kraklew

Nie minął jeszcze pierwszy kwartał nowego roku, a już teraz wiemy, że rok 2026 zapisze się w historii jako ostateczny dowód na to, że żyjemy w dekadzie kryzysu, wojen i rewolucji. Nie ma tygodnia, by nie spływały do nas informacje o kolejnej imperialistycznej agresji, postępującej militaryzacji, cięciach czy zwolnieniach – po których płoną parlamenty i upadają rządy. Coraz wyraźniej widać też wpływ tego globalnego chaosu na nasze własne podwórko – kryzys nie omija Polski, a coraz szersze warstwy robotników i młodzieży budzą się do życia politycznego, mówiąc dość systemowi kapitalistycznemu, który nie oferuje żadnej drogi naprzód.

Jest jednak miasto w Polsce, w którym aktywiści „lewicowi” usilnie udają, że ich to wszystko nie dotyczy – Kraków. Robią wszystko, żeby utrzymać swoje standardowe (i nieskuteczne) działania, w ramach których, zgodnie z maksymą Eduarda Bernsteina, cel jest niczym, ruch – wszystkim. W słowach i sloganach – najbardziej radykalne, antykapitalistyczne hasła; ale działalność – to już najlepszy prezent dla kapitalizmu. Nic bowiem dla burżuazji łatwiejszego, niż po prostu pozwolić się tym oburzonym „wyszaleć” i dalej robić swoje. Całe wieki walki klasowej pokazują, że bez organizacji nie da się niczego zmienić – tym lepiej dla kapitalistów, że ci aktywiści, traktujący swoją działalność tak, jak feudalny pan traktował swoje pole, naturalnie wrodzy są właśnie zorganizowanej walce.

Ten system zaczyna się właśnie sypać. Wbrew wynurzeniom o końcu historii młodzi ludzie chcą rzeczywistych zmian, a nie głupawej pracy w Greenpeace czy Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy. Temu rewolucyjnemu pokoleniu nie wystarczają puste hasełka i kręcenie się w karuzeli bezsilności wraz z pozostałymi kilkoma dobrze znanymi postaciami, którzy przez całe lata budowali swój „prestiż” i swoją „renomę”. Nie wystarczy im, że walka o akademiki, lokale społeczne czy o wolną Palestynę kończy się, gdy aktywistycznym „liderom” obieca coś ten czy inny minister, rektor czy prezydent miasta. A potem? Potem to już będzie inny temat – najważniejsze, że kolejne demonstracje i pikiety można kolekcjonować jak znaczki.

Ten skrupulatnie stworzony ekosystem ostatnimi laty burzymy też my – komuniści. Dla nas Palestyna, Wenezuela, Iran, lokatorzy, gentryfikacja, zwolnienia i strajki – to nie okazja do błyszczenia przed burżuazyjną kamerą, ściskania dłoni z kolegami z partii politycznych i urzędów miasta czy spędzenia wesoło czasu z przyjaciółmi. Dla nas – to kwestie na tyle ważne, że zdecydowaliśmy się poświęcić całe życie zadaniu obalenia systemu kapitalistycznego. Do tego jednak potrzebujemy zbudować silną partię, która będzie w stanie to zadanie wykonać. Jeśli ktoś jest w stanie obalić kapitalizm bez takiej partii, za pomocą listów, petycji czy ulicznych teatrzyków – niech pokaże nam w praktyce, że to możliwe, a wówczas obiecujemy porzucić grzech komunizmu i podążać za przewodem „liderów” ku świetlanej przyszłości.

Nie mamy absolutnie nic przeciwko aktywistom, anarchistom czy reformistom. Nie interesują nas plemienne walki o czystość ideową. Nikt nie rodzi się komunistą, a jeśli twoim wrogiem jest kapitalizm – wówczas jesteś dla nas towarzyszem, a wszelkie różnice rozwiążemy w ramach demokratycznej, wolnej dyskusji. Naszym obowiązkiem jest jednak demaskować takich „liderów” ruchu, którzy w praktyce wspierają dokładnie to, z czym walczą – burżuazyjne państwo, burżuazyjną policję, burżuazyjny wyzysk, burżuazyjną cenzurę i burżuazyjną przemoc. Nie ma i nie może być w naszym ruchu miejsca dla agentów kapitału, dla niepoznaki udających „radykalną lewicę”.

Kraków jak w soczewce zbiera wszystkie problemy aktywizmu, drobnomieszczaństwa i karykaturalnego „anarchizmu”. Nie jest to przypadek odosobniony, bowiem wyrasta właśnie z klasowego pochodzenia „liderów” takich ruchów. Nie możemy pozwolić, by narastający, słuszny gniew robotników i młodzieży marnować na „radykalne” działania, które kończą się najwyżej darmową reklamą dla liberałów i małego biznesu. Zanim jednak przejdziemy do najbardziej zdumiewających osiągnięć tych profesjonalnych aktywistów, musimy dobrze zrozumieć, skąd wynika ich destrukcyjny wpływ na ruch robotniczy.

Dwa słowa o socjologii drobnomieszczaństwa

Oprócz robotników po jednej stronie, a kapitalistów po drugiej, istnieje jeszcze dziś warstwa pośrednia – drobnomieszczaństwo. Jest to pozostałość średniowiecznego, feudalnego sposobu produkcji – opartego na rzemieślnikach, dla których manufaktura, a potem fabryka stanowiła śmiertelne zagrożenie. Kapitalizm, który koncentrował produkcję i dla którego niezbędne było powstanie klasy pracowników najemnych, zintegrowanych w miejscu pracy – to główny wróg drobnomieszczaństwa.

Dziś ta grupa pozostaje w stanie ciągłej presji i – jak pisała Róża Luksemburg – działają na nią zarówno tendencja wznosząca i ta ciągnąca w dół. Ta pierwsza obiecuje wyniesienie do upragnionej pozycji kapitalistycznej, ta druga grozi przejściem do obozu robotników. To ta druga siła zdecydowanie wygrywa, pchając drobnomieszczan ku ich najgorszemu koszmarowi – zasilania szeregów „zwykłych roboli”.

Takie elementy – dziś to często artyści, akademicy, lekarze, prawnicy, drobni przedsiębiorcy, bogaci studenci oczekujący na przejęcie rodzinnego biznesiku, wszelkiego rodzaju ciułacze czy przedstawiciele „wolnych zawodów” – często cechuje tak ogromna pogarda dla pracy najemnej, że jeśli nie mają możliwości dołączyć do kapitalistów, wówczas wolą wegetować w społeczeństwie jako elementy zdeklasowane, pełne dekadencji i demotywacji.

