż prognozowane wpływy z CIT, ale mniej więcej tyle samo co program „Rodzina 800” oraz 13. i 14. emerytura.
Podczas gdy MMT w teorii obiecuje nieskończone możliwości finansowania wydatków państwa (w tym na zbrojenia), rzeczywistość jest znacznie bardziej złożona. Prognozy rządowych ekonomistów wskazują, że polska gospodarka urośnie w 2026 roku o 3,5%, natomiast ceny podskoczą średnio o 3% – co pokazuje, że nie można ignorować ograniczeń inflacyjnych. W związku z objęciem polski unijną procedurą nadmiernego deficytu rząd planuje obniżyć go z 5,7% PKB w 2024 do 2,9% w 2028 roku, co wymagać będzie albo cięć wydatków społecznych, albo obniżki stóp procentowych, a co za tym idzie wzrostu inflacji, celem redukcji kosztów obsługi zadłużenia wewnętrznego. Inną opcją jest zaciągnięcie długu zewnętrznego. Ten ma jednak w takich sytuacjach zwykle to do siebie, że obarczony jest „pakietami dostosowawczymi” w postaci cięć.
Cyrkulacja i produkcja: gdzie tkwi problem?
MMT koncentruje się na sferze cyrkulacji, ignorując fundamentalne znaczenie sfery produkcji. Marks podkreśla, że prawdziwa struktura gospodarcza określana jest przez stosunki produkcji, nie przez mechanizmy monetarne: „Cyrkulacja towarów jest pierwotną przesłanką cyrkulacji pieniądza. […] Cyrkulacja jest określaniem cen, ruchem, w którym towary przekształcają się w ceny. […] Pieniądz cyrkuluje /wprawia w ruch/ tylko towary, które już zostały przekształcone w pieniądz”.6
Problem kapitalizmu nie polega na niedoborze pieniądza, lecz na sprzecznościach wynikających z kapitalistycznych stosunków produkcji. Kapitał dąży do maksymalizacji wartości dodatkowej poprzez zwiększanie wydajności pracy i obniżanie wartości siły roboczej. Ten proces nadaje stopie zysku tendencję spadkową, którą Marks obszernie analizuje w III księdze Kapitału. Burżuazja reaguje na spadającą stopę zysku przez intensyfikację wyzysku, wprowadzanie oszczędności technologicznych (a więc zastępowanie pracy żywej, tj. ludzkiej maszynami)7, oraz przez spekulacje finansowe.
Ogromne sumy leżą nieinwestowane w każdym zaawansowanym kraju kapitalistycznym. Według danych OECD inwestycje pozostają na poziomie 20% poniżej prognoz sprzed kryzysu w 2008 r., natomiast korporacje niefinansowe (głównie amerykańskie firmy technologiczne oraz medyczne) w krajach rozwiniętych mają obecnie zapasy gotówki o wartości przekraczającej 8 bilionów dolarów – czyli mniej więcej tyle, ile wynosi łącznie PKB Niemiec i Włoch. W samych USA Apple posiadał rezerwy gotówkowe w wysokości 162 miliardów dolarów w 2023 roku. Alphabet (Google) – 118 miliardów, Microsoft – 111 miliardów. Łącznie zaledwie 13 firm trzymało wówczas „odłogiem” bilion dolarów gotówki – a w związku z bańką AI ta koncentracja kapitału niewątpliwie uległa pogłębieniu od tamtego czasu.. Te środki nie są inwestowane w rozwój sił wytwórczych, ponieważ kapitaliści nie widzą możliwości rentownej inwestycji w warunkach spadającej stopy zysku.
Według Banku Światowego globalne inwestycje brutto jako procent PKB w krajach rozwiniętych nadal nie podniosły się do poziomu z 2008 (22,8%), w 2024 r. zaliczając nawet spadek (do 22,3%) i pozostają na poziomie znacznie niższym, niż 26,4% w przededniu kryzysu naftowego w 1973. Jednocześnie globalne wydatki militarne osiągnęły rekordowe 2,718 biliona dolarów w 2024 roku według SIPRI8 – wzrost o 37% w ciągu 9 lat.
Współczesna burżuazja w miejsce rozwoju sił wytwórczych inwestuje w zbrojenia i bańki finansowe. MMT oferuje ideologiczne usprawiedliwienie dla tej polityki, sugerując, że państwo może drukować pieniądze bez konsekwencji, dopóki istnieją niewykorzystane zdolności wytwórcze. To pomieszanie przyczyny ze skutkiem. Niewykorzystane zdolności wytwórcze wynikają z kapitalistycznej anarchii produkcji i spadającej stopy zysku, nie z braku pieniądza.
Marks wyjaśniał w III księdze Kapitału: „Prawdziwą granicą produkcji kapitalistycznej jest sam kapitał, jest fakt, że kapitał i reprodukcja jego wartości stanowią punkt wyjścia i punkt końcowy, motyw i cel produkcji, że produkcja jest jedynie produkcją dla dobra kapitału, a nie, odwrotnie, że środki produkcji są jedynie środkami ciągłego rozszerzania procesu życiowego dla dobra społeczeństwa producentów”.9 Innymi słowy, produkcja kapitalistyczna nie ma na celu zaspokojenia potrzeb społecznych, lecz realizację wartości dodatkowej, czyli zysk. Kiedy warunki rynkowe nie pozwalają na realizację zysku, kapitał pozostaje w stanie bezproduktywnym – niezależnie od tego, ile pieniądza emituje bank centralny.
Monopolistyczne korporacje, które zdominowały współczesny kapitalizm, nie są już dynamicznymi dźwigniami rozwoju; tej roli nie odgrywają już nawet w takim stopniu spółki akcyjne, które historycznie gromadziły rozdrobnione fundusze prywatne (do tego wliczają się też, rzecz jasna, rozwiązania jak Pracownicze Plany Kapitałowe), by inwestować je w rozwój sił wytwórczych. Monopoliści dążą do utrzymania istniejących pozycji, hamują innowacje konkurencji, wykorzystują państwo do gwarantowania zysków. Ten mechanizm uosabiają w najbardziej jaskrawy sposób firmy z tzw. Wielkiej Trójki, czyli Vanguard, State Street i Blackrock, łącznie kontrolujące 78% rynku ETF10, tj. kapitałem opiewającym na sumę 12 bilionów dolarów. Imperializm, jak wyjaśniał Lenin w Imperializmie jako najwyższym stadium kapitalizmu, charakteryzuje się dominacją kapitału finansowego, który łączy kapitał przemysłowy z bankowym i pasożytuje na społeczeństwie poprzez rentę i spekulacje.
Proponowane przez MMT rozwiązania oparte na emisji dodatkowych pieniędzy w praktyce tworzą wyjątkowo perfidny mechanizm, poprzez który imperializm zostaje wzmocniony. Nieprzypadkowo podczas wojen rządy chętnie sięgają po dodruk pieniędzy. Kapitaliści próbują zaradzić spadkowej tendencji stopy zysku poprzez ekspansję kredytu. Nie chodzi o same kredyty konsumenckie w celu zrekompensowania wyzysku, ale również o obligacje, obniżki stóp procentowych, obniżki podatków lub ich niepodwyższanie nawet przy dużym deficycie budżetowym, czy luzowanie ilościowe. Jak jednak wyjaśnia Adam Booth, te rozwiązania nie poprawiają mizernych stóp wzrostu gospodarczego większości gospodarek rozwiniętych krajów kapitalistycznych. Wszystkie stanowią jednak prezenty dla kapitału, mimo iż ten korzysta z nich niechętnie, bo nie poprawiają rentowności, nie usuwają źródła problemu – kryzysu nadprodukcji.
