
Poniższy artykuł został oryginalnie opublikowany w sierpniowym numerze naszej gazety Rewolucja, którą możecie zdobyć u każdego członka Czerwonego Frontu i wszędzie tam, gdzie działamy
Wynik wyborów prezydenckich pokazał dosadnie, że młodzież szuka czegoś innego, niż ugruntowany duopol PiS-PO lub jego odnogi w postaci Trzeciej Drogi czy Nowej Lewicy. W ocenie Polityki młodzi poszukują „opcji rewolucyjnej, a nie reformistycznej”. Tak istotnie wynika z pobudek, dla których młodzi głosowali, ale jeżeli chodzi o rzeczywiste alternatywy, mieliśmy do wyboru albo Mentzena, którego program gospodarczy realizuje obecnie rząd Tuska wraz z zespołem Brzoski, albo Zandberga, który jest właśnie lewicowym reformistą, ale przynajmniej nie współtworzy kryzysowego rządu Tuska i pozostaje jego krytykiem. W wyborach to ten pierwszy przyciągnął więcej młodzieży, nie dzięki demagogicznemu szczuciu na migrantów – co częściowo robi też Zandberg, strasząc milionami uchodźców z Pakistanu na granicy białoruskiej, gdyby nie zrealizować jego programu inwestycji i tworzenia miejsc pracy – ale dlatego, że Mentzen dosadniej stwierdził, że obecne elity polityczne muszą odejść.
W następstwie tego wyniku partia Razem odnotowała wzrost zgłoszeń. Ten instynkt jest słuszny – nie wyborczy cyrk, lecz oddolna organizacja w ramach partii może być gwarantem, że coś się zmieni. Jednak taka partia musi reprezentować interesy robotników i młodzieży, a nie kapitału, branży technologicznej i zbrojeniowej, jak to obecnie robi Razem. W tym numerze opisujemy kulę u nogi, jaką dla polskich reformistów jest przywiązanie do NATO, UE i przemysłu zbrojeniowego. W poprzednim numerze przytoczyliśmy natomiast doświadczenia naszych członków w ramach działalności w podobnych organizacjach, gdzie młodych ludzi się nie słucha i nie traktuje poważnie. Zobaczmy teraz, jaką rolę partie reformistyczne – takie, które w miejsce zerwania z kapitalizmem proponują jego polepszenie – mogą grać dzisiaj, w epoce gnicia systemu kapitalistycznego, w epoce imperializmu.
Reformizm a marksizm
Choć nasi reformiści najchętniej by o tym zapomnieli, korzenie nurtu, który reprezentują, sięgają Socjaldemokratycznej Partii Niemiec (SPD) i historii Drugiej Międzynarodówki. W następstwie rozwoju kapitalizmu i dobrej koniunktury końca XIX w. tę największą wówczas partię robotniczą świata opanowały marazm i oportunizm. Ogromny aparat partyjny, z tysiącami administratorów, przywódców związkowych i drobnych urzędników bezpośrednio korzystał ze wzrostu gospodarczego, a cel rewolucji i obalenia kapitalizmu stał się elementem, o którym wspominano wyłącznie od czasu do czasu. Prawdziwe, materialne interesy tej biurokracji były inne – chodziło właśnie o to, żeby utrzymać swoją pozycję w ramach kapitalizmu. Dominowała polityka „pragmatyzmu” i „sprawczości”, w ramach której każde drobne ustępstwo traktowano jako cel sam w sobie. Partia stawała się sumieniem burżuazji, jej lewą flanką.
Teoretyczny wyraz temu procesowi dał Eduard Bernstein, jeden z liderów SPD, który przeszedł na pozycje rewizjonizmu – odrzucając podstawowe osiągnięcia nauki Marksa i argumentując, że kapitalizm rozwiązał już problem kryzysów, a rolą partii socjalistycznej powinna być walka o reformy, na drodze których osiągnie się socjalizm. Druzgocący cios tej idei zadała Róża Luksemburg w swoim arcydziele Reforma socjalna czy rewolucja z 1899 r., pokazując siłę marksistowskiej teorii.