Do tej grupy możemy też zaliczyć tzw. arystokrację pracy, czyli formalnie robotników, którzy z uwagi na swoje miejsce w procesie produkcji żyją ponad stan do tego stopnia, że nie są już częścią zbiorowego procesu pracy, ale nie są też posiadaczami środków produkcji. Są to dobrze opłacani programiści czy inżynierowie wyższego szczebla, biurokracja związków zawodowych, wyżsi urzędnicy, menedżerowie, wszelkiego rodzaju freelancerzy itd.

Społeczny charakter pracy najemnej i współpraca, na której pomimo wtłaczanej nam zewsząd do głów ideologii burżuazyjnej opiera się produkcja kapitalistyczna – to zupełne przeciwieństwo indywidualizmu, który cechuje drobnomieszczan. Z pośredniej pozycji społecznej wynika konkretna psychologia – kult jednostki, ciągła presja na sukces, awersja do kolektywnej pracy, otoczenie drobnej własności kultem, pogarda dla „głupich mas”, niechęć do zmian, plemienna mentalność i tłoczenie się w małe grupki znajomych.

Oczywiście nie jest tak, że pochodzenie klasowe to wyrok na całe życie. Są przypadki, gdzie warstwy pośrednie potrafiły zerwać ze swoimi przyzwyczajeniami i walczyć po stronie robotników. Jest to jednak mniejszość.

Z tym całym bagażem drobnomieszczanie wchodzą do polityki, w której ich interes klasowy reprezentowany jest przez nierealne żądanie powrotu do przeszłości – wolnej konkurencji, drobnej produkcji, atomizacji życia społecznego. Z tego względu drobnomieszczan znajdziemy wśród akademickich „marksistów”, poprawiających Marksa tak, by zrobić z niego najgorętszego zwolennika startupów, znajdziemy wśród reformistów, którzy obiecują z całego serca wspierać „drobnego przedsiębiorcę”, wśród liberałów, konserwatystów i prawicy – lecz także wśród „lewicy patriotycznej” i anarchistów.

Ni boga, ni pana

Myśl anarchistyczna stanowiła ważny pomost pomiędzy klasycznym socjalizmem utopijnym socjalizmem naukowym – czyli marksizmem. Najlepszym przykładem jest Pierre Proudhon – którego cytat trafił nawet do Manifestu komunistycznego, ale który jest również przedmiotem filozoficzno-ekonomicznej rozprawy Marksa z utopizmem i idealizmem, zatytułowanym Nędza filozofii. Na polu teorii anarchizm stanowi właśnie ostatnie słowo socjalizmu utopijnego – nie wykazując naukowo, w jaki sposób dojść do społeczeństwa bezklasowego (komunizmu), lecz skupiając się w szczególności na walce z bezpośrednim uciskiem, widocznym szczególnie właśnie dla drobnomieszczaństwa – państwem kościołem.

Dlaczego dla drobnomieszczaństwa? To właśnie na tej warstwie oprzeć chciał swój ruch praojciec anarchizmu, Michaił Bakunin. Ten zawadiaka przeszedł zresztą z teorii do praktyki, konsekwentnie destabilizując Pierwszą Międzynarodówkę tajnymi klikami i mniejszościowymi grupami, których największym osiągnięciem były antysemickie tyrady i powszechne pijaństwo.

Na szczęście kolejni przedstawiciele anarchizmu zarówno w teorii, jak i w praktyce byli nieco lepsi – choć nadal zdecydowanie utopijni. Klasycznym przykładem starcia perspektyw komunizmu i anarchizmu jest na przykład rozmowa Lenina z Kropotkinem w 1919 r. W czasie spotkania Lenin, darzący ogromnym szacunkiem anarchistycznego księcia (przydomek Kropotkina związany z jego arystokratycznym pochodzeniem – przyp. red.) opowiadał o osiągnięciach Rewolucji Październikowej, a Kropotkin po prostu powtarzał, że najważniejsze są… kooperatywy. Książę nie potrafił zrozumieć, że nie ma żadnej magicznej siły, która byłaby w stanie w jednej chwili przenieść mas ze społeczeństwa wychowanego w społeczeństwie klasowym do komunizmu; że niemożliwe jest – szczególnie warunkach wojny domowej i inwazji dwudziestu jeden armii zaborczych – po prostu złamanie oporu kapitalistów dekretem i natychmiastowy demontaż państwa.

To tutaj ścieramy się z anarchistami – uważamy, nie z miłości do aparatu państwowego, ale z podsumowania doświadczeń walki klasowej (w szczególności bohaterskiej walki Komuny Paryskiej), że w okresie przejściowym od kapitalizmu do komunizmu państwo będzie niezbędne po to, by łamać opór kapitalistów. Wraz z rozwojem technologicznym zanikać będą klasy (w tym klasa pracująca), a więc państwo – które dla marksistów oznacza tyle, co oddziały uzbrojonych ludzi stojących na straży danego sposobu produkcji i danej klasy panującej – nie będzie już potrzebne. Obejdziemy się bez niego nawet w sferze organizacji produkcji, planowania, administracji i wszystkiego innego. Do tego właśnie dążą komuniści.

Anarchiści przeciwnie – uważają, że możliwe jest takie przekształcenie społeczeństwa, które w jednej chwili zniszczy kapitalistyczne państwo – odtąd produkcja będzie odbywać się na zasadzie spółdzielni, a dzięki ideom pomocy wzajemnej i niezależności nie będzie potrzebna żadna struktura państwowa. Za tym godnym podziwu żądaniem nie stoi jednak naukowa analiza rzeczywistego charakteru państwa i jego roli.

Brzmi to w każdym razie jak różnica, co do której można by się spierać w momencie rewolucyjnym lub po obaleniu kapitalizmu, prawda? Koniec końców nasz wspólny cel – to bezklasowe, bezpaństwowe społeczeństwo wolne od wyzysku. To zresztą podkreślał właśnie Kropotkin, który pomimo różnic ideologicznych wspierał rewolucję bolszewicką przed atakami „białych” – do których czasami dołączali nawet „anarchiści”.

anarchizmie jako koncepcji politycznej burżuazja znalazła doskonałe narzędzie ataku na marksizm. O ile libertarianie czy ekonomiści klasyczni atakują marksizm z prawa, anarchizm obiecuje robić to z lewa, starając się być jeszcze bardziej radykalny, jeszcze bardziej demokratyczny, jeszcze bardziej równościowy. Historyczną tragedią jest to, że w świadomości kreowanej przez burżuazję komunizm – to kult państwa, a anarchizm – zdrowy sceptycyzm wobec sądów, policji czy parlamentów.

