safe strona fb

Luty i marzec upłynął w Polsce pod znakiem rozgrzanej do czerwoności dyskusji o SAFE. Co znamienne, nawet najbardziej rzetelne media porzuciły starania o neutralność i stanęły w jednym szeregu z rządem, dowodząc prawdziwego charakteru swoich mocodawców – a są nimi właśnie kapitaliści. Gra toczyła się jednak nie tyle o to, czy w ogóle jest sens dotować polski sektor zbrojeniowy – chodziło raczej o ocenę skali i wybór jak najlepszego mechanizmu.

Zgadzamy się z oceną Bogusława Chraboty, redaktora naczelnego „Rzeczpospolitej”, że dyskusja o SAFE to w istocie „katalog bzdur, jawnych idiotyzmów, kłamstw i nonsensów”. W przeciwieństwie jednak do tego poplecznika wielkiego kapitału nie uznajemy, że wina leży wyłącznie po stronie prezydenta, który wykazał się zbyt małą dozą patriotyzmu czy też odebrał polskiemu żołnierzowi tę czy inną śmiercionośną zabawkę. Jak więc rozumieją SAFE komuniści – a w dalszej perspektywie, jak powinni ten mechanizm rozumieć wszyscy konsekwentni lewicowcy?

Jaka jest istota sporu o SAFE?

Pomimo bardzo głośnych opinii „ekspertów” po obu stronach sporu, koniec końców obie propozycje (pożyczka unijna i polska alternatywa) różnią się najwyżej w szczegółach. Te wynikają nie z troski o „rację stanu”, lecz raczej o ocenę możliwych skutków społecznych, stanowiąc tym samym element politycznego zbrojenia się w kontekście nadchodzących wyborów parlamentarnych. Dwie wersje projektu unaoczniają również charakter polskiej burżuazji, który zaznaczyliśmy już dawno – otóż mamy w Polsce skrzydło proeuropejskie (reprezentowane przez KO) i proamerykańskie (któremu przewodzi PiS). W istocie więc dyskusja toczy się o to, któremu z tych imperialistycznych bandytów przekazać haracz wyrwany polskiej klasie pracującej. Jednocześnie oba te aspekty (wybory i przynależność do tego czy innego imperializmu światowego) są same w sobie drugorzędne, bo u źródła całej awantury leży co innego – głęboki i organiczny kryzys kapitalizmu.

Co do jednego zgodni byli wszyscy, od prawa do lewa – pieniądze na wojsko są niezbędne i potrzebne, a najlepiej porzucić wszelkie spory polityczne i stworzyć prawdziwy wspólny front wsparcia dla SAFE. Kto się z niego wyłamuje – jest egoistą, populistą i tak dalej. W przeciwieństwie do górnolotnych haseł o „racji stanu”, „zdradzie narodu”, „suwerenności” i czego tylko chcecie – chocholi taniec wokół SAFE pokazuje głębię kryzysu światowego, a w szczególności europejskiego i polskiego kapitalizmu. Jednocześnie w ramach tej dyskusji obie strony były zmuszone sięgnąć do argumentów, które podkopują w zasadzie całą narrację o charakterze zbrojeń i ich rzekomo zbawiennym wpływie na gospodarkę.

Czytając artykuły i ekspertyzy mediów głównego nurtu trudno oprzeć się wrażeniu, że wiele ukrywanych do tej pory wstydliwych sekretów polskiej zbrojeniówki wychodzi teraz na wierzch. Zwolennicy obozu rządzącego myślą, że krytykując zakupy koreańskiego sprzętu uderzają w PiS, a z kolei opozycji, podkreślającej mechanizm uwiązania długiem, wydaje się, że wyprowadza cios w stronę Tuska. W istocie jednak dla nas, marksistów, ten cały spektakl zawiera element komedii – oto bowiem obie strony obnażają prawdziwy charakter kapitalizmu, o którym szczegółowo mówiliśmy parę miesięcy temu na naszym kongresie. Oto właśnie, co mamy na myśli, mówiąc o tym, że sprzeczności kapitalistycznej gospodarki muszą w końcu wyjść na wierzch.

safe tusk nawrocki
Ważniejsze od dyskusji o obu propozycjach dot. SAFE jest zbadanie stanu polskiej zbrojeniówki i jej wpływu na poziom życia robotników / Tomasz Waszczuk/Piotr Nowak/Paweł Supernak /PAP

Zanim przejdziemy do oceny obu propozycji, musimy najpierw zrobić to, czego nie zrobił do tej pory absolutnie nikt – to znaczy powiedzieć „sprawdzam” motywacji wprowadzenia mechanizmu SAFE (w tej czy innej formie) i przyjrzeć się, czy powtarzane do znudzenia propagandowe tezy o polskiej zbrojeniówce mają pokrycie w rzeczywistości. Oto, jak tę sprawę ujmuje Marek Kutarba na łamach Rzeczpospolitej:

Środki dostępne w ramach programu mogą stać się impulsem rozwojowym dla polskich przedsiębiorstw zbrojeniowych i przynieść wymierne korzyści dla ich pracowników i społeczności lokalnych – porównywalne z inwestycyjnym znaczeniem Centralnego Okręgu Przemysłowego w okresie II Rzeczypospolitej.

Burżuazja i jej przedstawiciele uwierzyli we własny mit o zbrojeniach jako złotym środku do pobudzenia wzrostu gospodarczego, poprawie zatrudnienia i genialnym sposobie radzenia sobie ze strukturalnym, organicznym kryzysem kapitalizmu. Na marginesie dodajmy, że najwidoczniej niektórzy z medialnych przedstawicieli klasy rządzącej nie zrozumieli również procesu rozwoju gospodarczego II RP, ale o tym przyjdzie nam mówić kiedy indziej.