Bernstein próbował dowieść niezachwianego panowania małego biznesu, a marksizm pokazuje, że kapitalizm dąży do monopolizacji. Bernstein postulował umocnienie warstw średnich, a marksizm wskazywał, że te będą zanikać w procesie proletaryzacji, w ramach którego szerokie warstwy urzędników, nauczycieli czy drobnych przedsiębiorców będą stawać się robotnikami. Bernstein postulował możliwość kapitalizmu do zarządzania kryzysami i produkcją, a marksizm utrzymuje, że chaos produkcji będzie wciąż prowadzić do nowych kryzysów i tarć. Bernstein widział robotników jako ciemną masę zainteresowaną wyłącznie bezpośrednimi warunkami materialnymi, a marksizm twierdził, że udziałem klasy pracującej jest też walka polityczna i teoretyczna.
Każdy, kto nie przespał ostatnich 100 lat rozumie, kto miał rację. Ostatecznym dowodem na bankructwo reformizmu okazała się właśnie rzeczywistość. Poparcie SPD dla wojny w 1914 r. i rola przeszkody dla rewolucji niemieckiej 1918-1924 potwierdziły ten kierunek. Kapitalizm nie tylko nie rozwiązał sprzeczności, lecz ciągle je zaognia, co poskutkowało dwiema wojnami światowymi i obecną rzezią na Ukrainie czy na Bliskim Wschodzie.
Dobre chęci i niedobry system
Historia SPD to kronika zdrad klasy robotniczej, które w efekcie, wraz z innymi czynnikami, umożliwiły przejęcie władzy w Niemczech przez nazistów. Ale z pewnością istnieją reformiści, którzy szczerze wierzą w swoją misję – w to, że nawet działając w ramach kapitalizmu jest możliwa walka o lepszy byt dla robotników. W kontrze do tych chęci stoi jednak logika systemu. Kapitalista, by utrzymać swoje zyski w konkurencji z innymi kapitalistami, jest zmuszony ciągle dążyć do obniżenia kosztów produkcji. Jednym z nich jest płaca robotnika, główny cel ataków burżuazji i jej parlamentarnych przedstawicieli. Wszystkie zdobycze klasy pracującej – jak 8-godzinny dzień pracy, prawo pracy czy publiczna służba zdrowia – były nie efektem dojścia do władzy reformistów, lecz wprowadzano je w strachu przed robotnikami, po masowych strajkach i mobilizacjach. Nie wola tego czy innego polityka, lecz walka klas, walka klasy pracującej przeciwko kapitalistom to gwarant polepszenia materialnego bytu.
Do wprowadzenia reform niezbędne są warunki ekonomiczne. Reformy niezbędne są także kapitalistom – po to, żeby utrzymać konsumpcję na takim poziomie, by móc realizować zysk z produkcji w momencie sprzedaży swoich towarów i utrzymać poziom życia robotnika na tyle, by możliwa była dalsza reprodukcja siły roboczej w postaci nowych pracowników wchodzących na rynek pracy. Usługi publiczne czy podwyżki płacy nie mogą jednak naruszać znacząco zysków kapitalisty. Z tego względu reformy można rzeczywiście wprowadzać wyłącznie wtedy, gdy z jednej strony mamy do czynienia z presją ze strony pracowników, z drugiej wzrost gospodarczy, który można częściowo przeznaczyć na ustępstwa wobec robotników.
Taka sytuacja nastąpiła w Europie po II wojnie światowej. W Wielkiej Brytanii, po niespodziewanej wygranej Partii Pracy w wyborach, utworzono rząd, na którego czele stał Clement Attlee. Masy, wymęczone wojną i pamiętające cięcia konserwatystów z lat 30., potrzebowały polityki reprezentującej ich interesy. Na fali powojennego boomu, inwestycji amerykańskich w ramach planu Marshalla i częściowej nacjonalizacji części przemysłu i transportu w czasie wojny, Attlee miał możliwość przeprowadzić rzeczywiste reformy. Wzmocniono fundamenty państwa opiekuńczego, upaństwowiono kluczowe gałęzie gospodarki, jak energia, transport i część przemysłu ciężkiego. Stworzono również National Health Service – publiczną ochronę zdrowia.