Zapewniamy jednak, że cechuje nas nie tylko sceptycyzm, ale też naukowe zrozumienie państwa – bo naszym celem jest je obalić. Żeby to zrozumieć, nie można wierzyć na słowo kapitalistom, ale studiować marksizm na własną rękę – na przykład badając, co na temat państwa miał do powiedzenia „autorytarny” Lenin. Zachęcamy do tego absolutnie wszystkich tych, których – tak jak nas – odrzuca państwowy aparat przymusu i represji.

Teoria to jedno, a praktyka drugie. Chociaż anarchizm zwykle nie był popularny wśród mas robotniczych (zgodnie z zamysłem Bakunina znacznie częściej wyznawali go drobnomieszczanie i inteligencja), to jednak z historycznych względów stał się dominującą ideologią robotniczej rewolucji hiszpańskiej.

Anarchizm vs. „anarchizm”

Historia rewolucji hiszpańskiej to temat-rzeka, który należy dokładnie badać. Wiele na ten temat napisał Trocki, a także członkowie naszej międzynarodówki. Przeciwnie do tej wersji historii, którą wyznają niektórzy „czyści ideowo” przedstawiciele czy to stalinizmu, czy anarchizmu, historia rewolucyjnej Hiszpanii to przede wszystkim heroiczna próba obalenia kapitalizmu przez klasę pracującą.

Historia ta dla nas jest w tym momencie niezbędna po to, by zrozumieć prawdziwy podział w ramach walki klasowej po „lewej stronie”. Hiszpania weszła w okres rewolucyjny z wieloma bardzo różnymi grupami politycznymi – od monarchistów i faszystów, przez właścicieli ziemskich, stronnictwa ludowe i republikańsko-burżuazyjne, na stalinistach, anarchistach i „komunistycznym” centrum kończąc. Koniec końców jednak logika walki klasowej wymusiła uproszczenie, a Trocki wskazywał, że w Hiszpanii de facto mamy do czynienia z walką pomiędzy bolszewizmem mienszewizmem na tle faszystowskiej reakcji.

Trocki ma tu na myśli to, że koniec końców te wszystkie grupy stanęły przed wyborem – wspierać burżuazję, czy robotników? Wzrost faszyzmu szedł w parze z ruchem rewolucyjnym, a wszystkie ideologiczne uzasadnienia stanowiły tylko nadbudowę dla poparcia którejś z tych dwóch klas. Bolszewizm – to stronnictwo robotnicze i rewolucyjne; mienszewizm – to obóz ugody z kapitalistami.

Anarchiści znaleźli się w obu grupach. Trocki wskazywał, że najbardziej konsekwentną, rewolucyjną i bolszewicką postawę w czasie całej rewolucji prezentowali nie tzw. „komuniści” z niekonsekwentnego POUM, ale Buenaventura Durruti i jego grupa – która jednocześnie z ofensywą wobec wojsk Franco dokonywała rewolucji agrarnej i organizowała rady robotnicze. Jeżeli w ten sposób rozumieć anarchizm, wówczas nie różni się od praktycznie niczym od komunizmu!

Jednak członkowie tej samej organizacji (CNT-FAI), postanowili pójść w ślady rosyjskich mienszewików, i w imię walki z państwem… zostali ministrami w burżuazyjnym rządzie. Dla osób takich, jak Juan Garcia Oliver czy Federica Montseny nie stanowiło żadnego problemu to, by pogodzić anarchistyczne hasło „ni boga, ni pana” z praktycznym noszeniem ministerialnej teki w kapitalistycznym państwie. Dla niektórych „anarchistów” państwo to zło wcielone tylko wtedy, gdy nie mogą w nim uczestniczyć.

Od walki rewolucyjnej do społeczniactwa

Z jakim typem anarchistów mamy do czynienia dzisiaj? Z pewnością wielu jest młodych ludzi, którzy naturalnie łączą swoją słuszną niechęć do państwa burżuazyjnego i kapitalizmu z anarchizmem. Jest tak tym bardziej, że w naszym kraju stalinowska biurokracja dała się poznać z jak najgorszej strony, a polska szkoła skutecznie nastawia przeciwko wszystkiemu, co ma związek z komunizmem. To podejście – w gruncie rzeczy słuszne, o ile odrzucić burżuazyjną propagandę antykomunistyczną – jest jednak obce „liderom” i „załogantom”, którym znacznie bliżej do tych, którzy zdradzili rewolucję hiszpańską razem ze stalinistami i kapitalistami.

O ile dla marksistów droga do społeczeństwa bez klas i bez państwa wieść może tylko przez tymczasowe państwo robotnicze, to dla dzisiejszych „anarchistów” ta droga wiedzie poprzez… państwo burżuazyjne. Chichotem historii jest więc to, że ustęp Manifestu komunistycznego, w którym anarchista Proudhon celnie krytykuje burżuazyjnych reformatorów, opisuje raczej niektórych liderów dzisiejszego „anarchizmu”:

Ale przez zmianę materialnych warunków bytu socjalizm ten [tj. socjalizm konserwatywny, burżuazyjny – przyp. red.] rozumie bynajmniej nie zniesienie burżuazyjnych stosunków produkcji, możliwe do urzeczywistnienia tylko na drodze rewolucyjnej, lecz ulepszenia administracyjne, dokonujące się na gruncie tych stosunków produkcji, a więc niezmieniające nic w stosunkach między kapitałem a pracą najemną, i w najlepszym wypadku zmniejszające tylko koszty panowania burżuazji i upraszczające jej gospodarkę państwową.

Skąd tak surowa ocena i poddanie „anarchistów” krytyce ich własnego ideologa? Spójrzmy na fakty. W efekcie myśl, która była w stanie kiedyś poruszać masami w Chicago czy Katalonii, dzisiaj została sprowadzona do poziomu społeczniaków, którzy chodzą po osiedlu i zbierają psie odchody w ramach „samopomocy sąsiedzkiej”. To pożyteczna działalność – ale z rewolucyjną walką z kapitalizmem ma to niewiele wspólnego. Szczególnie, jeżeli się to robi przeciwko komunistom, razem z kapitalistami.