Ukrywanie prawdziwego charakteru gospodarki i stosunków społecznych to chleb powszedni dla klasy rządzącej, ale zwykle jest ona w stanie odróżnić prawdę od fikcji, którą sama tworzy. Jeśli dziś nie jest w stanie tego zrobić – to nie ma lepszego dowodu na to, że siły wytwórcze wymknęły się spod kontroli kapitalistów.

Mit nr 1 – środki na obronność pobudzają wzrost gospodarczy

Zastanówmy się najpierw, dlaczego ten postulat jest tak mocno podkreślany przez wszystkich zwolenników nakładów na zbrojenia. Samo postawienie tego zagadnienia rozbija mit, który jeszcze parę miesięcy temu stanowił główny punkt natarcia kapitalistycznej propagandy – Polska rozwija się, notuje istotny wzrost gospodarczy i stanowi 20. gospodarkę świata. Nerwowość, z jaką media podkreślają teraz potrzebę pobudzenia tego wzrostu jest dowodem na to, że to była po prostu zwykła ściema.

Przypomnijmy – wzrost gospodarczy w Polsce napędzany jest głównie konsumpcją wewnętrzną i wydatkami rządowymi. Oznacza to w praktyce rozdrobnioną produkcję i usługi z jednej strony (handel, naprawa pojazdów), a z drugiej zyski dla powiązanych z sektorem publicznym potentatów (energia, woda, gospodarka odpadami). Za „siłą” polskiej gospodarki stoją więc potężne wydatki. Coraz większe rachunki za prąd i wodę, naprawa skrzyni biegów w starym rodzinnym Peugeocie i zakup wędliny z promocji – oto sukces polskiego kapitalizmu, w którym wszyscy bierzemy udział.

Jak wygląda sytuacja w przemyśle? Otóż wzrost produkcji sprzedanej przemysłu jest negatywny i w lutym 2026 r. spadł o 2,4 proc. rok do roku. Zajrzyjmy jednak do szczegółów, bo to w nich kryje się diabeł. Wspomniane wydatki związane z energią i wodą w ramach tego wskaźnika są czynnikiem pozytywnym. Inaczej mówiąc – byłoby jeszcze gorzej, gdyby nie wzrost cen podstawowych środków do życia, z których korzystamy my wszyscy. Interesujący nas składnik tego wskaźnika – czyli rzeczywista produkcja przemysłowa (przetwórstwo) spadł o 3,2 proc.

W ramach tego spadku w największym stopniu obniżyło się przetwórstwo wyrobów mineralnych niemetalicznych (spadek o 17 proc.), metali (14,4 proc.), wyrobów farmaceutycznych (13,1 proc.), chemii (10,5 proc.). Wzrosła produkcja „pozostałego sprzętu transportowego” (wzrost o 24,6 proc.), przemysł naprawczy maszyn i urządzeń (o 14,3 proc.), produkcja maszyn i urządzeń (12,6 proc.) i produkcja komputerów, wyrobów elektronicznych i optycznych (5,2 proc.). W szczególności więc spadła produkcja półproduktów i wydobycie dla przemysłu ciężkiego i lekkiego, a wzrost zanotowały maszyny i elektronika.

Dlaczego tak głęboko analizujemy te dane? Ponieważ uważny badacz polskich wskaźników makroekonomicznych z pewnością zauważy, że na żadnym etapie państwo polskie nie chwali się „produkcją zbrojeniową” czy czymś podobnym. To naturalne – po pierwsze ten przemysł jest z natury pasożytniczy w tym sensie, że wykupuje i podporządkowuje sobie już istniejące zakłady przemysłowe, po drugie pozostaje w rękach wolnego rynku i musi grać według jego zasad.

Co do pierwszej cechy można by zauważyć, że w takim wypadku zbrojenia rzeczywiście tworzą, albo przynajmniej utrzymują miejsca pracy. Jeszcze do tego wrócimy. Co do drugiego założenia ktoś mógłby natomiast powiedzieć, że przecież istnieje Polska Grupa Zbrojeniowa (PGZ), Fundusz Wsparcia Sił Zbrojnych (FWSZ) i inne państwowe mechanizmy kontroli, a Donald Tusk co rusz opowiada o „dialogu” i „współpracy” ze spółkami prywatnymi, powołuje kolejne międzyresortowe zespoły koordynujące rozwój przemysłu zbrojeniowego itd.

Abstrahując już od hybrydowego charakteru samej PGZ (która, podobnie jak PKP, nie jest w pełni państwowa, a stanowi raczej koncern podmiotów prywatnych formalnie pozostających pod zarządem Skarbu Państwa, ale w praktyce pozostającego poza kontrolą państwa), polscy zwolennicy rozwoju „obronności” stoją teraz przed jedną z podstawowych sprzeczności kapitalizmu – jak organizować produkcję w ramach gospodarki wolnorynkowej?

debt to GDP
W dyskusji o SAFE i zbrojeniach nie możemy zapominać o kondycji europejskiej gospodarki, co najlepiej obrazuje postepujący wzrost stosunku zadłużenia do wzrostu gospodarczego. Polska w 2025 r. zajęła drugie miejsce w tym niechlubnym wyścigu – pomimo, że istotną część zadłużenia ukrywa się w instrumentach pozabudżetowych, a wzrost gospodarczy jest fikcją, za którą kryje się realny spadek produkcji przemysłowej / EuropeData

Krótka odpowiedź brzmi – nie da się. Nawet, jeśli odrzucimy wszystkie inne argumenty, to wniosek pozostaje jeden – jeśli polski rząd chciałby stworzyć centralnie sterowany przemysł zbrojeniowy… musiałby przejść do gospodarki planowej. Na marginesie dodajmy, że kraje, które dzisiaj pokazują praktyczną siłę scentralizowanej produkcji militarnej na rzeczywistym polu walki, to Rosja i Iran. W obu przypadkach centralizacja nie jest efektem przemyślanego kroku w ramach gospodarki kapitalistycznej, lecz stanowi pozostałość po gospodarce centralnie sterowanej (w przypadku Rosji) i szerokiego programu upaństwowienia (w przypadku Iranu).