Czy podwyżki podatków rozwiązałyby problem? Nie, ponieważ ich wzrost uderzy w konsumpcję, którą próbowano pobudzić ekspansją kredytu. Gdy emisja pieniądza ponad wartość wszystkich towarów w obiegu i tempo ich cyrkulacji spowoduje zaś inflację, ta również uderzy w konsumpcję poprzez spadek płac realnych i tym samym jeszcze bardziej pogłębi nadprodukcję. Następnie, w momencie gdy bank centralny podniesie stopy procentowe w celu zahamowania inflacji, także nie rozwiąże tej fundamentalnej sprzeczności kapitalizmu. Może ją także tylko zaostrzyć poprzez deflację i wzrost bezrobocia. Każde takie „schładzanie gospodarki” uszczupla jednak wpływy do budżetu.
W końcu deficyt budżetowy staje się coraz większy i rośnie zależność rządu od kapitału lichwiarskiego. Produktywność spada tak bardzo, system przerasta swoje granice do takiego stopnia, że stopa zwrotu ze spekulacji na wojnie zaczyna być wyższa od produktywnej działalności gospodarczej. Niszczenie sił wytwórczych, w tym siły roboczej zabijanych na wojnach robotników staje się bardziej opłacalne od ich rozwoju. Właśnie dlatego imperializm jest najwyższym stadium kapitalizmu. Na jego niższych stadiach finanse były wtórne wobec produkcji. W stadium imperialistycznym jest odwrotnie. Robotnik płaci więc dwa razy: raz w postaci wartości dodatkowej odbieranej mu przez system pracy najemnej, drugi raz w postaci inflacji, cięć i długów państwowych zaciągniętych w jego imieniu. Jeśli nie chce zostać złożony na ołtarzu banków, musi się wyzwolić, musi zniszczyć kapitalizm, a nie próbować go uleczyć pomysłami neokeynesistowskich znachorów.
Forma pieniężna a socjalistyczna przyszłość
Nie należy sobie wyobrażać, że zniesienie procesu ekwiwalentnej wymiany i formy pieniężnej nastąpi w ciągu 24 godzin po przewrocie proletariackim. Jak wyjaśnia Marks w Kapitale: pieniądz to zawsze rozporządzalna, społeczna forma bogactwa.
W okresie przejściowym między kapitalizmem a komunizmem, państwo robotnicze będzie musiało używać pieniądza jako instrumentu księgowania i podziału produktu społecznego. Kluczowa różnica polega jednak na tym, że pieniądz przestanie być kapitałem – przestanie zawierać w sobie stosunki wyzysku i gromadzenia wartości dodatkowej.
Planowana gospodarka socjalistyczna pod kontrolą robotniczą stopniowo zastąpi rynkową ruletkę racjonalnym zarządzaniem społecznym. Produkcja będzie podlegać potrzebom społecznym, a nie rentowności kapitału. W takich warunkach pieniądz straci ekonomiczną zasadność i przekształci się w prosty system księgowania pracy. Jak pisze Marks w Krytyce Programu Gotajskiego: „W wyższej fazie społeczeństwa komunistycznego […] wraz z wszechstronnym rozwojem jednostek wzrosną również siły wytwórcze, a wszystkie źródła bogactwa wspólnego popłyną pełnym strumieniem – dopiero wtedy będzie można całkowicie przekroczyć ciasny horyzont prawa burżuazyjnego”.
Do tego czasu zaś możemy oddać głos Trockiemu:
„Takie charakterystyczne dla anarchizmu postulaty, jak «zniesienie» pieniędzy, «zniesienie» płacy roboczej lub «likwidacja» państwa i rodziny, mogą nas interesować jedynie jako przejaw mechanistycznego myślenia. Pieniędzy nie można «znieść» w imię czyjegoś widzimisię, zaś państwa lub dawnej rodziny «zlikwidować» — muszą one wypełnić do końca swą dziejową misję, wyczerpać własne możliwości i odpaść. Fetyszyzmowi pieniężnemu śmiertelny cios zadany zostanie dopiero na tym etapie rozwoju, gdy nieprzerwany wzrost dobrobytu społecznego oduczy dwunogie istoty liczykrupstwa przy każdej dodatkowej minucie pracy i poniżającego strachu o wielkość racji przydziałowej. Tracąc swą rolę jako czynnik szczęściodajny albo też niszczący, pieniądze przeobrażą się w zwykłe paragony rozliczeniowe, pomocne w statystyce i planowaniu. W dalszej przyszłości nie będą zapewne potrzebne także paragony. Lecz niechaj głowa o to boli naszych potomków, którzy będą mądrzejsi od nas.
Nacjonalizacja środków produkcji i kredytu, skooperowanie lub upaństwowienie handlu wewnętrznego, monopol handlu zagranicznego, kolektywizacja rolnictwa, ustawodawstwo w sprawie dziedziczenia narzucają wąskie granice indywidualnemu gromadzeniu pieniędzy i utrudniają przekształcenie ich w prywatny kapitał (lichwiarski, kupiecki i przemysłowy). Ta funkcja pieniądza, związana z wyzyskiem, nie ulega likwidacji już na samym początku rewolucji proletariackiej, lecz w przetransformowanej postaci zostaje przeniesiona na państwo — uniwersalnego kupca, wierzyciela i przemysłowca w jednej osobie. Wraz z tym takie bardziej elementarne funkcje pieniądza jako miernika wartości, środka obrotowego i płatniczego, nie tylko że zostają zachowane, ale otrzymują tak szerokie pole działania, jakiego nie miały nawet za kapitalizmu.
Planowanie administracyjne ujawniło swą siłę w stopniu zadowalającym; równocześnie jednak ukazało właściwe mu ograniczenia. Aprioryczny plan gospodarczy, tym bardziej w kraju zacofanym ze 170-milionową ludnością, z głębokimi sprzecznościami między miastem a wsią, nie jest bynajmniej niezmiennym nakazem, lecz raczej wstępną hipotezą roboczą, która podlega weryfikacji i przeformułowaniu w toku wykonania. Można by nawet ustalić regułę: im «ściślej» wykonuje się zadania administracyjne, tym gorzej jest z zarządzaniem gospodarką. Do regulowania i dostosowywania planów powinny służyć dwie dźwignie: polityczna w postaci realnego udziału w zarządzaniu samych zainteresowanych tym mas, co jest nie do pomyślenia bez radzieckiej demokracji, i finansowa w postaci realnego sprawdzenia apriorycznych kalkulacji za pomocą powszechnego ekwiwalentu, co z kolei jest nie do pomyślenia bez stabilnego systemu pieniężnego”.
Reforma czy rewolucja?
Całe dotychczasowe doświadczenie wskazuje jasno: reformizm prowadzi do kapitulacji. Od Wilsona przez Craxiego po SYRIZĘ – ciągle ten sam schemat. Partia, która miałaby faktycznie być partią „milionów, nie milionerów”, musi być partią gotową na rzeczywiste starcie z kapitałem finansowym – a nie zadowolenie się kosmetycznymi reformami w ramach kapitalistycznego państwa.
Zniesienie konstytucyjnego limitu długu publicznego bez rewolucyjnej przebudowy stosunków produkcji oznacza jedynie, że polska klasa robotnicza zapłaci wyższą cenę za kryzys kapitalizmu – w inflacji, cięciach i ostatecznie kolejnych pakietach „oszczędnościowych” narzuconych przez światowy kapitał finansowy. Historia nie zna przykładu narodu, który długami zbudował socjalizm. Zna natomiast niezliczone przykłady narodów, które zapłaciły za długi burżuazji krwią, potem i obniżonym poziomem życia proletariatu.
Jedyną alternatywą jest gospodarka planowa pod kontrolą robotniczą, wywłaszczenie wielkich monopoli i banków, zerwanie z imperialistycznymi strukturami NATO i Unii Europejskiej, oraz walka o międzynarodową rewolucję socjalistyczną.