Krakowska myśl aktywistyczna

Krakowska bohema „lewicowa”, jak to zwykle bywa, zrzesza bardzo różne środowiska. Rozbicie ruchu robotniczego w Polsce po przywróceniu kapitalizmu i brak rewolucyjnej partii zaowocowało zróżnicowaną konstelacją, w ramach której te same osoby mogły jednego dnia tworzyć anarchistyczny kolektyw queerowy, by następnego dnia masowo przejść do patriotycznego PPS-u, a w następnym tygodniu pomagać w organizacji wiecu wyborczego reformistów z Razem czy Nowej Lewicy. O ile dla wielu młodych takie zmiany oznaczają po prostu organiczne poszukiwanie swojego miejsca – i odpowiedzi na to, która teoria i sposób walki mogą pokonać kapitalizm, a przynajmniej zmienić świat na lepsze – to dla naszych „liderów”, z których wielu może pochwalić się członkostwem w absolutnie każdej inicjatywie, jest to okazja dla budowy iluzji prestiżu osobistego i aktywistycznego portfolio.

Przedsmak tego, jak zgubny może się okazać drobnomieszczański indywidualizm, mieliśmy okazję zobaczyć w czasie Strajku Kobiet. Byliśmy wówczas świadkami sytuacji, w której Kraków, gdzie ruch opanowany był przez najgorsze możliwe burżuazyjne „liderki feministyczne” z OSK, szybko wytworzył alternatywne, radykalne przywództwo złożone z anarchistów, komunistów i różnych innych „radykalnych lewaków”. Plan był prosty – wtedy, gdy „przywódczynie” z OSK dziękują policji za wsparcie i ochronę, a potem ogłaszają koniec protestu, bo liberałowie obiecali „przyjrzeć się sprawie” – wówczas my chcieliśmy dalej wykorzystywać obecny gniew klasowy i organizować kolejne demonstracje. Ani na jotę nie wierzyliśmy, że wystarczy zaufać politykom i wrócić do domów – i mieliśmy rację.

Ustaliliśmy już praktycznie wszystko, rozdzieliliśmy zadania i przemówienia, ale – jako że spotkanie odbywało się w przestrzeni anarchistycznej, więc obowiązywały anarchistyczne metody „demokratycznej” dyskusji – wystarczył jeden głos weta, by protest się nie odbył. Tak się właśnie stało – jedna z „liderek” anarchistycznych uznała, że dyskusja jej się nie podoba, wyznaczona godzina nie pasuje, a więc figa z makiem. Wszyscy wróciliśmy do domu, a ruch strajkowy, zgodnie z wolą liberałów, rozmył się i rozpuścił w wyborczej szopce. Tę samą metodę zastosowano, gdy próbowaliśmy w tej samej grupie zorganizować demonstrację przeciwko drobnym przedsiębiorcom, którzy w czasie wprowadzania przez PiS Nowego Ładu niesamowicie głośno krzyczeli o swojej rzekomej krzywdzie. Wtedy jedna z „anarchistek” uznała, że jej tata ma małą firmę, że jest mu ciężko, i że nie możemy stosować wobec niego „przemocy” w postaci demonstracji. Kurtyna!

Feudalne dziedziny

Z biegiem czasu aktywiści wybrali sobie pola działania, nad którymi mają pełną kontrolę. W takich sytuacjach demokracji i brak hierarchii zmienia się właśnie w autorytaryzm, w którym przywódcami mogą być tylko „liderzy” albo ich koledzy. Najlepiej w ogóle nie wchodzić w kontakt z „motłochem” i robić wydarzenia dla własnej grupy znajomych. Sama myśl, że dla każdego ruchu społecznego najlepiej jest, gdy ma jak najszersze poparcie pracującej większości społeczeństwa, jest dla takich aktywistów nie do przyjęcia.

Tę stronę „anarchizmu” najlepiej pokazuje przykład protestu w Kielcach, gdzie pojawiliśmy się wraz z krakowskimi i kieleckimi anarchistami, by nie pozwolić spekulantom zbrojeniowym na spokojne planowanie zysków z ludobójstwa w Gazie. Gdy z budynku wyszła pracowniczka hali, w której odbywało się wydarzenie, wyrażając poparcie dla Palestyny i próbując z nami porozmawiać, „anarchiści” wyzwali ją, krzycząc, że ma krew na rękach i najlepiej, żeby po prostu „wypierdalała”.

Niesamowite, prawda? Na naszą propozycję, że być może należałoby raczej szukać i wspierać sojuszników naszej wspólnej sprawy tak, by nasz ruch był jak najszerszy, usłyszeliśmy, że aktywistom na tym nie zależy. My nie chcemy poszerzać ruchu! Czy może być lepszy przykład na to, jakie priorytety mają ci ludzie? Nasz plan – to rozmawiać z robotnikami i organizować ich tak, by móc powtórzyć sukces strajku we Włoszech, gdzie dla Palestyny na ulicę wyszły dwa miliony ludzi. Plan aktywistów – to zbić pionę z kolegami, pokrzyczeć coś do megafonu, zwyzywać robotników (a potem również komunistów, którzy stają po ich stronie), a potem pójść na kraftowego falafela i bredzić coś o udanej interwencji. Nasi „anarchiści” chyba zapomnieli, że Durruti takim paniczom nie dawał orderów, lecz zabierał rodzinne gospodarstwa.

Drobnomieszczanin w swoim warsztacie jest panem i władcą. Drobnomieszczanin w polityce również stara się replikować swoją pozycję klasową. Takie podejście, według którego niektóre wydarzenia, interwencje i inicjatywy polityczne mogą stanowić dla „anarchistów” dosłownie prywatną własność, ilustruje Rożawa. Od lat w Polsce ruch kurdyjski stał się elementem obwoźnego teatrzyku, w ramach którego „anarchiści” przekonują, że oto na terenie burżuazyjnego państwa powstał anarchistyczny raj, a wszyscy Kurdowie są po prostu wolnościowcami najwyższej próby.

W istocie walka Kurdów o wyzwolenie spod jarzma imperializmu i panowania Turcji czy Iraku zasługuje na najwyższe uznanie i wsparcie wszystkich robotników całego świata. Ale tak się składa, że gdyby ci „anarchiści” przeczytali parę dzieł Abdullaha Öcalana (którego bardzo wyraźny kult jednostki jest najwyraźniej dopuszczalny), wówczas dowiedzieliby się, że jego plan z anarchizmem nie ma właściwie nic wspólnego – przeciwnie, postulował on na przykład współistnienie rynku, konkurencji i własności prywatnej ze spółdzielniami – i to właśnie w ramach państwa, nie naruszając jego struktury.