To nie Iran ma na przykład problem z brakiem pocisków do systemów przeciwrakietowych – z tym boryka się USA i Izrael, ponieważ nie kontrolują w pełni swojego ogromnego kompleksu militarno-przemysłowego. Zaznaczmy, że w przypadku Rosji i Iranu mamy do czynienia nie z gospodarką socjalistyczną w żadnym rozumieniu tego słowa, lecz z resztkami biurokratycznego planowania. Choć ani Tusk, ani Nawrocki nigdy tego nie przyznają, ich pomysły o „kontroli” sektora zbrojeniowego przypominają najwyżej model odgórnej, stalinowskiej biurokracji. Jednak w przypadku gospodarki wolnorynkowej króluje nie żadna metafizyczna „racja stanu” a bardzo przyziemna chęć zysku.

To tłumaczy żałosny poziom inwestycji w przemysł w ogóle (jako wynik kryzysu kapitalizmu), a w szczególności w produkcję militarną. Czytając analizy dotyczące SAFE można mieć bowiem wrażenie, że nigdy wcześniej w historii Polski nikt ani grosza nie rzucił w stronę producentów sprzętu wojskowego. Panuje zbiorowa amnezja na temat ogromnych nakładów na zbrojenia, które w ostatnim budżecie zaplanował rząd – a wynoszą one 4,81 proc. PKB. Zarówno relatywnie, jak i nominalnie stanowi to ewenement w Europie i w wielu innych krajach NATO. W istocie więc jesteśmy w bardzo dobrej pozycji, żeby móc już dziś ocenić wpływ ogromnych dotacji do przemysłu zbrojeniowego.

Podsumujmy nasze dotychczasowe rozważania – a) pobudzenie wzrostu gospodarczego jest istotnym problemem dla polskiego kapitalizmu; b) obecny wzrost gospodarczy należy rozumieć jako bezpośredni wynik wzrostu cen, a nie rozszerzenia produkcji, c) pomimo wielopiętrowej nadbudowy państwowej nad wolnorynkową gospodarką w sektorze przemysłu militarnego, nie ma możliwości efektywnego sterowania przepływem nakładów na zbrojenia, d) sam ten przemysł pasożytuje na innych gałęziach gospodarki, dobijając istniejące zakłady, e) produkcja przemysłowa, poza wybranymi wskaźnikami, w praktyce istotnie spadła w zeszłym roku.

A więc podstawowe założenie programu SAFE – nakłady na zbrojenia, które zaowocują wzmocnieniem produkcji – już okazały się po prostu kłamstwem. Zarówno dane empiryczne, jak i sam charakter gospodarki kapitalistycznej w kryzysie dowodzi niezbicie, że rzucenie nawet rekordowych środków na „obronność” nie tylko nie hamuje spadku produkcji przemysłowej, ale napędza dalsze odprzemysłowienie i rozregulowuje istniejące wytwórstwo. Jeśli przyjmiemy nawet, że na wzrost niektórych sektorów produkcji przemysłowej wpłynęły zbrojenia (a takich bezpośrednich danych nie mamy), tj. że naprawa i produkcja maszyn oraz elektroniki jest wynikiem rozszerzenia produkcji w przemyśle zbrojeniowym, to jednocześnie musimy zadać sobie pytanie – co będzie za rok lub za dwa, gdy do produkcji tych maszyn niezbędne będą półprodukty i surowce, których produkcja w znacznym stopniu spadła? Nie przeszliśmy nawet do strefy cyrkulacji (czyli tego, że produkty militarne trzeba w końcu gdzieś sprzedać, żeby – mówiąc po marksistowsku – zrealizować wartość dodatkową), a już na poziomie produkcji widzimy chaos i anarchię rynku.

Mit nr 2 – środki na obronność modernizują polską armię

Ale może po prostu komuniści kłamią, a tak naprawdę wszystko wygląda wspaniale? Otóż nawet nasi wrogowie klasowi – eksperci ekonomiczni głównego nurtu –zauważają istotne problemy w finansowaniu „obronności”. Podkreślmy, że są to ludzie, którym – w przeciwieństwie do nas – zależy na wzroście nakładów na zbrojenia, rzeczywistej produkcji wyrobów militarnych czy pobudzeniu sektora badań nad technologiami wojskowymi. Jest to ta część burżuazji, która bliższa jest sferze produkcji, a nie oligarchii finansowej i spekulantom. Stąd też jest w stanie chłodno ocenić praktyczne wyniki nakładów na zbrojenia, choć wnioski są odwrotne do naszych.

Po pierwsze odkrywają oni karty na temat kreatywnej obsługi zadłużenia, wskazując na fikcję finansowania zbrojeń spoza budżetu. Oprócz ogromnych wydatków budżetowych istnieją mechanizmy pomagające ukrywać prawdziwy koszt, jaki przeznacza się na zbrojenia – na przykład de facto pranie publicznych pieniędzy poprzez mechanizmy Banku Gospodarstwa Krajowego, FWSZ i inne. Dodajmy, że ten problem dotyka obu propozycji finansowania SAFE. Innymi słowy – nieważne, jak „kreatywnie” będzie się spekulować wydatkami na zbrojenia, koniec końców z czegoś trzeba je opłacić. Do tej kwestii jeszcze wrócimy.