W przeciwnym wypadku Wielka Brytania stanęłaby w obliczu ogromnego kryzysu, kapitaliści nie mogliby już wycisnąć z robotników więcej, a sama klasa pracująca z pewnością odpowiedziałaby na tę sytuację masową mobilizacją. Ważyły się losy samego reżimu – takie reformy „od góry” to wyłącznie zabezpieczenie przed rewolucją. Ale już w 1949 pierwsze oznaki kryzysu doprowadziły do ogromnego spadku wartości brytyjskiej waluty, a „lewicowy” rząd rozpoczął cięcia i ataki na pracowników, na przykład zamrażając podwyżki płac. Dług zaciągnięty u Amerykanów przerzucono na barki brytyjskich robotników, a sektor państwowy, o ile już nie służył jako zaplecze do kapitału prywatnego, zaczęto prywatyzować. Takie ustępstwa wobec pracowników mają krótki czas trwania – po zapewnieniu społecznego pokoju lub w momencie kryzysu wszystkie zdobycze klasy pracującej są jej odbierane w celu zwiększenia zysków kapitalisty. Nikt nie wymyślił jeszcze sposobu – oprócz obalenia kapitalizmu – który mógłby naruszyć tę systemową logikę.
Partia Pracy tworzyła rządy jeszcze kilkukrotnie, ale nie było wówczas możliwości wprowadzania głębszych reform – została wyłącznie retoryka. Kapitalistom skończyła się cierpliwość, a klasa pracująca powróciła na swoje miejsce – surowca do wyzysku. Równolegle do tej dynamiki Partia Pracy, niegdyś partia zorganizowanej klasy pracującej, zaczęła przyciągać związkową biurokrację, która przez całe dekady strajków grała rolę hamulca dla walki klas. Nastąpiła era trwająca do dziś – reformizmu bez reform, reformizmu jako listka figowego do przeprowadzania cięć i polityki zaciskania pasa.
Podobny charakter miały reformy wprowadzane we Francji – wprowadzane jako zabezpieczenie przed robotnikami i komunistycznymi partyzantami, którzy w wyzwalanych od nazistowskiej okupacji miastach tworzyli rady robotnicze i organizowali społeczeństwo bez udziału kapitalistów. System ubezpieczeń czy częściowa nacjonalizacja transportu służyły jednak – dokładnie tak, jak w Wielkiej Brytanii – przerzuceniu kosztów odbudowy na barki robotników (w ramach systemu podwójnego finansowania zarówno z pieniędzy publicznych, jak i bezpośrednio z kieszeni pracujących) i przygotowywaniu zaplecza do kapitalistycznej kontrrewolucji.
Nie dobre chęci socjaldemokratów, lecz strach przed robotnikami był motorem powojennego reformizmu – jako wstępu do masowej prywatyzacji, brutalnego tłumienia rewolucji w koloniach i ataków na pracującą większość. Okres rzeczywistych, głębokich reform skończył się w momencie wybuchu kryzysu lat 70., po którym wzrost gospodarczy stał się mrzonką przeszłości. Nawet upadek Związku Radzieckiego i otwarcie Chin na zagraniczne inwestycje nie przywróciły do życia tego etapu kapitalizmu, który pozwala na znaczące ustępstwa wobec pracowników. Dziś, pomimo narastającej fali strajków, społecznego niezadowolenia i rewolucji, kapitaliści nie mają absolutnie żadnych środków, które mogliby przeznaczyć na reformy.
Reformizm bez reform
Cennym przykładem, jaką rolę może grać reformizm w dobie imperialistycznego gnicia, była fala popularności reformistycznych partii w następstwie masowej mobilizacji przeciwko próbom przerzucenia na barki klasy pracującej efektów kryzysu z 2008 r. Partie takie, jak Podemos w Hiszpanii czy Syriza w Grecji, zdobywały poparcie, a nawet dochodziły do władzy z silnym mandatem robotników i programem, który miał nie dopuścić do dalszych cięć. W efekcie partie te były zmuszone… robić dokładnie to, przeciwko czemu występowały.
Podemos w 2015 r. tworzyło trzecią siłę w hiszpańskim parlamencie, ale zamiast oprzeć się na swoich robotniczych wyborcach, skierowało się na drogę „sprawczości” w parlamencie, tworząc koalicje ze starymi partiami „lewicowymi”, w efekcie dokonując czystek swoich bardziej radykalnych liderów. W 2019 r. zwrot na prawo był już faktem, a Podemos udało się stworzyć mniejszościową frakcję w koalicji z PSOE – liberałami udającymi „lewicę”. W efekcie Podemos miało zaszczyt firmować swoją twarzą ataki na pracowników, udając przy tym, że nie mogą wiele zrobić, ponieważ jest ich w rządzie za mało. Młodzież i robotnicy odwrócili się od Podemos, a samą partią wstrząsnęły rozłamy i powolny zanik jako licząca się siła. Ogromny ruch społeczny zaprzepaszczono w imię parlamentarnego kretynizmu.