Ale, jak mawiał Stalin, po co pozwolić faktom psuć dobrą historię? Sprawa rewolucji kurdyjskiej, przekręcona, niezrozumiana i przywłaszczona przez anarchistów, stała się ich prywatną przestrzenią, dostępną tylko dla tych, którzy zgadzają się z oficjalną wersją wydarzeń. Zamiast kampanii rzeczywiście wspomagającej słuszne dążenia Kurdów do niezależności (którą można było osiągnąć tylko na drodze rewolucji w całym regionie) mamy do czynienia z okresowymi rytuałami, w ramach których grupy aktywistów spotykały się, by afirmować swoje poparcie dla Rożawy – i tyle. No, może nie do końca, ponieważ byliśmy też świadkami tego, jak „anarchiści” bronili sojuszu kierownictwa Kurdów ze Stanami Zjednoczonymi. Jak wiadomo, Stany Zjednoczone to nie państwo, lecz zbiór anarchistycznych komun.

Anarchiści, policja – jedna koalicja?

Nawet pomijając te nieścisłości, nikt by chyba nie uznał, że paru komunistów (którzy, nota bene, stanowią dużą część ruchu kurdyjskiego, wywodzącego się ze stalinowskiej PKK) obecnych na demonstracji w obronie Rożawy, będzie stanowić jej główny temat. Najwyraźniej krakowscy aktywiści są po prostu znudzeni tą ciężką pracą (głównie sprowadzającą się do wysyłania e-maili do różnych przedstawicieli polskiego burżuazyjnego rządu) i wolą pokrzyczeć o komunistach, niż Kurdach. Tak właśnie było 1. lutego 2026 w Krakowie. Ale najpierw „anarchiści” w obronie Rożawy przed trockistowskimi gazetkami postanowili wejść w taktyczny sojusz z… policją.

Nie przesłyszeliście się. Organizatorzy anarchistycznego protestu w solidarności z Kurdami uznali, że ideały anarchizmu to jedno, ale w obliczu zagrożenia prasą rewolucyjną nie ma innego wyjścia, jak – mówiąc kolokwialnie – strzelić z ucha. Policja jednak, najwyraźniej sama zdziwiona tą nagłą sympatią ze strony „antypaństwowców”, postanowiła ich prośby zignorować. W ruch poszedł więc megafon, w którym Kurdowie usłyszeli tak długo oczekiwane słowa wsparcia: Czerwony Front promuje ideologię totalitarną i nie jest mile widziany na NASZEJ demonstracji. Być może rewolucja kurdyjska ginie właśnie na naszych oczach po ataku dżihadystów i armii syryjskiej, ale przynajmniej bojownicy YPG i YPJ będą wiedzieć, że Kraków nie w ciemię bity i przynajmniej te cholerne troki nie mogą tu sprzedawać swoich gazetek. To jednak nie wszystko, co przygotowali nam profesjonalni krakowscy aktywiści.

Nakreślmy wam obrazowo sytuację. Jesteście na demonstracji w obronie Kurdystanu organizowanej przez anarchistów – zwolenników wolności, równości i demokracji. Przez megafon rozedrganym głosem organizatorzy ostrzegają przed totalitaryzmem ukrytym w trockistowskich gazetkach i wzywają policję do interwencji, jednocześnie zabraniając uczestnikom rozmawiać z komunistami. Ktoś próbuje mimo wszystko przebić się przez kordon sanitarny złożony z bębnów i tamburynów, żeby kupić gazetę od paru młodych kobiet stojących w środku. A obok stoi grupa podstarzałych facetów w maskach na twarzach, która w imię walki z autorytaryzmem dźga te kobiety drzewcami od swoich czerwono-czarnych flag.

To chyba element krakowskiej tradycji, bowiem na jednej z demonstracji propalestyńskich w podobny sposób – wzywając policję na grupę trzech naszych członkiń – zachował się pewien dziarski demokrata, podający się za organizatora. Wprawdzie potem okazało się, że jest tylko kolegą organizatora, ale nie przeszkodziło mu to w próbie oplucia naszych towarzyszek i popychania ich. Nic tak nie wyzwala Gazy, jak przemoc wobec kobiet.

To tylko swoista „pocztówka z wakacji”, ale pokazuje jak na dłoni, ile jest wart „anarchizm” w obliczu wsparcia ze strony komunistów. Sprawa jest prosta – możecie nie lubić komuchów, dokładnie tak, jak uczą was w szkole, w kościele i właśnie tak, jak chcą tego kapitaliści. Nikomu nie możemy też zabronić korzystać z państwowej przemocy policyjnej. Ale nie mieści nam się w głowie, jak można po tym wszystkim nazywać się „anarchistą”, który rzekomo walczy z państwem i autorytaryzmem. W pewien sposób jesteśmy godni podziwu – skoro jesteście w stanie bez szwanku wykonać takiego fikołka, po którym „anarchizm” oznacza cenzurę prewencyjną, współpracę z policją i przemoc wobec kobiet, to musicie być naprawdę zdolni. Nie jesteśmy jednak pewni, czy zasługujecie z tego względu na jakąkolwiek pochwałę.

Opowieść kazimierska

Prawa dialektyki, odkryte przez Hegla i sprowadzone na grunt materializmu historycznego przez Marksa, są nieubłagane – podlegają im nawet drobnomieszczanie, którzy dialektyki unikają jak ognia. Żyjemy w czasach ogromnego kryzysu, nagłych zmian sytuacji i masowych wybuchów niezadowolenia. Im bliżej takich momentów rewolucyjnych, tym warstwy pośrednie zachowują się bardziej chaotycznie i niestabilnie. Tyle się dzieje, a dług mojego tatusia nadal rośnie! Pora, żeby wszyscy się w końcu uspokoili! W ten sposób rozumują tacy „rewolucjoniści”.

Nie da się łatwo pokonać takiej psychologii. Szczególnie dotyczy to właśnie mieszczan stojących na czele ruchów politycznych – znane i wąskie ramy demonstracji (tzn. spotkań ze znajomymi) nagle rozszerzają się, a zamiast kolegów ze skłotu czy z „alternatywnej” kawiarni na wasze wydarzenia zaczynają przychodzić komuniści, albo – boże uchowaj – jacyś „zwykli ludzie”.

W takich momentach drobnomieszczaństwo czuje, że traci kontrolę – i wpada w szał. Nie inaczej było 22. lutego na demonstracji przeciwko gentryfikacji krakowskiego Kazimierza, w czasie której uważni uczestnicy mogli zaobserwować niesamowity przykład walki klasowej. W jednym miejscu spotkali się bowiem przedstawiciele dwóch klas – burżuazji i robotników – a pomiędzy nimi lawirowali mieszczanie wszelkiej maści.