Na co więc faktycznie idą środki na zbrojenia, które oprócz pobudzenia przemysłu mają dozbroić i zmodernizować polską armię? Otóż okazuje się, że jedynie 0,2 PKB trafia na zakup uzbrojenia. Co istotne, właśnie zakup uzbrojenia figuruje jako pozytywny aspekt wykonania planu budżetowego w oficjalnym komunikacie Ministerstwa Finansów. Z pewnością reszta tych środków, zgodnie z deklaracjami rządu, jest przeznaczana na inwestycje w rozwój przemysłu zbrojeniowego? Otóż nie! Większość nakładów zjada utrzymanie rosnącej liczebnie (ale wciąż nie dość wyposażonej) armii. Zaledwie 0,5 proc. wydatków na obronność (0,025 proc. PKB) przeznacza się na badania naukowe i prace rozwojowe. Ten żałosny stan rzeczy potwierdza też fakt, że w dyskusjach o mechanizmie SAFE polski rząd dopiero w październiku 2025 r. „przypomniał” sobie, że przecież w założeniach ta pożyczka miała być motorem inwestycji, a nie po prostu bonem zakupowym dla spekulantów.

Podobne wnioski wysuwa raport Instytutu Sobieskiego, którego nie można posądzić o komunistyczne czy lewicowe sympatie:

Wynika z tego, że Polska dryfuje w kierunku nadmiernie kosztownej struktury wydatków obronnych, w której przewaga kosztów osobowych może ograniczać elastyczność i zdolność do dalszych inwestycji w modernizację technologiczną sił zbrojnych. Utrzymanie odpowiednich proporcji między wynagrodzeniami a inwestycjami w sprzęt i innowacje będzie jednym z kluczowych wyzwań dla polityki obronnej w perspektywie najbliższych lat.

Podsumujmy, jak rzeczywiście dziś funkcjonuje polski przemysł zbrojeniowy pod „kontrolą” rządu – rzucić pieniądze dla Wojska Polskiego i przemysłu zbrojeniowego tak, by wojsko zamawiało sprzęt, który produkuje ten przemysł. W praktyce jednak wojsko po pierwsze przejada większość środków i nie stać ich na zamówienia, a przemysł zbrojeniowy, działając zgodnie z zasadą wolnego rynku, woli zmniejszać produkcję, nie inwestować i nie realizować zamówień. Wojsko woli zamawiać gotowy sprzęt za granicą, a polskim producentom opłaca się bardziej stanowić zaplecze dla przemysłu większych krajów.

polskie wydatki na obronnosc
Ogromne wydatki na obronność nie trafiają ani do polskiego przemysłu, ani nawet na zakupy zagraniczne – przeciwnie, większość tych środków ginie w kieszeniach prezesów spółek i generałów / PAP

Czy jest na sali lekarz? To nie jest rzetelny i mądry plan gospodarczy – to raczej piramida finansowa, która już zdążyła pokazać, że wali się jak domek z kart. Po obu stronach tego magicznego perpetuum mobile mamy masę korupcji, wszelkiego rodzaju pośredników i spekulantów. Pieniądze, które nominalnie mają być przeznaczone na modernizację polskiego wojska i rozwój rodzimego przemysłu, lądują właśnie w kieszeniach tych pasożytów – i nie trafiają ani do koszar, ani do funduszy rozwojowych zakładów zbrojeniowych. I teraz pytanie za sto punktów – jakim cudem polepszenie warunków życia pasożyta ma zaowocować uzdrowieniem i poprawnym rozwojem organizmu, na którym żeruje? To pytanie retoryczne. Każda kolejna złotówka, którą przeznaczy się na zbrojenia, zniknie razem z całą resztą tych ogromnych kosztów w kieszeni spekulanta. To zwykłe marnotrawstwo publicznych pieniędzy. Zauważmy, że do tej pory w żadnym momencie nie analizowaliśmy jeszcze zasadności wspierania zbrojeń – a już okazuje się, że cały mechanizm to po prostu zwykły, bandycki rozbój.

Pomysł ten w ogóle nie jest nowy, bowiem stanowi po prostu kolejną formę militarnego keynesizmu. Keynesizmu – bo założenie jest takie, że państwo może odgórnie stymulować rozwój produkcji w nieskończoność (z wykorzystaniem środków publicznych); militarnego – bo oto złotym środkiem do tego nieskończonego wzrostu ma być przemysł zbrojeniowy. Głupie? Owszem, ale dzisiejsza burżuazja to zakompleksiony i przerażony cień samej siebie, który nie podniósł się nadal po traumie kryzysu 2008 r. Dodajmy, że na tę starą przynętę nabiera się również cała polska oficjalna „lewica”, dwojąc się i trojąc w obronie spekulacji, tak jak parę lat temu płaszczyła się przed „nową teorią ekonomiczną” pod nazwą MMT. Oto efekt strachu przed czytaniem dzieł Marksa i Lenina!

Mit nr 3 – polski przemysł zbrojeniowy jest samodzielny

Gospodarka kapitalistyczna rządzi się własnymi prawami i logiką, której nie zmieni żadne rozporządzenie czy ustawa. Oznacza to konkurencję o rynki zbytu, ciągłą walkę o zwiększenie zysków (stąd presja na zmniejszenie płac, „optymalizację” siły roboczej itd.), co w dobie imperializmu i głębokiego kryzysu inwestycyjnego oznacza nie rozszerzanie produkcji i innowacyjność, lecz właśnie krótkowzroczny pęd ku szybkim zyskom, spekulacje i kapitał fikcyjny. Jeśli mówimy o zbrojeniach, musimy również dodać organicznie ograniczone rynki zbytu, które napędzane są wojną i konfliktami.

Skupmy się najpierw na tezie, że polski przemysł zbrojeniowy ma być samowystarczalny, wytwarzać produkty kompletne i gotowe do użytku przez Wojsko Polskie, i tym samym stanowić samonapędzającą się machinę rozwoju gospodarczego. Zakładamy też, że zgodnie z obietnicami modernizacji armii tworzone mają być produkty przydatne na dzisiejszym polu walki. Raport Instytutu Sobieskiego stwierdza:

Dane te wskazują jednoznacznie, że udział krajowego przemysłu zbrojeniowego w realizacji zamówień publicznych, mimo ogromnych nakładów na obronność, nadal pozostaje niezadowalający i wymaga głębokich, systemowych zmian.