Taka jest jedyna droga naprzód i wynika ona z dialektyki rozwoju kapitalizmu. Siły wytwórcze weszły w sprzeczność ze stosunkami produkcji – albo przeprowadzimy rewolucję socjalistyczną i uwolnimy te siły, albo kapitalizm pociągnie ludzkość w otchłań wojen, katastrof ekologicznych i barbarzyństwa.
„Praktyczni ludzie, którzy uważają się za całkowicie wolnych od jakiegokolwiek wpływu intelektualnego, koniec końców okazują się zazwyczaj być niewolnikami poglądów jakiegoś dawno zmarłego ekonomisty. Szaleńcy u władzy, którzy słyszą głosy z powietrza, czerpią swoją gorączkę od jakiegoś uczonego gryzipiórka sprzed kilku lat”.
John Maynard Keynes
Nowoczesna teoria monetarna (MMT, Modern Monetary Theory) stała się najnowszym krzykiem mody w lewicowych kręgach; miałaby ona być panaceum na problemy, z którymi zapewne zmierzy się przyszła administracja Berniego Sandersa lub rząd Jeremy’ego Corbyna.
Popierana przez czołowych przedstawicieli Partii Demokratycznej w USA, takich jak Alexandria Ocasio-Cortez (AOC), oraz przez osoby próbujące zdobyć uwagę Jeremy’ego Corbyna i Johna McDonnella w Wielkiej Brytanii, MMT jest obecnie tematem numer jeden wśród lewicowców. Nietrudno zrozumieć dlaczego. Koncepcja ta daje swoim zwolennikom łatwą ripostę wobec prawicowych krytyków, którzy pytają, jak sfinansować radykalne rozwiązania.
Pod tym względem MMT równie dobrze mogłaby oznaczać „magiczne drzewko z pieniędzmi”. W końcu właśnie to obiecuje owa teoria: możliwość sfinansowania wszystkiego, czego dusza zapragnie, i jeszcze więcej, bez konieczności martwienia się o uciążliwości związane z podatkami lub – co ważniejsze – walką klas.
Uważasz, że lista żądań lewicy jest nie do zrealizowania? Zastanów się jeszcze raz! Chcesz bezpłatnej opieki zdrowotnej i edukacji? Nie ma problemu, po prostu dodrukujemy pieniądze. Masowe inwestycje w zieloną energię? Spokojnie, możemy odkręcić kurek z rządowymi pieniędzmi. Budowa miliona mieszkań komunalnych? Nic prostszego – mamy MMT.
Ale prawdę mówiąc, „nowoczesna teoria monetarna” to trochę mylna nazwa. W rzeczywistości niespecjalnie można nazwać ją teorią. Nie jest też szczególnie nowoczesna. Jak niegdyś zauważył John Maynard Keynes, ci, którzy uważają się za „pragmatycznych” i „praktycznych”, zbyt często są w rzeczywistości niewolnikami jakiegoś nieżyjącego już ekonomisty – w tym przypadku samego Keynesa.
Załamanie starych pewników konsensusu
Fakt, że rozpoczęła się szeroka debata na temat alternatywnych rozwiązań gospodarczych dla polityki zaciskania pasa, nie powinien nikogo dziwić. Po dziesięciu latach kryzysu i cięć pracownicy i młodzież słusznie kwestionują neoliberalny konsensus, który nadal trzyma się mocno, mimo „wielkiej recesji” ewidentnie bez końca.
W obliczu spowolnienia wzrostu gospodarczego, stagnacji inwestycji prywatnych i ograniczeń polityki pieniężnej nawet mainstreamowi kapitalistyczni ekonomiści (głównie keynesiści) zaczęli kwestionować wymóg równowagi budżetowej. W końcu, skoro polityka cięć nie działa, a stopy procentowe są zerowe, co jeszcze może zrobić rząd?
Jednak dla burżuazyjnych kapłanów, którzy bronią tej kapitalistycznej doktryny, każda krytyka wszechmocnej „niewidzialnej ręki” rynku jest świętokradztwem. Stąd lawina ataków i obelg kierowanych pod adresem wszelkich proponowanych alternatyw.
„MMT jest odpowiednia tylko w wyjątkowych sytuacjach”, twierdzi John Llewellyn, były główny ekonomista OECD, „gdy gospodarki są dalekie od pełnego zatrudnienia, widoczne są presje deflacyjne, a stopy procentowe są na poziomie zerowym”.

Problem dla Llewellyna i jego zwolenników polega jednak na tym, że te „wyjątkowe” warunki stały się „nową normą”. Sytuacja, którą opisuje, bardzo przypomina tę, z którą światowa gospodarka boryka się od ponad dziesięciu lat.
Larry Summers, doradca ekonomiczny Baracka Obamy i były szef Departamentu Skarbu USA za czasów Billa Clintona, opisał nawet globalną gospodarkę jako znajdującą się w stanie „długotrwałej stagnacji”: charakteryzującej się trwałym ograniczeniem popytu i niewielkimi inwestycjami prywatnymi, gdzie „dość zwyczajny wzrost” jest utrzymywany wyłącznie przez „nadzwyczajne warunki polityczne i finansowe”.
Summers twierdzi, że nie mamy do czynienia z taką sytuacją jedynie od kryzysu z 2008 r., ale że występowała ona także w poprzednich dekadach. Światowa gospodarka funkcjonuje wyłącznie dzięki nieustannemu zasilaniu jej tanim kredytem i rządowymi zachętami. „Wyjątek” stał się zatem regułą.
Prawicowi krytycy MMT nie mają zatem zbyt mocnych argumentów. W końcu, jak przyznał Paul Krugman, ekonomista i laureat Nagrody Nobla, w przemówieniu wygłoszonym w London School of Economics po kryzysie z 2008 roku: „Większość prac z zakresu makroekonomii z ostatnich 30 lat była w najlepszym razie bezużyteczna, a w najgorszym – szkodliwa”.
Na nieszczęście dla zwolenników MMT, dwa minusy nie dają plusa. Obowiązkiem socjalistów jest rzetelna ocena proponowanych idei, aby wskazać kierunek dalszych działań ruchu robotniczego.
Czym jest MMT?
Po pierwsze, należy zauważyć, że MMT jest trudnym do zdefiniowania pojęciem. Ta eklektyczna teoria ma bowiem prawie tyle wersji, co zwolenników.
Nas interesują jednak ci, którzy przedstawiają MMT z rzekomo lewicowej perspektywy. Należą do nich między innymi: Stephanie Kelton, starsza doradczyni ekonomiczna Berniego Sandersa; Bill Mitchell, głośny zwolennik MMT, któremu udało się zdobyć poparcie lewicowych posłów w Wielkiej Brytanii; oraz Richard Murphy, wybitny działacz podatkowy i ekonomista polityczny w Wielkiej Brytanii.
Aby odeprzeć krytykę, oddana armia zwolenników MMT próbuje zmylić swoich przeciwników serią wygibasów i mentalnych akrobacji. Tradycyjne idee ekonomiczne są wywracane do góry nogami, dezorientując odbiorcę niczym złudzenia optyczne na obrazach Eschera. Jak ironicznie zauważył „The Economist”:
„Rozmowa ze zwolennikami MMT przypomina czasem oglądanie meczu piłki nożnej z przyjaciółmi, którzy twierdzą, że piłka pozostaje w miejscu, podczas gdy wszystkie inne elementy gry, w tym boisko i bramki, poruszają się wokół niej”.
W rzeczywistości nawet zwolennicy MMT twierdzą, że jest to nie tyle teoria, co „opis działania systemu monetarnego”; analityczna „soczewka”, która pomaga nam dostrzec istniejącą rzeczywistość gospodarczą.