Jak na złość na demonstracji pojawiło się też dużo mieszkańców, którzy niestety nie posiedli jeszcze niuansów tego, kto jest totalitarny, a kto nie, i po prostu chcieli razem z wszystkimi innymi uczestnikami wyrazić swój słuszny gniew na deweloperów. Marks, Engels, Lenin i Trocki tłumaczyli, że drobnomieszczaństwo, z racji swojej pozycji w procesie produkcji, nie może prowadzić niezależnej polityki i koniec końców musi opowiedzieć się za jedną z podstawowych klas. Zobaczmy, do kogo bliżej właśnie tym, którzy przez wszystkie przypadki odmieniają słowo „anarchizm” i „wolność”.

cf na demo
fot. Andrzej Banaś

Po przybyciu na miejsce wyciągnęliśmy naszą (jedną) flagę. Chyba nie musimy tłumaczyć, dlaczego – zresztą tuż obok stała grupa działaczy Partii Razem ze swoimi emblematami, która zdecydowanie jest bardziej na prawo zarówno od nas, jak i od anarchistów. A jednak! Anarchistyczna Czeka wyczuła pismo nosem, a obok nas zmaterializował się jeden z aktywistów krakowskich, podający się za organizatora wydarzenia, wraz z drugą osobą.

Dowiedzieliśmy się od nich na przykład – co z dumą przyznali – że potrafią donosić nie tylko policji, ale i kapitalistom. Jakiś czas temu lokal, w którym chcieliśmy organizować wydarzenie opowiadające o tym, jak się organizować, żeby walczyć z kapitalizmem, odmówił nam współpracy. Jak się okazało, właścicielowi lokalu uprzejmy obywatelski donos złożyli właśnie krakowscy anarchiści. Rzecz jasna wydarzenie zrobiliśmy po prostu w innym miejscu, więc misja pokonania komunizmu siłą kapitału się nie powiodła. Oceńcie sami, czy tak powinna wyglądać wspólna walka lewicy przeciwko kapitalizmowi. Nam to raczej przypomina klasyczne działania IPN-u i Konfederacji.

W międzyczasie udało nam się rozpoznać jednego z naszych rozmówców – kojarzymy go między innymi z tego, że razem z kolegami organizował w czasie wieców wyborczych Razem nieco psychodeliczny performance, w ramach którego rytmicznie uderzał w przywleczoną skądś pralkę. Ach, gdybyśmy tylko my mieli czas na takie występy!

Najwyraźniej chodziło o to, że wybory są niefajne, czy coś w tym stylu. W sumie się zgadzamy, że nie ma co głosować na burżuazyjnych polityków – ale zamiast starać się doprowadzić do pęknięcia bębenków w uszach zebranych, woleliśmy wtedy z nimi rozmawiać i poznać ich opinie. Najwyraźniej w anarchistycznym praxis walka z parlamentarnymi partiami obowiązuje tylko w czasie wyborów, a w każdym innym czasie takie partie stają się sojusznikiem w walce z komunizmem.

W każdym razie kolega jednak nie chciał nam wytłumaczyć, dlaczego czasami Partia Razem jest zła, a czasami dobra – przeszedł więc od słów do czynów i próbować wyrwać nam z ręki flagę i gazetki. Nie zabrakło jednak lekcji historii, bo według tego bohatera walki z totalitaryzmem chodziło o zemstę za Kronsztad. Wprawdzie zarówno relacja Trockiego, jak i odtajnione radzieckie archiwa potwierdzają, że „anarchistyczny Kronsztad” to w zasadzie bajka wymyślona przez francuską prasę burżuazyjną, ale nas bardziej zdziwił fakt, że demonstracja przeciwko gentryfikacji całej dzielnicy przez kapitalistów to dobra okazja do wyrównania historycznych rachunków. 

Podobnego zdania była para, która podeszła do nas ze słowem wsparcia – jaka szkoda, że anarchiści znowu okazali się być debilami, którzy walczą z innymi lewicowcami zamiast z kapitalizmem. Organizatorzy anarchistycznego protestu postanowili odpowiedzieć na te zarzuty „motłochu”, mówiąc, że przecież anarchizm to nie jest ideologia lewicowa – więc w czym problem? Niezbyt chętni uwierzyć w te – przyznacie z pewnością – pokrętne tłumaczenia najtęższych umysłów krakowskiego „anarchizmu”, postanowili kupić od nas parę gazet i samemu przekonać się, ile warte są ich krzyki o totalitaryzmie.

Zdaje się, że koledze od pralki powinniśmy podziękować – w końcu pomógł nam w budowie partii rewolucyjnej, w praktyce pokazując, jak kończy się jej brak.

Anarchopatriotyzm w natarciu

Nie dziękujemy jednak kolejnej osobie, która przypomniała nam, dlaczego Lenin z taką łagodnością odnosił się do Róży Luksemburg, zawsze nie omieszkując wskazać, że swoje się wycierpiała w walkach ideologicznych z krakowskim PPS-em. Lata mijają, ale palące problemy klasy pracującej pozostają takie same – oto bowiem głos anarchistycznych organizatorów postanowił wzmocnić właśnie taki człowiek, znany w krakowskim środowisku aktywistycznym z tego, że uwielbia śmieszne czapki i przebieranki za przedwojennego listonosza, kocha kapitalistyczną Polskę jak matkę i w sumie to nie wiadomo, dlaczego w ogóle nazywa się lewicowcem, bo zamiast wspierać strajki robotnicze woli wzdychać do Powstania Warszawskiego.

Wspomnieliśmy, że przy braku jednolitej partii krakowscy aktywiści tworzą kolorowy kalejdoskop. Najjaśniejszym diamentem tej układanki są właśnie takie osoby, które jedną nogą stoją w anarchizmie (dzielnie walcząc z trockistowskim autorytaryzmem), a drugą… w patriotycznym socjalizmie na modłę PPS – zdecydowanie bardziej w formie szytego na miarę LARP-u, niż czegokolwiek przypominającego poglądy polityczne. Cóż, skoro „anarchistom” nie przeszkadza współpraca z policją, to czemu ma im przeszkadzać miłość do Józefa Piłsudskiego, który tak nie lubił państwa polskiego, że postanowił nawet dokonać faszyzującego zamachu stanu, by je przejąć?

kurier krakowski
fot. Kurier Krakowski

Można (i trzeba) się śmiać z takich gagatków, przycupniętych na marginesie życia politycznego, ale ten kawalarz postanowił pokazać wszystkim zebranym, że plucie i szturchanie kijami komunistów to za mało. W pewnym momencie postanowił po prostu przejść do rękoczynów, wybijając ząb jednemu z naszych towarzyszy, a drugiego przeciągając po asfalcie w ataku jakiejś piłsudczykowskiej furii. Wiecie – nic tak nie pokazuje deweloperom i kapitalistom, gdzie ich miejsce, jak meltdown na środku kazimierskiego chodnika.