Jeszcze ostrzejszą formę kryzys – a zatem i kryzys reformizmu – przybrał w Grecji, najsłabszym ogniwie strefy euro. Dla wszystkich było jasne, że to robotnicy Grecji mają zapłacić za kryzys w silniejszych gospodarkach Unii Europejskiej. Dług publiczny przybrał jednak tak ogromne rozmiary, że niezbędna była bezpośrednia interwencja kapitału finansowego. Rachunek do zapłaty dostali greccy pracownicy, a krajem wstrząsnęła bezprecedensowa zapaść gospodarcza, połączona z ogromnym spadkiem poziomu życia i barbarzyńską polityką unijnych cięć. Klasa robotnicza zorganizowała strajk generalny, a na ulicach Aten protestowało pół miliona Greków. Ruch zbierał na sile, a w mediach mówiło się wręcz o „bolszewickiej rewolucji”. Politycznym wyrazem tego ogromnego niezadowolenia stała się SYRIZA, która w wyborach 2015 r. pokonała liberałów i sięgnęła po władzę. Propozycję europejskiego kapitału finansowego, by w zamian za dalsze cięcia usług publicznych ratować greckie banki zastrzykiem finansowym, poddano głosowaniu w referendum – w którym greckie masy jednoznacznie odrzuciły tę drakońską politykę.
Ale obawiając się reakcji burżuazji, SYRIZA postanowiła przyjąć kolejną – tym razem znacznie gorszą – ofertę europejskiego kapitału. Setki tysięcy robotników na ulicach domagało się jednoznacznej walki z tym zorganizowanym oporem kapitalistów, ale reformiści jeszcze bardziej, niż braku pieniędzy, obawiali się właśnie własnych wyborców. W efekcie SYRIZA stała się partią, która wprowadzała najbardziej barbarzyńskie cięcia w historii kraju. Podobnie jak Podemos, straciła całe zaufanie mas i rozpadła się na kilka nieistotnych grupek.
Koniec końców partie reformistyczne staną przed wyborem – kapitaliści czy robotnicy? Historia pokazuje, że bez rewolucyjnego przywództwa, bez programu walki z kapitalizmem, bez odrzucenia całego systemu nawet przy masowej mobilizacji i sięgnięciu po władzę reformizm nie potrafi oprzeć się na masach, a może je jedynie zdradzić. Nie jest to wynik podejścia samych polityków, takich jak Tsipras (choć wpływ osobistych cech też ma znaczenie, jak pokazała porażka Corbyna, łamiącego się pod ciosami fałszywych oskarżeń o antysemityzm), lecz sama logika kapitalizmu. Tego właśnie uczy nas marksizm – w ostatecznej analizie należy wybrać, po której stronie barykady w ramach walki klas się opowiemy.
Warunki współczesne
Jaka jest obecna sytuacja? Jeszcze bardziej, niż kiedyś możemy dzisiaj zobaczyć absolutny brak jakichkolwiek podstaw ekonomicznych do reform. Nawet pomimo ogromnych ruchów społecznych, jak trwająca mobilizacja młodzieży i robotników w Serbii, kapitaliści nie mają nam do zaoferowania nic poza dalszym kryzysem. Inwestycje są na żałosnym poziomie, dług publiczny i prywatny osiągnął niebotyczne rozmiary, a Europę nawiedziło widmo deindustrializacji i masowych zwolnień. W takiej sytuacji partia reformistyczna, nawet rządząca niepodzielnie, będzie zmuszona robić to, co robiły jej poprzedniczki – ciąć do kości kosztem robotnika tak, aby ratować zyski kapitalistów. Obecne działania Partii Pracy w Wielkiej Brytanii – i szybkość, z jaką masy tracą do niej resztki zaufania – są na to najlepszym przykładem.