Pomijając fakt, że teoria w sensie naukowym jest właśnie analitycznym wyjaśnieniem rzeczywistości, co zatem ma do zaoferowania MMT? Jaką rzekomo radykalną nową perspektywę zapewnia ta „ogromna zmiana paradygmatu”?
Najważniejsze twierdzenia MMT są następujące:
- Rządowi, który emituje własną, „niezależną” walutę, nigdy nie może zabraknąć pieniędzy, ponieważ zawsze może zdecydować się na spłatę wszelkich długów poprzez tworzenie większej ilości pieniądza.
- Nie będzie inflacji, jeśli taki rząd będzie wydawał hojnie i będzie miał deficyt budżetowy, o ile w gospodarce istnieją wolne siły wytwórcze.
- Podatki nie finansują wydatków publicznych. Rządy nie muszą więc najpierw pobierać podatków, aby później wydawać pieniądze. W rzeczywistości (jak nam się mówi) proces ten przebiega odwrotnie – rządy wydają pieniądze na towary i usługi, a następnie dostosowują stawki podatkowe, aby zarządzać popytem w gospodarce.
Chociaż ten „opis” gospodarki nie prowadzi wprost do żadnych wniosków dotyczących polityki, MMT, co nie jest zaskoczeniem, zostało wykorzystane przez niektórych lewicowców do wyciągnięcia z niego oczywistego wniosku: że rządy nie muszą martwić się o równowagę budżetową i zawsze mogą znaleźć pieniądze na pokrycie rachunków.
Zostało to wyraźnie sformułowane przez czołowych zwolenników MMT. Na przykład, odpowiadając retorycznie swoim obserwatorom na Twitterze na pytanie „Czy stać nas na Zielony Ład?”, Stephanie Kelton odpowiada: „Tak. Rząd federalny może sobie pozwolić na zakup wszystkiego, co jest na sprzedaż w jego własnej walucie”.
Z kolei Richard Murphy stwierdził, że: „MMT oznacza, że nie ma wymogu bilansowania budżetu rządowego. W rzeczywistości dążenie do tego jest nie tylko nielogiczne, ale także całkowicie szkodliwe z ekonomicznego punktu widzenia”.
Mimo że Murphy jest samozwańczym autorem „Corbynomiki” i pomysłodawcą takich postulatów jak „ludowe luzowanie ilościowe” oraz brytyjskiej wersji Zielonego Ładu, kierownictwo Partii Pracy trzyma go na dystans, kategorycznie odrzucając MMT i związane z nią zalecenia polityczne.
Czym jest pieniądz?
U podstaw problemów z MMT leży (błędne) rozumienie tego, czym są pieniądze i jaką rolę odgrywają w kapitalizmie.
Zwolennicy MMT wyznają teorię pieniądza znaną jako „czartalizm”. Termin ten został ukuty przez niemieckiego ekonomistę Georga Friedricha Knappa, który wysunął hipotezę zwaną „teorią pieniądza państwowego”.
Krótko mówiąc, Knapp twierdził, że pieniądze pochodzą od państwa i nakładanych przez nie podatkach na obywateli. Według czartalistów państwo emituje pieniądze, a następnie generuje popyt na tę konkretną walutę, domagając się jej stosowania jako „środka płatniczego”.
Aby jednak naprawdę zrozumieć naturę pieniądza, musimy zwrócić się do innego XIX-wiecznego niemieckiego ekonomisty: Karola Marksa.
W Kapitale Marks zauważył, że „zagadka fetysza pieniężnego jest więc w gruncie rzeczy zagadką fetysza towarowego”. Innymi słowy, aby zrozumieć rolę pieniądza w społeczeństwie, musimy najpierw zrozumieć jego prawdziwe pochodzenie – pochodzenie produkcji i wymiany towarów.
Marks wyjaśnił, że historia pieniądza jest związana z pojawieniem się towarów: dóbr i usług wytwarzanych nie na potrzeby indywidualnej konsumpcji, ale w celu wymiany. Marks wykazał, że wszystkie towary mają wartość wymienną. Jest to relacja – stosunek – między towarami, wyrażająca, ile jednego produktu można (średnio) wymienić na inny.
Opierając się na ideach swoich poprzedników, takich jak David Ricardo, Marks nakreślił, w jaki sposób wartość towaru zależy od zawartej w nim pracy. Praca ta składa się zarówno z „pracy martwej” zawartej w surowcach, narzędziach itp. niezbędnych do jego produkcji, jak i „pracy żywej”, dodanej w procesie produkcji przez pracownika.
Marks nazwał tę całkowitą pracę „społecznie niezbędnym czasem pracy”: czasem potrzebnym do wytworzenia danego towaru, zgodnie z aktualnym poziomem technologii i przemysłu itp. w społeczeństwie.

Mając na uwadze powyższe, Marks wyjaśnił w swoim „Przyczynku do krytyki ekonomii politycznej”, że pieniądz pełni kilka funkcji:
- Jako jednostka rozliczeniowa lub miara wartości. W kategoriach pieniężnych jest to wyrażane w cenach.
- Jako środek wymiany. W tej roli pieniądze dzielą obieg towarów na dwa odrębne akty: akt sprzedaży (T–P, towar wymieniony na pieniądze) oraz akt zakupu (P–T, pieniądze wymienione na inny towar).
- Jako środek przechowywania wartości, umożliwiający utrzymanie i zachowanie zgromadzonego bogactwa w czasie.
- Oraz jako środek płatniczy, umożliwiający regulowanie długów (wyrażonych w określonej walucie) i płacenie podatków.
Pieniądze pełnią zatem wiele funkcji. Przede wszystkim jednak pieniądze są reprezentacją wartości: ostatecznym wyrazem uogólnienia prawa wartości; logicznym wnioskiem z rozwoju produkcji i wymiany towarowej, która wymaga uniwersalnej miary – standardowej miary – w odniesieniu do której można wyrazić wartość wszystkich innych towarów.
Jednak czartalizm (a także MMT) nie oferuje analizy wartości ani produkcji i wymiany towarów. W rezultacie pomija istotę kapitalizmu i rolę pieniądza w nim.
Pieniądze powstały historycznie, nie w wyniku odgórnie założonego planu, ale w wyniku rozwoju produkcji i wymiany towarowej. Początkowo były one przede wszystkim „towarem pieniężnym”, takim jak metale szlachetne, posiadającym własną wartość, ale później stały się jedynie symbolem wartości. Jest to oczywiste dzisiaj, kiedy pieniądze to głównie nie monety, ale gotówka i kredyt, banknoty i cyferki.
Co istotne, w tym sensie Marks podkreślał, że musimy rozumieć pieniądze jako stosunek społeczny. Pieniądze same w sobie nie są bogactwem, ale roszczeniem do części sumy społecznego bogactwa wytworzonego w procesie produkcji – w ostatecznym rozrachunku dzięki pracy klasy robotniczej.
Pieniądze a państwo
Czartaliści i zwolennicy MMT mają zatem rację, twierdząc, że państwo może tworzyć pieniądze. Państwo nie może jednak zagwarantować, że pieniądze te mają jakąkolwiek wartość. Bez oparcia w produktywnej gospodarce, pieniądze te są niczym.
Pieniądze są jedynie wyrazem wartości. A prawdziwa wartość jest tworzona w produkcji, w wyniku zastosowania społecznie niezbędnego czasu pracy. Pieniądze tworzone przez państwo będą zatem miały wartość tylko w takim zakresie, w jakim odzwierciedlają wartość krążącą w gospodarce w postaci produkcji i wymiany towarów.
Jak zauważył Marks, suma wartości w obiegu musi ostatecznie równać się sumie cen odpowiadających im towarów. Jeśli tak nie jest, prowadzi to do inflacji i niestabilności.