Bartosz Sieniawski
Bartosz (Bartek) S. próbuje wytłumaczyć policjantowi, że tak naprawdę wszystko było na odwrót, a ofiara to sprawca. Policjant odwraca się, nie mogąc wytrzymać widoku ubrań, jakie ma na sobie lewicowy patriota. | fot. archiwa własne

Po tym bohaterskim czynie nasz jurny husarz próbował wyrwać nam flagę (znowu…), ale przeszkodził mu ten sam człowiek, który wcześniej kupił od nas gazetę. I teraz najlepsze – krakowska policja stanęła na wysokości zadania, podbiegając i próbując aresztować… naszego towarzysza. Pepeesowy przebieraniec, jak na anarchopatriotę przystało, postanowił pomóc policji, wskazując palcem na komunistów, próbując wywołać jakieś procesy myślowe w głowie mocno już skołowanego kaprala. Gdy się okazało, że nie sprawdzi się wizja aresztowania komunistów rękoma policji po tym, jak wysłany przez anarchistów patriota ich pobił, wówczas potężny larpiarz postanowił zrobić to, co umie najlepiej – i po prostu uciekł.

Zawodowi „aktywiści”, „anarchiści” i inni „lewicowcy” robią teraz z kolei to, co im przychodzi z łatwością – chronią swoich kolesi, bo przecież najważniejsza jest przyjaźń. Gdyby taka sytuacja miała miejsce w czasie strajku, wówczas taki frajerzyna zostałby delikatnie przerzucony przez bramy zakładu przez strajkującą załogę. Ci ludzie jednak nie mają z klasą pracującą absolutnie nic wspólnego. A więc zapamiętajmy dobrze – dla tych profesjonalnych aktywistów obecność marksistów, którzy wspierają protest przeciwko gentryfikacji jak tylko mogą, jest nieznośna na tyle, że zasługuje na pobicie.

W tym samym czasie po drugiej stronie placu stał niejaki Aleksander Miszalski, prezydent Krakowa, przedstawiciel Koalicji Obywatelskiej. Ta partia, nawet dla półgłówków, którzy w głowie mają najwyżej klekot starej pralki i mity o Kronsztadzie, jest partią burżuazyjną, reprezentującą interesy właśnie tych deweloperów, którzy z Kazimierza chcą zrobić sobie resort turystyczny. Z pewnością jego los, który leżał teraz w rękach bojowo nastawionych, radykalnych i antypaństwowych organizatorów demonstracji, będzie przesądzony?

„Anarchiści” w służbie liberałów

Otóż nie. Trzeba oddać, że część wypowiedzi zawierała grzeczną odmowę – podobno pan prezydent wystąpił do anarchistów z prośbą o przemowę, ale ci stanęli na wysokości zadania i powiedzieli twardo „nie”. No, może nie do końca, bo Miszalski zrobił sobie z anarchistów… podnóżek do własnej kampanii.

bomby
Tak miało być w teorii…. | Źródło: Federacja Anarchistyczna Kraków

Uznał bowiem, że skoro nie może się wypowiedzieć do megafonu z napisem „ludzie ponad zyski”, to powie to samo dziennikarzom, którzy szybko go otoczyli. I tak w czasie, gdy przedstawiciel organizacji „socjalistycznej” (na tyle odległej od czegokolwiek związanego z socjalizmem, że dla anarchistów jest jak najbardziej do zaakceptowania) raczył uszy zgromadzonych wiązanką tradycyjnych frazesów, to pan Miszalski, stojąc dwa kroki dalej, z poważną miną mówił dziennikarzom, że on się sprawą zajmie, bo słucha głosu mieszkańców.

Gdzie podziali się obrońcy demokracji i anarchizmu? Najwyraźniej nadal pomagali policji ścigać ofiary swojego patriotycznego kolegi, bowiem nie zareagowali, a Miszalski dokończył swoje, zrobił sobie parę zdjęć, a potem wrócił do ratusza, gdzie jego zespół medialny ruszył do pracy. Wkrótce wszystkie lokalne gazety i portale rozpowszechniały informację, że Miszalski walczy o mieszkańców Kazimierza na demonstracji przeciwko deweloperom i klerowi (część terenu jest formalnie własnością zakonu). Sukces!

miszal
A tak było w praktyce. | Źródło: Aleksander Miszalski

Sprawa jest naprawdę niesamowita. Lewakom – wybić ząb, liberałom – zrobić tło do kampanii. Dodajmy, że oprócz uwikłania w dokładnie te same brudne interesy związane z wywłaszczeniami i ewikcjami, Miszalski jest twarzą podwyżki biletów komunikacji miejskiej i czempionem wprowadzania Strefy Czystego Transportu, której jedynym celem jest wyciągnąć jeszcze więcej pieniędzy od biedoty – od tych, których jakimś cudem nie stać na najnowsze auto, najlepiej elektryczne. Jak tu go nie kochać, będąc anarchistą?

Organizatorzy mogą się teraz odgrażać, że dzielnie zabronili prezydentowi przemawiać, ale efekt jest jeden – pobiliście marksistów i zrobiliście tło dla kampanii wyborczej typa, przeciwko któremu de facto demonstrowaliśmy. Brawo!

Po której stronie?

Skoro tak się chełpicie tym, że – w przeciwieństwie do marksistów – „przynajmniej coś robicie”, to może… przestańcie? Wszystkim nam to wyjdzie na dobre. Komuniści będą mieli pełne uzębienie, a liberałowie nie będą mieli darmowej promocji. Dodatkowym plusem będzie to, że przestaniecie robić z anarchizmu i aktywizmu szmatę do podłogi. Możemy się z anarchistami nie zgadzać, ale liberałowie przebrani za czarny blok – to już lekka przesada. Litości.

Pewnie, nikt wam nie zabroni zachowywać się jak drobny przedsiębiorca i wyganiać komunistów z organizowanych przez was demonstracji. Takie prawo gwarantuje wam burżuazyjne polskie państwo. Macie też prawo wspomagać się policją. Macie prawo na tych samych demonstracjach tolerować liberałów i kapitalistów. Pokazaliście w praktyce, że korzystacie z tego prawa w pełni.