[…]

Dlaczego więc wciąż tak niewielki odsetek zamówień trafia do polskich firm?

Zdaniem autorów raportu czynniki są – a jakże – „wielowarstwowe” i sprowadzają się do tego, że produkcja jest rozproszona, nieskoordynowana i absolutnie nieadekwatna do potrzeb. Chociaż ci burżuazyjni eksperci rozkładają ręce i twierdzą, że polska zbrojeniówka po prostu „dała się zaskoczyć” sytuacji międzynarodowej, my rozumiemy to jednak głębiej – polski przemysł zbrojeniowy nie mógł nie dać się zaskoczyć, ponieważ był i pozostaje nieistotnym graczem na arenie międzynarodowej. Nie posiadł instrumentów, by odpowiednio badać rynek i dostosowywać produkcję zawczasu – to domena wielkich monopoli. Polska zbrojeniówka nie stanowiła (i, jak widzieliśmy, nadal nie stanowi) jednolitego bloku, lecz raczej zbiór drobnych producentów, z których każdy chce zyskać kosztem innych.

Proces „produkcji” zbrojeniowej zdecydowanie bardziej przypomina działania kapitału fikcyjnego. Przykładowo po wybuchu wojny na Ukrainie przekazaliśmy (to istotne – z pustego i Salomon nie naleje, a więc nie można nawet próbować bronić w takim przypadku tezy o „reinwestycjach” i pobudzaniu przemysłu napływem zysków z eksportu) armatohaubice Krab, co jednocześnie doprowadziło do braków tego wyposażenia w Wojsku Polskim, któremu próbowano zapobiec… zamówieniem „podobnych” haubic K9 z Korei. Ręka rękę myje – tu oddać Ukraińcom, tam zamówić w Korei zamienniki, jednocześnie suto na tym wszystkim zarabiając bez absolutnie żadnego ryzyka – bo przecież wydaje się środki publiczne, a nie zaskórniaki prezesa. Zero ryzyka i sam zysk – który kapitalista zrobiłby w tej sytuacji cokolwiek innego? Raport chłodno wspomina o wielu innych takich przypadkach, ze szczególnym uwzględnieniem właśnie projektów modernizacyjnych.

Innymi słowy – nawet polskie wojsko nie chce kupować tego, co produkuje polski przemysł zbrojeniowy. Produkowane moździerze Rak, haubice Krab, wyrzutnie Homar, miotacze pocisków Piorun, baterie przeciwlotniczych zestawów rakietowych Narew i Pilica oraz wozy Rosomak i Borsuk wprawdzie trafiają do polskich koszar, ale nikt nie ma żadnych złudzeń, że pomimo promocji tych rozwiązań jako „najnowszego słowa technologii militarnej” są to w istocie produkty, które być może zdałyby rezultat na polach bitew drugiej wojny światowej, ale obecnie dużo większą wartość uzyskałyby w lokalnym szrocie. Projekt modernizacji (jeden z wielu!), zakładający inwestycje w systemu obrony antydronowej czy powietrznej, zgodnie z zasadami współczesnej sztuki wojennej, opatrzono w raporcie komentarzem „częściowy i niewystarczający”.

Wszystko jest rozłożone w czasie na najbliższe dekady. Nie zapominajmy, że cały plan opiera się na założeniu, że po prostu wpompujemy w ten niewydolny, rozdrobniony, toczony korupcją i spekulacjami przemysł (innego w kapitalizmie nie ma i być nie może), a wszystko będzie dobrze. Przykładowo w Grudziądzu w ramach WZU przygotowuje się wstępny plan produkcji systemów Narew (za bagatela 200 mln. zł). Z kolei od 4 do 11 mld z SAFE na produkcję amunicji miała dostać spółka Polska Amunicja… która nie ma nawet szkicu stworzenia swojej pierwszej fabryki, ale za to obiecuje niedługo rozpocząć „testy produkcji”. Nie przeszkadza to jednak rządowi traktować jej jako kluczowego partnera w kwestii produkcji amunicji 155 mm.

Amunicja to zresztą temat, który bardzo często podnosi na przykład Adrian Zandberg. Firma Mesko zdążyło już kilkakrotnie przesunąć w czasie „Projekt 400” i „Projekt 44,7”, czyli plany produkcji rodzimej amunicji. Nie bez powodu podawaliśmy wyżej dane, z których wynikał jednoznaczny spadek obróbki metali czy produkcji chemikaliów. To tłumaczy, dlaczego Mesko nie potrafi od wielu lat ukończyć inwestycji mających na celu „uruchomienie produkcji prochów wielobazowych”. Przeciwnie do samozadowolenia prezesów zarządu tej spółki, Mesko nie będzie „uniezależniać Polski od importu surowców”, lecz przeciwnie – będzie zmuszone jeszcze bardziej stawiać na import tychże z zagranicy.

Nie jest to wynik złego zarządzania, któremu można zapobiec, wymieniając na przykład zarząd takiego zakładu – to złe zarządzanie jest wynikiem kapitalistycznego sposobu produkcji, dokładnie tak samo, jak w sektorze budowlanym (drogie mieszkania, które stoją puste, przy jednoczesnym kryzysie mieszkalnictwa) i każdym innym. Zbrojeniówka nie wyłamuje się z tego schematu, lecz odwrotnie – skupia wszystkie najgorsze cechy produkcji kapitalistycznej, bo opiera się na pasożytowaniu na przemyśle, bardzo niepewnych rynkach zbytu i produkcji towarów, których spożytkowanie prowadzi nie do powstania wartości, lecz do jej zniszczenia.