Państwo może oczywiście wybrać jednostkę miary, którą będzie stosować do rozliczania wartości w swojej gospodarce, tak jak Amerykanie wybierają stopy jako jednostkę miary odległości, a Europejczycy metry. Jednak niezależnie od tego, czy wybierzemy stopy, czy metry, nie zmieni to rzeczywistej wysokości obiektów w świecie rzeczywistym. Nie zmieni tego również stworzenie większej liczby linijek i taśm mierniczych.
Podobnie społeczeństwo nie staje się bogatsze poprzez wyobrażanie sobie, że tak jest, poprzez drukowanie pieniędzy lub inne działania. Jak wyjaśnia David Graeber w swojej książce „Dług: pierwsze 5000 lat”, odnosząc się do argumentów XVII-wiecznego angielskiego filozofa Johna Locke’a i jego teorii dotyczących pieniądza:
„Locke twierdził, że nie można sprawić, by mały kawałek srebra stał się «szylingiem», tak samo, jak nie można sprawić, by niski mężczyzna stał się wyższy, ogłaszając, że stopa ma teraz 15 cali”.
W każdym razie Knapp i jego zwolennicy MMT mylą się, twierdząc, że to państwo tworzy popyt na pieniądze. W kapitalizmie, jak podkreśla kampania „Positive Money”, ogromna większość pieniądza w obiegu – 97% wszystkich pieniędzy w gospodarce – nie jest tworzona przez rządy, ale przez prywatne banki w formie depozytów bankowych.
Pieniądze te są tworzone w odpowiedzi na zapotrzebowanie konsumentów i inwestorów w postaci kredytów i pożyczek. Gdy popyt ten spada, w postaci spadku konsumpcji gospodarstw domowych lub inwestycji biznesowych, spada również popyt na pieniądze.
Państwo może więc tworzyć pieniądze. Nie może jednak zapewnić, że pieniądze te zostaną wykorzystane. Świadectwem tego są szeroko zakrojone programy luzowania ilościowego, które były realizowane we wszystkich rozwiniętych krajach kapitalistycznych na świecie od czasu kryzysu w 2008 roku.
W ciągu ostatniej dekady banki centralne wpompowały w gospodarkę biliony dolarów, ale co to dało? Inwestycje przedsiębiorstw i wzrost PKB pozostają mizerne. A jednak ceny aktywów – akcji, nieruchomości, złota, kryptowalut, a nawet dzieł sztuki i win – lecą w górę jak świeżo otwarty korek od butelki szampana. Krótko mówiąc, spekulanci mają używanie, podczas gdy zwykli ludzie z trudem wiążą koniec z końcem.
Podsumowując, to nie państwo tworzy popyt na pieniądze, ale potrzeby kapitalistycznej produkcji. A produkcja ta jest ostatecznie napędzana przez zysk. Przedsiębiorstwa inwestują, produkują i sprzedają, aby osiągnąć zysk. Tam, gdzie kapitaliści nie mogą osiągnąć zysku, nie będą produkować. Proste.
A jednak czartalizm – a tym samym również MMT – nie ma nic do powiedzenia na temat zysku, siły napędowej systemu kapitalistycznego. W rezultacie nie jest w stanie wyjaśnić rzeczywistej dynamiki gospodarki w kapitalizmie.
Nie ma niezależności w kapitalizmie
W najlepszym razie wydaje się, że „rewolucyjne” zasady MMT są po prostu tautologią, oczywistymi truizmami. W najgorszym razie są one powtórzeniem błędnych idei, które w praktyce okazały się nieprawdziwe.
Weźmy na przykład pierwszy z omówionych wcześniej punktów, który jest kluczową zasadą MMT: rządy, które zarządzają własną „niezależną” walutą fiducjarną, nie mogą zbankrutować.
W pewnym sensie jest to prawda. Rząd w kraju takim jak Stany Zjednoczone czy Wielka Brytania – gdzie waluta nie jest powiązana z żadną inną walutą, a bank centralny może zwiększać podaż pieniądza – zawsze może zdecydować się na dodruk pieniądza, aby spłacić swoje zobowiązania lub sfinansować deficyt budżetowy.
W pierwszej kolejności musimy zadać sobie pytanie, gdzie na świecie istnieje rząd i waluta, które są naprawdę „niezależne” i „suwerenne”? Cała strefa euro od razu odpada, ponieważ to EBC [Europejski Bank Centralny] dyktuje warunki.
Podobnie jest w przypadku byłych krajów kolonialnych („rozwijających się”, tudzież „wschodzących”), które są uwikłane w długi wobec wielkich mocarstw imperialistycznych – długi, które w większości są denominowane w dolarach amerykańskich. Oczywiście nie ma tu również mowy o „suwerenności”.
Nawet w kraju takim jak Wielka Brytania niezależność monetarna jest iluzoryczna. Owszem, Bank Anglii może ustalać stopy procentowe, drukować pieniądze i udzielać rządowi pożyczek w swojej własnej walucie – funtach szterlingach. Gdyby jednak do władzy doszedł radykalny lewicowy rząd i nadużył tej władzy, generując duże deficyty, napędzane luźną polityką monetarną, w celu realizacji zakrojonych na szeroką skalę programów publicznych, szybko podkopałoby to zaufanie rynków.
W ramach kapitalizmu doprowadziłoby to do katastrofy gospodarczej. Bogaci wywieźliby swoje pieniądze z kraju, kapitaliści przeprowadziliby strajk kapitałowy, a rząd byłby zmuszony podnieść stopy procentowe, aby przyciągnąć inwestorów. Waluta szybko zostałaby uznana za bezwartościową, co doprowadziłoby do galopującej inflacji – inflacji, która najsilniej dotknęłaby pracowników, ponieważ realne wynagrodzenia uległyby erozji w wyniku rosnących cen.

Nie jest to zwykła spekulacja. Jest to fakt historyczny. W 1976 r. ówczesny rząd Partii Pracy stanął właśnie przed takim dylematem.
Partia Pracy Harolda Wilsona doszła do władzy w 1974 r. w środku światowego kryzysu kapitalizmu, kiedy gospodarka znajdowała się w stanie stagflacji (jednoczesnego spowolnienia gospodarczego i wysokiej inflacji) w wyniku dziesięcioleci nieudanej polityki keynesistowskiej. Wezwania Wilsona do cięć zostały zagłuszone przez lewicę Partii Pracy, co zmusiło premiera do rezygnacji.
Wilson został zastąpiony przez Jamesa Callaghana. Zaniepokojony spadkiem wartości funta nowy premier został zmuszony do zwrócenia się z prośbą do MFW [Międzynarodowego Funduszu Walutowego] o pomoc finansową w wysokości 3,9 mld dolarów – największą pożyczkę, o jaką kiedykolwiek zwrócono się do MFW.
Nie trzeba dodawać, że pożyczka Funduszu była obwarowana pewnymi warunkami. W ten sposób Partia Pracy, która wygrała wybory w 1974 r. dzięki obietnicy nacjonalizacji 25 największych monopoli, znalazła się w sytuacji, w której musiała wprowadzić program cięć pod dyktando MFW.
To samo może się wydarzyć dzisiaj, nawet w kraju takim jak Stany Zjednoczone. Ostatecznie zdolność dolara do pełnienia funkcji światowej waluty wynika z relatywnie hegemonicznej pozycji imperialistycznej Ameryki. Ta z kolei wynika z siły i stabilności amerykańskiego kapitalizmu.
Tylko z tego powodu dolar jest uważany przez międzynarodowych inwestorów za „tak dobry, jak złoto”. Gdyby „silna i stabilna” gospodarka Stanów Zjednoczonych została podważona przez rynki finansowe, dolar również mógłby szybko stracić na wartości.
„Dominacja dolara nie jest gwarantowana na zawsze” – zauważył niedawno magazyn „The Economist”, komentując widoczną siłę dolara w kontekście apeli o zwiększenie wydatków rządowych.