W Polsce sytuacja wygląda identycznie. Zespół Brzoski, deregulacja prawa pracy, masowe zwolnienia, coraz głośniejsze głosy o potrzebie rewizji wieku emerytalnego, przepychanki w sprawie płacy minimalnej, ataki na Pocztę Polską i NFZ, całe miliardy utopione w zbrojeniach – oto plan, który dostanie do wykonania każdy bez wyjątku rząd. Każdy inny program można spokojnie wyrzucić do kosza, tak jak zrobiła to SYRIZA, Podemos i Partia Pracy. To dlatego zarówno Nowa Lewica, jak i Partia Razem proponują dziś, by zacząć od inwestycji i wzmocnienia polskiego przemysłu. Ale zasadnicze pytanie jest jedno – czyim kosztem? Plan zbudowania polskiego dobrobytu zbrojeniami albo abstrakcyjnymi hasłami o „krzemie i atomie” to nawet nie naiwność – lecz zwykły żart.
Polscy reformiści na sztandary biorą transfer publicznych pieniędzy prosto w kieszeń spekulantów zbrojeniowych – i mają czelność ten postulat stawiać tuż obok wsparcia usług publicznych. O ile nam wiadomo, ani Biejat, ani Zandberg nie ukrywają w piwnicy magicznego urządzenia do produkcji pieniędzy, którymi można zadowolić zarówno kapitalistę, jak i robotnika. W czasie imperialistycznego kryzysu, gdzie wzrost gospodarczy, o ile w ogóle występuje, trafia bezpośrednio do kieszeni kapitału finansowego, nie ma i nie może być żadnej możliwości przeprowadzenia reform bez mobilizacji klasy pracującej, bez wystąpienia z otwartą przyłbicą właśnie przeciwko tym, dzięki którym strajkuje coraz więcej zakładów w Polsce – przeciwko kapitalistom.
Walka o reformy to walka o rewolucję
To dlatego walka o reformy jest dziś walką o rewolucję. Nie odrzucamy reform – jesteśmy ich najgorętszymi zwolennikami. Bez codziennej walki o najmniejszą podwyżkę, o każdą stołówkę na uniwersytecie, o najdrobniejsze ustępstwa wobec pracowników nie możemy myśleć o stworzeniu rewolucyjnego ruchu. Ale na to wszystko patrzymy trzeźwo, nie wierząc w zapewnienia, które słyszeliśmy wielokrotnie, lecz korzystając z naukowego dorobku marksizmu.
Imperialistyczne stadium rozwoju kapitalizmu oznacza nie rozwój, lecz organiczną, głęboką stagnację i kryzys. To era bezprecedensowych ataków na nasz poziom życia, przeciwko któremu mobilizuje się młodzież i robotnicy. W wielu przypadkach ta rodząca się świadomość klasowa prowadzi do wzrostu poparcia dla partii reformistycznych. To słuszny kierunek, bowiem bez dwóch zdań potrzebujemy zmian. Lecz dzisiaj tak, jak głęboki jest kryzys kapitalizmu, tak głębokie muszą być zmiany – prowadząc nas do wniosku, że jedynym sposobem nie tylko na polepszenie bytu, co w ogóle utrzymanie zdobyczy dnia wczorajszego, jest walka rewolucyjna.
Każda bowiem reformistyczna partia u władzy zderzy się nieuchronnie z potężnym i zorganizowanym oporem kapitalistów. To, co może go złamać, to nie programy i deklaracje, lecz równie potężna i równie zorganizowana klasa pracująca. Gdyby SYRIZA i Podemos oparły się nie na burżuazji i parlamentarnych roszadach, lecz na setkach tysięcy demonstrujących na ulicach robotników, wówczas rzeczywiście coś mogłoby się zmienić.
Taka walka przybrałaby jednak nie charakter reformistyczny, lecz właśnie rewolucyjny – przed czym ostrzegali strategowie kapitału, obawiając się niczego innego, niż przewrotu i obalenia kapitalizmu. Czerwony Front i Rewolucyjna Międzynarodówka Komunistyczna zamierza potwierdzić te obawy w praktyce. Dopiero, gdy robotnicy przejmą stery gospodarki w swoje ręce, gdy ogromna ilość bogactwa wypracowanego przez nas wszystkich będzie służyć nam, a nie spekulantom, wówczas – i tylko w takim wypadku! – będzie rzeczywiście możliwy dalszy rozwój i zapewnienie godnego życia nam wszystkim.
Autor: Marcel Ostrowski