240307 gaza university mb 1101 2500x1667 1
Polska zbrojeniówka jest głęboko zintegrowana z izraelskim przemysłem zbrojeniowym i w dużej mierze stanowi dla niego podwykonawcę / NBC News

Tak więc dla Wojska Polskiego polska zbrojeniówka jest mało przydatna, a zamówienia krajowe trzeba uzupełniać zakupami sprzętu zagranicznego. Pomińmy temat blokady technologicznej, spekulacji w pośrednictwie i poddańczych warunków umów offsetowych w takich zakupach, które również nie odpowiadają na potrzeby polskiej armii. Dużo ważniejsza jest bowiem druga strona tego keynesowskiego równania (które w założeniu miało dążyć do zera, tj. popyt Wojska Polskiego miał równoważyć podaż polskiego przemysłu militarnego), czyli fakt, że polska zbrojeniówka ma dużo lepszych kupców, niż polskie wojsko. Weźmy tę samą firmę Mesko – nominalnie członka Polskiej Grupy Zbrojeniowej, a więc teoretycznie firmę tworzącą integralną część państwowego przemysłu zbrojeniowego. Czym zajmuje się Mesko oprócz opóźniania inwestycji w produkcję amunicji? Współpracą z państwową firmą izraelską, Rafael, w ramach produkcji rakiet Spike. Oddajmy głos dumnym współpracownikom IDF:

Dzięki kolejnym zamówieniom i rozszerzonej współpracy z firmą RAFAEL spółka MESKO nie tylko umacnia swoją pozycję w jej łańcuchu dostaw, potwierdzając ogromne możliwości produkcyjne, ale także jest to krok do stania się hubem produkcyjnym rakiet SPIKE.

Czy to nie wspaniałe? Być może nie ma polskiej innowacji i inwestycji w zbrojenia, ale za polski sektor państwowy produkuje rakiety izraelskie i dostarcza produktów firmie, której realizacja zysku opiera się na bombardowaniu Gazy, Libanu i Syrii.

To nie wszystko. Pamiętacie aferę związaną z zakupami caracali? Okazuje się, że na otarcie łez polska zbrojeniówka miała dostać ofertę serwisowania śmigłowców:

W konsekwencji pojawiły się przypuszczenia, że przyznanie Łodzi serwisowania AW101 miało na celu częściową rekompensatę za anulowanie produkcji Caracali, lecz nie przełożyło się na znaczący rozwój przemysłowy regionu.

To tyle, jeśli chodzi o Airbusa – firmę również współpracującą z Izraelem. Na szczęście polska zbrojeniówka nie tylko serwisuje, ale bierze też udział w produkcji innych śmigłowców:

Zamiast 50 caracali w kolejnych latach Wojsko Polskie kupiło 8 śmigłowców S70i black hawk, które powstały w dużej mierze w Mielcu w zakładach Lockheed Martin, 4 śmigłowce AW 101 do zwalczania okrętów podwodnych oraz 32 śmigłowce AW-149, które powstają w PZL Świdnik należących do koncernu Leonardo.

Zakłady w Mielcu i Świdniku nie są częścią PGZ, ale w ramach współpracy z państwem polskim otrzymują pokaźne dotacje. Z kolei Lockheed Martin i Leonardo to firmy, które bezpośrednio współpracują z Izraelem. Do tego wątku jeszcze wrócimy, ale zauważmy, że polska zbrojeniówka na każdym kroku jest skutecznie kuszona przez kapitał izraelski, amerykański czy francuski. Najwyraźniej jest to kwestia na tyle wstydliwa dla obrońców polskiej „suwerenności” obronnej (czy to z obozu polskiego proeuropejskiego rządu, czy polskiej proamerykańskiej opozycji), że trudno znaleźć o niej informacje. Tym gorzej dla polskiej machiny propagandowej, że komuniści się na nią nie nabierają i wolą myśleć samodzielnie.

Mit nr 4 – polski przemysł zbrojeniowy jest konkurencyjny na arenie międzynarodowej

Wiele uwagi poświęca się temu, że o ile nakłady na zbrojenia są rzeczywiście ogromne, to jednak zwracają się one w postaci zysków z eksportu. Więcej – eksport jest kluczowym fragmentem całej układanki i tym właśnie elementem, który z jednej strony pozostaje najbardziej w sferze domysłów, a z drugiej ma stanowić panaceum na wszystkie bolączki. Brak inwestycji? Rozproszona produkcja? Wysokie nakłady? Wszystko zwróci się z eksportu! Jak tłumaczą eksperci Instytutu Sobieskiego:

Silna baza przemysłowa mogłaby nie tylko zabezpieczać krajowe potrzeby, lecz również zwiększać produkcję na eksport, co w efekcie oznaczałoby wyższe dochody podatkowe dla państwa, nowe miejsca pracy i wzrost udziału Polski w europejskich łańcuchach wartości.

Przytoczmy tutaj od razu wnioski z analizy eksportu polskiej zbrojeniówki w roku 2024 (to najnowsze zestawienie) autorstwa Jarosława Ciślaka, członka redakcji Defence24:

Nasz eksport w ubiegłym roku wzrósł gigantycznie w porównaniu do lat ubiegłych. Niechlubną w tym zasługę ma trwająca wojna na Ukrainie. Nasz eksport do tego państwa to około 79% całego eksportu naszej zbrojeniówki.

Należy o tym pamiętać. Gdy wojna tam się zakończy lub ulegnie zamrożeniu, wydaje się, iż nasz eksport na ten rynek ulegnie zmniejszeniu. A jak widać, kolejne dwa państwa, czyli USA i Filipiny, kupiły u nas broń w 2024 roku o wartości kolejnych około 12% całego eksportu (a stanowią ją głównie śmigłowce S-70i z PZL-Mielec).