„Kiedy funt szterling stracił swoją dominację na początku lat 30. XX wieku”, zauważa liberalny dziennik, „Wielka Brytania, z długiem publicznym przekraczającym 150% PKB, stanęła w obliczu kryzysu walutowego”. Nie ma powodu, dla którego historia nie mogłaby się powtórzyć w odniesieniu do amerykańskiego kapitalizmu i dolara.
Krótko mówiąc, nie ma czegoś takiego jak „niezależność” gospodarcza, finansowa czy monetarna dla żadnego kraju w ramach kapitalizmu. Dzisiejszy kapitalizm jest prawdziwie globalnym systemem, opartym na całkowicie zintegrowanym rynku światowym i dominacji głównych mocarstw imperialistycznych oraz chronionych przez nie międzynarodowych monopoli.
Tylko poprzez zerwanie z tym systemem – poprzez socjalistyczną przebudowę społeczeństwa na skalę światową – możemy być prawdziwie niezależni i swobodnie realizować politykę gospodarczą, której potrzebuje społeczeństwo.
Nie ma nic za darmo
Nawet jeśli przyjmiemy twierdzenie MMT, że niektóre kraje są „niezależne” monetarnie i mogą swobodnie drukować pieniądze, czy naprawdę oznacza to, że nie ma żadnych barier finansowych stojących na drodze lewicowego rządu?
Zwolennicy MMT słusznie podkreślają, że zdolność każdego rządu do tworzenia i wydawania pieniędzy jest ograniczona – przekroczenie tej granicy spowoduje skutki uboczne w postaci inflacji. Granicą tą są zdolności wytwórcze gospodarki: zasoby ekonomiczne dostępne dla danego kraju w zakresie przemysłu, infrastruktury, edukacji, ludności itp.
Jeśli wydatki rządowe spowodują wzrost popytu powyżej poziomu podaży, siły rynkowe spowodują wzrost cen we wszystkich sektorach, czyli doprowadzą do inflacji. Jak dotąd to wszystko prawda.
Zwolennicy MMT twierdzą, że jeśli dojdziemy do tego punktu, zadaniem rządu będzie powstrzymanie gospodarki przed „przegrzaniem” poprzez ograniczenie popytu. Ich zdaniem, rolą podatków jest wycofanie pieniędzy (stworzonych przez rząd) z gospodarki, podobnie jak pręty kontrolne w reaktorze jądrowym, które pochłaniają neutrony i zapobiegają niekontrolowanej reakcji łańcuchowej.
Jednak rządy nie tworzą po prostu pieniędzy i następnie dokonują ściągania podatków, aby kontrolować popyt. Pieniądze można tworzyć „z powietrza”, ale nie można tworzyć wartości i popytu. Wartość jest wytwarzana w procesie produkcji, a następnie redystrybuowana poprzez podatki. W kapitalizmie rzeczywisty popyt zależy od rentowności produkcji i ograniczeń rynku.
W kapitalizmie nie ma nic za darmo. Państwo może drukować pieniądze, ale nie może drukować nauczycieli i szkół, lekarzy i szpitali ani inżynierów i fabryk.
Oczywiście, jeśli sektor prywatny nie zapewnia i nie wytwarza tych rzeczy, rząd może wkroczyć i zapewnić je bezpośrednio poprzez sektor publiczny. Jednak logicznym wnioskiem z tego nie jest tworzenie większej ilości pieniędzy, ale wycofanie produkcji z rynku poprzez nacjonalizację kluczowych gałęzi gospodarki w ramach racjonalnego, demokratycznego, socjalistycznego planu.
Ostatecznie, dopóki gospodarka pozostaje zdominowana przez wielki biznes i prywatne monopole, wszelkie pieniądze wpompowane w system zostaną przeznaczone na zakup towarów – żywności, schronienia itp. – wytwarzanych przez kapitalistów. Innymi słowy, wszystkie te pieniądze trafią w ręce pasożytów zgarniających zyski.
Celem lewicy nie powinno więc być wzmacnianie systemu pieniężnego, ale jego zniesienie. Wdrożenie wniosków politycznych MMT może doprowadzić do zniszczenia wartości waluty, ale nie ukróci panowania pieniądza. Można to osiągnąć jedynie poprzez zniesienie systemu produkcji i wymiany towarów, z którego historycznie wywodzi się pieniądz.
Oznacza to walkę z podstawowymi założeniami systemu kapitalistycznego: prywatną własnością i produkcją dla zysku. Tylko poprzez wprowadzenie wspólnej własności środków produkcji i wdrożenie socjalistycznego planu gospodarczego możemy zaspokoić potrzeby społeczeństwa. Nie wprowadzimy socjalizmu drukowaniem pieniędzy.
Kapitalizm i klasy społeczne
Zamiast dodruku pieniędzy i biurokratycznego zarządzania popytem gospodarczym, socjaliści powinni walczyć o gospodarkę planową. Nie można jednak planować tego, czego się nie kontroluje. Nie można też kontrolować tego, czego się nie posiada.
MMT unika jednak tej kluczowej kwestii własności gospodarczej. W rzeczywistości w dużej mierze unika kwestii produkcji kapitalistycznej i rządzących nią praw ekonomicznych. W końcu, jak sama przyznaje, nie jest to tak bardzo analiza systemu kapitalistycznego, ile opis relacji między wydatkami rządowymi, podatkami i podażą pieniądza.
Pomijając te kwestie, MMT nie dostrzega jednak fundamentalnych realiów naszej gospodarki: że nie są to tylko liczby na ekranie lub równania na tablicy, ale żywe istoty z krwi i kości, ludzie próbujący żyć po swojemu i zapewnić chleb sobie i swoim rodzinom.

W gruncie rzeczy podobnie jak keynesizm, analiza ekonomiczna MMT wydaje się całkowicie pomijać zagadnienie klas i fakt, że żyjemy w społeczeństwie klasowym, złożonym z przeciwstawnych interesów ekonomicznych: interesów wyzyskiwaczy i wyzyskiwanych.
Na przykład, kiedy MMT mówi o państwie, o jakim państwie mowa? Jak zauważył Marks w „Manifeście komunistycznym”, w kapitalizmie „współczesna władza państwowa jest jedynie komitetem, zarządzającym wspólnymi interesami całej klasy burżuazyjnej”.
Jeśli chcemy rządu, który będzie zarządzał gospodarką w interesie zwykłych ludzi, potrzebujemy państwa robotniczego. A gdzie w MMT jest miejsce dla zorganizowanej klasy robotniczej w zarządzaniu społeczeństwem?
Lenin zauważył kiedyś, że kapitalizm, daleki od demokracji, reprezentuje „dyktaturę banków”. Zamiast obalenia tej dyktatury zwolennicy MMT sugerują jednak zastąpienie jej inną: dyktaturą jednego banku – banku centralnego.
W tej wizji przyszłości, kto będzie kierował tym wszechmocnym bankiem centralnym – klasa robotnicza czy klasa kapitalistyczna? Podobnie jest z wielkimi monopolami, które dominują w gospodarce kapitalistycznej. Czy mają one pozostać w rękach prywatnych, produkując dla zysku?
Bank narodowy, kierujący zasobami społecznymi w gospodarce, z pewnością byłby istotnym elementem socjalistycznego planu produkcji. Jednak w tej konfiguracji taki bank musiałby znajdować się pod kontrolą klasy robotniczej. Czy to właśnie mają na myśli zwolennicy MMT?
Zwolennicy MMT twierdzą, że ich teoria „daje nam możliwość wyobrażenia sobie prawdziwie przełomowej polityki”. Jednak ostatecznie nie proponują oni fundamentalnego podważenia władzy klasy kapitalistycznej ani zmiany obecnych relacji gospodarczych i wynikającej z nich nieudanej dynamiki. Własność prywatna pozostaje dla nich nienaruszalna i święta. Anarchia rynku pozostaje nietknięta.