Tylko po której stronie wówczas stajecie? Każdy, kto w Krakowie i całej Polsce chce walczyć z kapitalizmem, niech zada sobie jedno, proste pytanie – kto jest przeciwko kapitalizmowi, kapitaliści czy komuniści? Brzmi jak żart, a jednak krakowscy aktywiści od dobrych paru lat nie potrafią tej zagadki rozwiązać.

as misz
Car Aleksander wraz z carycą i rasowym psem wśród pospólstwa | fot. Andrzej Banaś

Co jest większym zagrożeniem na demonstracji przeciwko gentryfikacji? To, że ktoś kupi rewolucyjną gazetę i porozmawia z komunistami, czy to, że liberalny prezydent miasta będzie miał prawo stać, pozować do zdjęć i udzielać wywiadów tuż obok anarchistycznych flag i transparentów? Tak bardzo, drodzy aktywiści, zakręciliście się w waszym głupawym antykomunizmie, że teraz pozwalacie Miszalskim tego świata deptać wam po twarzy – i jeszcze udajecie, że tak miało być. No, ale przynajmniej pozwoliliście patriocie pobić komuchów!

A co zrobilibyśmy my, gdyby tylko anarchiści w ramach „wolnościowej” cenzury jednak pozwoli nam powiedzieć dwa słowa – tak dla równowagi z wywiadami, których udzielał Miszalski? Powiedzielibyśmy krótko – oto koło was stoi koleś, który jest za to wszystko odpowiedzialny. Nie usłyszałby „nie, szanowny panie prezydencie, nie możesz przemawiać do naszego megafonu, bo jest nasz, znajdź sobie swój!” tylko raczej – „patrzcie na tego frajera, który podnosi nam ceny biletów i każe płacić za kryzys klimatyczny, a teraz przychodzi tutaj i udaje, że jest po naszej stronie”.

Zaproponowalibyśmy również temu farbowanemu lisowi to, co anarchiści potrafią powiedzieć komunistom i robotnikom, ale już nie policji i liberałom – że może wypierdalać. I zamiast szukać kolegów po prawej stronie, oparlibyśmy się na ludziach, którzy przyszli wesprzeć naszą wspólną inicjatywę i razem z nimi odprowadzilibyśmy pana prezydenta na najbliższy przystanek – tak, żeby mógł wsiąść do komunikacji miejskiej, kupić bardzo drogi bilet, a następnie wrócić do domu i już nigdy więcej nie wrócić na demonstrację zorganizowaną przez rzeczywistych rewolucjonistów.

Co dalej?

Całość tego długiego wywodu miała pokazać, że u podstaw „choroby krakowskiej”, to jest udawania „radykalnej lewicy” po to, by koniec końców wykonywać pracę IPN-u i liberałów, leży klasa, jaką ci „profesjonalni aktywiści” reprezentują.

Takim „anarchistom” i takim „aktywistom” mamy do powiedzenia jedno – my, komuniści z Czerwonego Frontu, jesteśmy tu nie od dziś i nigdzie się nie wybieramy. Nieważne, czy tę czy inną sprawę traktujecie jak prywatną własność, na którą nie jest zaproszony nikt poza waszym elitarnym gronem zawodowych nierobów. Nieważne, czy stosujecie wobec nas policyjną przemoc czy po prostu sami machacie łapami jak cepem, którym kiedyś nasi chłopscy przodkowie obijali puste łby waszych szlacheckich protoplastów. Nie istnieje w waszym arsenale żaden sposób, by wygonić komunistów z walki klas. To tu jest nasze miejsce, tak jak miejsce wszystkich robotników.

Ale ważniejsze jest to, co chcemy powiedzieć wszystkim tym, którzy być może znaleźli się na tym czy innym krakowskim demie, zainteresowali się aktywizmem, chcą działać i nie wiedzą, o co ten cały konflikt. Powtórzmy – jeśli rzeczywiście chcecie walczyć z kapitalizmem, to zapraszamy was do wspólnej walki. Naszą organizację opieramy właśnie na wspólnych ideach i woli działania, a nie na znajomościach czy umiejętności zginania karku przed krakowskim magistratem.

Jeśli chcecie, to najpierw sprawdźcie, czy w waszych kolektywach rzeczywiście nie ma hierarchii i liderów – i spytajcie ich o to, czy w ramach anarchizmu mieści się współpraca z policją i kapitalistami. Walczcie w ramach swoich organizacji o to, żebyście to wy, a nie starzy załoganci, mieli rzeczywiście coś do powiedzenia. Że jeżeli organizujecie demonstrację przeciwko kapitalizmowi, to zamiast kłócić się z komunistami o Kronsztad, będziecie w stanie wykopać z niej właśnie kapitalistów i patriotów-przebierańców. W tym wam z chęcia pomożemy – a po wspólnej walce z naszych wspólnym wrogiem możemy usiąść i porozmawiać o anarchizmie, komunizmie i o czym tylko chcecie.

Obiecujemy, że nie będziemy wyrywać wam z rąk flag czy ulotek. Nie będziemy nas was pluć, szturchać flagami ani wybijać zębów. Nie będziemy sabotować waszych wydarzeń, współpracując z policją i kapitalistami. Dla nas wspólny front walki z kapitalizmem oznacza, że będziemy sobie nawzajem pomagać – edukując się, rozmawiając i stając razem przeciwko represjom ze strony państwa czy prawicy. Jako bonus możemy zagwarantować, że nie jesteśmy konfidentami i na naszych wydarzeniach nie znajdziecie liberałów i kapitalistów.

Wchodzimy w okres, który zaowocuje wybuchem kolejnych walk klasowych, demonstracji, strajków i rewolucji. Potrzebujemy rosnąć, by w sytuacjach takich, jak ta na Kazimierzu rzeczywiście pokazać, że dla deweloperów nie ma tu miejsca – organizując lockout całej dzielnicy, nie wpuszczając na plac ani policji, ani tych czy innych prezydentów – a może nawet organizując okupację Eszewerii, którą poddamy robotniczej kontroli i przekształcimy w klimatyczną i tanią stołówkę dla studentów.

Jesteśmy w stanie to zrobić, bo zamiast tłuc się nawzajem między sobą, wolimy tłuc kapitalistów. I do tego was zapraszamy.


Autor: Marcel Ostrowski
Autor oryginalnego zdjęcia, które wykorzystaliśmy w tym artykule: BartlomiejKolaczek

Kategorie: Komentarze