Na cały pozostały świat przypada tylko mniej niż 10% polskiego eksportu zbrojeniowego, czyli kwotowo około 305 mln Euro. Przy obecnych światowych cenach nie jest to imponująca wielkość.

Nic dodać, nic ująć. Produkcja na eksport – czyli lek na wszystkie bolączki polskiej zbrojeniówki – definitywnie skończy się wraz z zakończeniem rzezi na Ukrainie. I nie ma absolutnie żadnego pomysłu, co z tym dalej zrobić. Oprócz dostarczania Ukrainie wozów opancerzonych możemy się bowiem pochwalić najwyżej produkcją amerykańskich śmigłowców, które wysyłamy… Amerykanom. To nie żadna „konkurencyjność”, lecz dowód na klasyczną kapitalistyczną krótkowzroczność. Polska zbrojeniówka nie jest hitem na rynkach światowych, jest już dziś podwykonawcą przemysłów zbrojeniowych silniejszych gospodarek.

Wniosek gospodarczo-polityczny jest jeden – w interesie polskiej zbrojeniówki leży kontynuowanie wojny na Ukrainie za wszelką cenę. To nie inwestycje czy innowacje pchają do przodu polski przemysł militarny, lecz ostateczne poświęcenie robotników Rosji i Ukrainy. Całkiem dosłownie i bez przesady można powiedzieć, że ilość zabitych żołnierzy ukraińskich i rosyjskich jest wprost proporcjonalna do zysków polskiej zbrojeniówki. Kogo może to dziwić? W dyskusji o SAFE wielu pokazało, jak łatwo jest zapomnieć, o czym tu właściwie mówimy – ale nie możemy uciec od prostego wniosku, że chodzi o zastrzyk finansowy dla przemysłu śmierci, który żywi się nie tworzeniem wartości, ale jej konsekwentnym niszczeniem. Kto zapomniał w tej całej awanturze, do czego tylko i wyłącznie mogą służyć bomby, rakiety czy miny przeciwpiechotne, niech porządnie się zastanowi.

npr.brightspotcdn
Eksport polskiego przemysłu zbrojeniowego opiera się w ok. 79 proc. na handlu z Ukrainą – dlatego Polska najgłośniej gardłuje za kontynuacją tej rzezi za cenę życia Ukraińców i Rosjan / Iryna Rybakova

To właśnie SAFE miało zapewnić konkurencyjność polskiemu przemysłowi. Po co ten unijny mechanizm (w Unii Europejskiej, pomimo polskiej prezydentury, pierwsze skrzypce nadal grają Francja i Niemcy) miałby strzelić sobie w stopę i tworzyć konkurenta dla francuskiej i niemieckiej zbrojeniówki? Ano dlatego, że nie o to w tym wszystkim chodzi. Przykładowo Francja wyraziła ponoć chęć zakupów polskich Piorunów wyłącznie w ramach mechanizmu SAFE. Dlaczego? Ponieważ na tym etapie mamy już do czynienia ze spekulacją na poziomie unijnym. Koniec końców chodzi właśnie o zapewnienie zysków zbrojeniówkom europejskim nie na zasadzie wolnego rynku i konkurencji, z której ma się wyłonić najlepszy technologicznie produkt. Chodzi o to, żeby europejski robotnik zapłacił europejskiemu kapitaliście. I tyle. Reszta – to elementy dodatkowe, kwestia do dogadania pomiędzy tym czy innym burżujem.

Czy francuskim robotnikom żyje się lepiej dzięki temu, że w Polsce naprawia się francuskie śmigłowce? Nie? Jak zatem możemy uznać, że sprzedaż w ramach spekulacji paru polskich produktów militarnych ma się odbić pozytywnie na naszym poziomie życia? Jeżeli to wszystko, co potrafi obiecać SAFE – to jest to niezwykle słaba propozycja dla klasy pracującej całej Europy.

Mit nr 5 – środki na obronność tworzą miejsca pracy

Być może nie ma rozwoju produkcji, nie ma inwestycji i innowacji, nie ma pokaźnych zysków z eksportu, nie ma przemyślanych zakupów i planu produkcji, ale za to nie da się ukryć, że tworzenie kolejnych firm i spółek będzie tworzyć miejsca pracy – taki jest kolejny mit zwolenników zbrojeń. Z jednej strony – postępujące od dekad odprzemysłowienie i zamykanie „nierentownych” zakładów peerelowskich, z drugiej – mesjasz w postaci sprzedaży resztek produkcji przemysłowej zbrojeniówce. Niestety, to również jest najwyżej powtórzeniem bzdurnych idei Keynesa, według których i cyrkulację, i zysk, i zatrudnienie można załatwić po prostu mechanizmami spekulatywnymi. Pozostaje zadać proste i retoryczne pytanie, skąd w takim razie w Polsce narastające bezrobocie, skoro podobno można mu zapobiec po prostu otwierając kolejne zakłady. Cóż, może i by można – ale do tego znów potrzebna by była socjalistyczna gospodarka planowa. Dzisiejsi poplecznicy kapitalizmu obiecają nam wszystko, co tylko chcemy (włącznie z rozwiązaniami socjalistycznymi, chociaż nigdy ich tak nie nazwą) – bylebyśmy tylko zgodzili się im kolejny raz zaufać, że tym razem na pewno wyjdzie inaczej.