Zamiast „przejęcia środków produkcji przez klasy robotnicze”, jak twierdzi wybitny teoretyk MMT Bill Mitchell, „klasy robotnicze przejmują środki produkcji pieniądza” (podkreślenie autora). Richard Murphy idzie jeszcze dalej, zapewniając prawicowych krytyków MMT, że jej zwolennicy „nie planują odsunąć sektora prywatnego na bok”.
Podobnie jak ich keynesowscy poprzednicy, zwolennicy MMT stosują strategię, która ratuje i naprawia system kapitalistyczny, zamiast go obalać.
Nowy Ład
MMT proponuje zatem nic innego jak starą keynesowską ekonomię zarządzania popytem. Jednak keynesizm ten był już wcześniej wypróbowany – i okazał się niewystarczający.
Ta odgórna próba zarządzania gospodarką była popularna w zaawansowanych krajach kapitalistycznych w latach 60. i 70. XX wieku, aż do momentu, gdy inflacyjna polityka doprowadziła do globalnego kryzysu kapitalistycznego spowodowanego nadprodukcją, stagflacją i upadkiem systemu z Bretton Woods, który stanowił podstawę powojennego boomu gospodarczego.
Obecnie wezwanie do wprowadzenia Zielonego Ładu stało się popularne wśród lewicy, popieranej przez AOC w Stanach Zjednoczonych i lewicowych działaczy Partii Pracy w Wielkiej Brytanii. Kluczowym elementem propozycji GND przedstawionych po obu stronach Atlantyku jest idea „gwarancji zatrudnienia”: zapewnienie wszystkim bezrobotnym pracy w sektorze publicznym za minimalną płacę.
W ten sposób, jak twierdzą lewicowi zwolennicy MMT, rządy mogą utrzymać „odpowiedni” poziom popytu w gospodarce. Utrzymanie pełnego zatrudnienia staje się głównym celem. Wraz z rozwojem i kurczeniem się „rezerwowej armii siły roboczej” kapitalizmu (jak opisał ją Marks) rozwija się i kurczy również rządowa armia siły roboczej, aby to zrekompensować.
Ma to oczywiście na celu naśladowanie pierwotnego Nowego Ładu: programu robót publicznych prezydenta Roosevelta, który miał stymulować wzrost gospodarczy Stanów Zjednoczonych podczas Wielkiego Kryzysu.
Idee Keynesa miały wyraźny wpływ na kształt Nowego Ładu. W końcu w swojej „Ogólnej teorii” angielski ekonomista zasugerował nawet, że rząd mógłby pobudzić popyt, zakopując pieniądze w ziemi i zmuszając pracowników do ich wykopania.

„Nie ma potrzeby, aby nadal istniało bezrobocie” – stwierdził Keynes. „Rzeczywiście, rozsądniej byłoby budować domy i tym podobne obiekty” – kontynuował – „ale jeśli stoją temu na przeszkodzie trudności polityczne i praktyczne, powyższe rozwiązanie byłoby lepsze niż nic”.
Jedynym problemem, o którym nie wspominają zwolennicy „gwarancji zatrudnienia”, jest to, że Nowy Ład nie zadziałał. Kryzys trwał nadal długo po jego wdrożeniu (w rzeczywistości pogłębił się wraz z pojawieniem się egoistycznego protekcjonizmu). Bezrobocie nawet wzrosło . Dopiero wraz z nadejściem II wojny światowej i wcieleniem pracowników do armii i sektora zbrojeniowego bezrobocie spadło.
Nawet sam Keynes musiał przyznać się do porażki. „Wydaje się, że kapitalistyczna demokracja nie jest w stanie zorganizować wydatków na skalę niezbędną do przeprowadzenia wielkich eksperymentów, które potwierdziłyby moją tezę – z wyjątkiem warunków wojennych”.
To samo można zaobserwować w dzisiejszych Chinach, gdzie w ostatniej dekadzie podjęto największy w historii keynesowski program budowy, próbując uniknąć skutków globalnego kryzysu kapitalistycznego. Jednak rezultatem tego było z jednej strony ogromne zwiększenie długu publicznego, a z drugiej strony absurdalna sprzeczność między miastami-widmami a ogromnym kryzysem mieszkaniowym.
Jest to logiczna konsekwencja keynesowskich prób biurokratycznego zarządzania kapitalistyczną gospodarką nastawioną na zysk. Nie ma powodu, aby sądzić, że nowy New Deal sprawdziłby się dziś lepiej w Ameryce, Wielkiej Brytanii lub gdziekolwiek indziej.
Wracamy więc do punktu wyjścia, zadając sobie pytanie, co naprawdę ma do zaoferowania MMT?
Marksizm kontra keynesizm
Zwolenników MMT nie zniechęcają jednak historyczne porażki podobnych strategii gospodarczych. W końcu, jak wskazuje zwolennik MMT Richard Murphy w Financial Times, dlaczego mielibyśmy martwić się o przekroczenie granic produktywności gospodarki, skoro „żadna gospodarka nie funkcjonowała »normalnie« przez ponad dekadę”.
Rzeczywiście, nawet w czasach „boomu” gorączkowa gospodarka światowa funkcjonuje znacznie poniżej swoich możliwości produkcyjnych, mogąc funkcjonować jedynie dzięki wyjątkowo luźnej polityce pieniężnej i nadmiarowi taniego kredytu.
„Nadwyżka mocy produkcyjnych” stała się charakterystycznym symptomem systemu, który już dawno przestał być użyteczny. Nawet w szczytowym okresie kapitalizm może z powodzeniem wykorzystać tylko około 80–90% swoich zdolności produkcyjnych (patrz poniżej). W czasach kryzysu wskaźnik ten spada do 70% lub mniej. W poprzednich recesjach spadł on nawet do 40–50%.

Obecnie na całym świecie ogromne obszary przemysłu pozostają niewykorzystane. Rynki są nasycone stalą i smartfonami. Miliony pracowników pozostają bezrobotne lub zatrudnione poniżej swoich kwalifikacji.
Jednak ani zwolennicy MMT, ani ekonomiści reprezentujący bardziej tradycyjne podejście keynesowskie nie zadają sobie pytania, w jaki sposób w ogóle doszło do takiej sytuacji.
„Zastosowanie MMT przypomina pompowanie przebitej opony” – zauważa Larry Elliott, redaktor ekonomiczny Guardiana. „Nie ma sensu dopompowywać napompowanej opony”. Po pierwsze należy jednak zapytać: dlaczego doszło do przebicia?
Dlaczego przedsiębiorstwa nie inwestują? Dlaczego nie wykorzystujemy w pełni naszych zdolności produkcyjnych? Dlaczego obserwujemy stałą „rezerwową armię siły roboczej”? Dlaczego rząd musi interweniować, aby „pobudzić popyt”? Krótko mówiąc, dlaczego światowa gospodarka znajduje się w „stałej recesji”?
Na to pytanie zwolennicy MMT i keynesiści nie mają odpowiedzi. Ci drudzy twierdzą jedynie, że „nadwyżka mocy produkcyjnych” jest wynikiem braku efektywnego popytu. Przedsiębiorstwa nie inwestują, ponieważ nie ma wystarczającego popytu na wytwarzane przez nie towary. Ale dlaczego?
W jaki sposób gospodarka utknęła w tej spirali spadkowej niskich inwestycji, bezrobocia i stagnacji popytu? I dlaczego ten cykl koniunktury i recesji (obecnie głównie recesji) jest tak niekończącą się cechą kapitalizmu?
Najlepszym wyjaśnieniem, jakie sam Keynes mógł zaoferować, było odwołanie się do „zwierzęcych instynktów” kapitalizmu. Sugerował, że kapitalistami kieruje po prostu „zaufanie biznesowe”. Jest to jednak nic innego jak filozoficzny idealizm.
Zaufanie w kapitalizmie ma podstawę materialną: rentowność produkcji. Jeśli można osiągnąć zyski, kapitaliści będą pełni zaufania i będą inwestować. Jeśli nie, pojawi się pesymizm – i kryzys.
Marksizm natomiast dostarcza jasnej, naukowej analizy systemu kapitalistycznego, jego relacji i praw oraz tego, dlaczego prowadzą one nieuchronnie do kryzysów. Są to ostatecznie kryzysy nadprodukcji. Gospodarka załamuje się nie tylko z powodu spadku popytu (lub zaufania), ale także dlatego, że siły produkcyjne wchodzą w konflikt z wąskimi granicami rynku.
Produkcja w kapitalizmie ma na celu osiągnięcie zysku. Aby jednak osiągnąć zysk, kapitaliści muszą być w stanie sprzedać wytworzone przez siebie towary.
Jednocześnie jednak zysk jest przywłaszczany przez kapitalistów z nieopłacanej pracy klasy robotniczej. Pracownicy wytwarzają więcej wartości, niż otrzymują w postaci wynagrodzenia. Różnica stanowi nadwyżkę wartości, którą klasa kapitalistów dzieli między siebie w postaci zysków, rent i odsetek.
W rezultacie w kapitalizmie występuje nieodłączna nadprodukcja. Nie jest to po prostu „brak popytu”. Pracownicy nigdy nie będą w stanie kupić wszystkich towarów produkowanych przez kapitalizm. Zdolność produkcyjna przewyższa zdolność rynku do absorpcji.
Oczywiście system może na pewien czas przezwyciężyć te ograniczenia poprzez reinwestowanie nadwyżki w nowe środki produkcji lub poprzez wykorzystanie kredytu do sztucznego rozszerzenia rynku. Są to jednak tylko środki tymczasowe, które, jak powiedział Marks, „torują drogę” do „bardziej rozległych i destrukcyjnych kryzysów” w przyszłości.
Krach z 2008 roku był kulminacją tego procesu – punktem zwrotnym, który był opóźniany przez dziesięciolecia dzięki polityce keynesowskiej i boomowi kredytowemu. Teraz jednak kryzys nastąpił i ani keynesiści, ani zwolennicy MMT, ani nikt inny poza marksistami nie potrafi wyjaśnić, dlaczego tak się stało.
Keynesizm i MMT stanowią co najwyżej środek łagodzący objawy przewlekłej choroby. Żadna z tych teorii nie jest jednak w stanie prawidłowo zdiagnozować tej choroby ani zaproponować prawdziwego lekarstwa.
Chodzi o to, aby zmienić świat
Zwolennicy MMT mają nadzieję, że ich przełomowa nowa perspektywa może wyzwolić lewicę, ruch robotniczy, a tym samym społeczeństwo, dostarczając nam argumentów i narzędzi analitycznych potrzebnych do zerwania z neoliberalnym konsensusem, domagania się niemożliwego i realizacji naszych marzeń.
Prawdziwej wolności nie osiąga się jednak poprzez wyobrażanie sobie, że jesteśmy wolni od praw kapitalizmu. Prawdziwe wyzwolenie wynika właśnie ze zrozumienia tych praw ekonomicznych – i zorganizowania się, aby zastąpić je nowymi, opartymi na planowaniu socjalistycznym i kontroli robotniczej.
Zwolennicy MMT nie wydają się natomiast zainteresowani naukowym zrozumieniem gospodarki. Wyobrażają sobie, że rządy mogą dyktować warunki rynkowi. Jednak w kapitalizmie to rynek – i prawa rynku – dyktują warunki rządom.

Ważną lekcję dostarcza doświadczenie rządu François Mitterranda we Francji. Mitterrand został wybrany w 1981 r. dzięki lewicowemu programowi keynesowskiemu, obiecującemu nacjonalizację, podwyższenie płacy minimalnej i 39-godzinny tydzień pracy.
Jednak już po dwóch latach, w obliczu ucieczki kapitału i spadku konkurencyjności francuskiego przemysłu, prezydent został zmuszony do podjęcia tournant de la rigueur (zwrotu w kierunku polityki oszczędnościowej) w celu zwalczania inflacji i odzyskania zaufania rynków. Wszystko to miało miejsce, gdy Francja była rzekomo „suwerennym” krajem.
Nie jest panikarstwem mówienie o załamaniu gospodarczym, hiperinflacji, ucieczce kapitału, niedoborach i sabotażu: taka jest tragiczna rzeczywistość, z jaką borykają się obecnie pracownicy w Wenezueli w wyniku krótkowzrocznej polityki gospodarczej, uderzająco podobnej do tej proponowanej przez czołowe postaci świata MMT.
Osoby te mogą mieć dobre intencje. Jednak, jak mówi stare przysłowie, droga do piekła jest wybrukowana dobrymi intencjami.
Jak zauważył Paul Krugman w odniesieniu do głównych nurtowych idei makroekonomicznych, MMT jest nie tylko błędna, ale i szkodliwa – szkodliwa, ponieważ sieje złudzenia, torując drogę do katastrofy i rozczarowania.
W tym względzie musimy głośno krzyczeć, jak mały chłopiec z bajki Hansa Christiana Andersena – król jest nagi! Mamy obowiązek ostrzec pracowników i młodzież: nie wierzcie tym, którzy próbują wam wcisnąć swoje fałszywe lekarstwa. Nie czas teraz na przebiegłe uroki szarlatanów i sprzedawców fałszywych lekarstw.
Nie krytykujemy MMT z tej samej pozycji, co apologeci kapitalizmu. Nie, nasza krytyka wynika z perspektywy marksistowskiej – z punktu widzenia tego, co jest dobre dla światowej klasy robotniczej; z tego, co jest konieczne do zniesienia kapitalizmu i wyzwolenia ludzkości.
Lewica i ruch robotniczy nie zostaną wyzwolone poprzez lekkomyślne odrzucenie kajdan ortodoksji, ale poprzez opracowanie prawidłowej, naukowej analizy gospodarki. Tylko w ten sposób możemy obalić zgrzybiały system kapitalistyczny i zastąpić go socjalistycznym planem produkcji.
Było to zadanie, które Karol Marks postawił sobie w swoich pismach ekonomicznych – w szczególności w swoim opus magnum, „Kapitale”. Aby zmienić świat, trzeba go najpierw zrozumieć.
Autor: Adam Booth
- Tzw. kryzys wymienialności funta (1964–67) ↩︎
- David Graeber (1961–2020) — anarchistyczny antropolog, autor m.in. takich prac, jak „Dług: pierwsze pięć tysięcy lat” i „Prace bez sensu”. ↩︎
- Tj. średniego czasu potrzebnego na wytworzenie danych towarów. ↩︎
- Karol Marks, Kapitał, księga I, rozdział II, s. 91, Warszawa 1951 ↩︎
- Tamże, s. 92–93 ↩︎
- Karol Marks, Zarys krytyki ekonomii politycznej, s. 128–129, Warszawa 1986. ↩︎
- Jest to tzw. wzrost organicznego składu kapitału. ↩︎
- SIPRI — Stockholm International Peace Research Institute, Sztokholmski Międzynarodowy Instytut Badań nad Pokojem ↩︎
- Karol Marks, Fryderyk Engels, Dzieła, tom 25, s. 378–379, Warszawa 1983 ↩︎
- Fundusz ETF (Exchange-traded fund, dosł. fundusz notowany na giełdzie) — rodzaj funduszu inwestycyjnego, którego jednostki uczestnictwa są przedmiotem obrotu giełdowego. ↩︎