Na papierze wszystko wygląda idealnie – otwierają się kolejne linie produkcyjne, upadające zakłady ratuje Agencja Rozwoju Przemysłu (ARP) i PGZ. A jak wygląda to w praktyce? Mieliśmy okazję uważnie przyglądać się prawdziwym skutkom „tworzenia miejsc pracy” w czwartek 12 marca w Poznaniu. Oto na ulicę wyszła ponad setka robotników trzech zakładów – H. Cegielski (HCP), Wytwórnia Sprzętu Komunikacyjnego (WSK) i Stomil – by zaprotestować przeciwko niewypłacaniu pensji i widmu zwolnień grupowych. Dlaczego o tym mówimy? Ponieważ wszystkie trzy stanowią de facto filar przemysłu zbrojeniowego w województwie wielkopolskim i są bezpośrednio powiązane z PGZ i ARP.

Stomil, produkujący wyroby gumowe, ma zostać zlikwidowany w całości. Część załogi ma mieć zapewniony transfer do fabryki Cegielskiego… w której niewypłacone pensje sięgają 2,5 mln zł. Zakład jest przedmiotem interwencji komorniczej z powodu zadłużenia gruntu należącego (decyzją Ministerstwa Aktywów Państwowych) do ARP. Z kolei w WSK połowa załogi ma iść pod nóż, bo ta sama Agencja nie potrafi znaleźć rynków zbytu na pompy wtryskowe do ciągników. Nie przyszło im do głowy, że wystarczy przestawić się na produkcję komponentów do Borsuków i Rosomaków?

strajk solidarnosc ip wzk cegielski stomil
Pomimo ogromnych nakładów na zbrojenia, zarządowi spółek PGZ opłaca się likwidować miejsca pracy, a nie je tworzyć – jak pokazuje niedawna mobilizacja w Poznaniu / Łukasz Cynalewski / Agencja Wyborcza.pl

Tak wygląda w praktyce pasożytnictwo zbrojeniówki – przejąć zakład, a potem zwalniać, likwidować albo nie wypłacać pensji. I to wszystko w ramach „inwestycji” w sektor zbrojeniowy! Podobną sytuację widzieliśmy w zeszłym roku w Gliwicach. Tam, gdzie jeszcze nie ogłoszono zwolnień, tam wszystkie pionki już ustawione są w odpowiedniej konfiguracji. Polska zbrojeniówka od lat bierze aktywny udział w odprzemysłowieniu kraju, rozbijaniu zakładów, zwalnianiu większości wyspecjalizowanej i wykształconej jeszcze w PRL-u siły roboczej i tak dalej. Nie jest tak dlatego, że brakuje pieniędzy – ale dlatego, że właśnie to, a nie rozwój produkcji, opłaca się teraz właścicielom tych zakładów. SAFE i każdy inny mechanizm może najwyżej ten proces przyspieszyć.

Mit nr 6 – środki na obronność korzystnie wpływają na społeczność lokalną

To zdecydowanie najbardziej kuriozalny wniosek z dyskusji o SAFE. Produkcja elementów uzbrojenia nie jest lekką, przyjemną pracą dla studentów i dzieci. Przeciwnie, to obecnie – obok górnictwa – najcięższy przemysł obarczony największymi kosztami zdrowotnymi i środowiskowymi.

Produkcja uzbrojenia wiąże się z całą gamą potencjalnych problemów zdrowotnych – od pylicy, berylozy i ołowicy, przez wysokie ryzyko fizycznych obrażeń, na nowotworach złośliwych kończąc. Mówimy tu o stałym kontakcie z maszynami, metalami, oparami, rozpuszczalnikami czy innymi chemikaliami; substancjami żrącymi i toksycznymi. Gospodarki z bardziej rozwiniętym przemysłem zbrojeniowym, jak Stany Zjednoczone, zmuszone są brać te zagrożenia pod uwagę. Oczywiście stan opieki zdrowotnej w Ameryce (w szczególności dla weteranów i pracowników zbrojeniówki) jest godny pożałowania. Ale kto dziś ufa polskiemu rządowi, tnącemu do kości wydatki na NFZ, że rozsądnie zajmie się opieką zdrowotną nad pracownikami przemysłu zbrojeniowego?

Przykładowo na terenie zakładów Mesko w Skarżysku-Kamiennej dwa lata temu w wyniku eksplozji paliwa rakietowego i pożaru zginął 59-letni robotnik, a drugi został ciężko ranny. Wówczas był to trzeci śmiertelny wypadek w tej firmie (my naliczyliśmy co najmniej pięć), a audyt wykazał jednoznacznie „że warunki w tej fabryce zagrażają życiu pracowników”. Jakie szczęście, że po fakcie Donald Tusk uspokajał, że to nie był rosyjski sabotaż! W 2021 r. w Mesku zginęły w dwóch oddzielnych wypadkach dwie kobiety – sprawa jest konsekwentnie tuszowana. Z ustaleń PIP wynika, że „przyczyną wypadku była rutyna, zaniedbania techniczno-organizacyjne i niedotrzymanie parametrów procesów technologicznych”. W 2015 r. Mesko (kluczowy zakład produkcji amunicji w PGZ) postanowiło w sprytny sposób ominąć wymogi BHP, produkując niemiecką amunicję na oko – „Mesko nie kupiło od Niemców licencji ani dokumentacji, tylko zrobiło to po swojemu”. Efekt? Pożar czołgu i śmierć żołnierza.

Natomiast w 2023 r. w zakładach WZL w Bydgoszczy jeden z pracowników odebrał sobie życie, co na swoich łamach opisał Newsweek, nagłaśniając jednocześnie ogromną korupcję, nepotyzm i łamania praw pracowniczych. Na marginesie dodajmy, że o korupcji w polskiej zbrojeniówce można by napisać kilkutomową książkę – nie ma tygodnia, żeby do prasy nie trafiały kolejne doniesienia o śledztwach, oskarżeniach i aresztowaniach w jednym zakładzie po drugim. To kolejny dowód na bezsprzecznie spekulatywny charakter polskiej zbrojeniówki w ogóle, a tej związanej z PGZ w szczególności.

Nietrudno się domyślić, że praca w takich warunkach może skutkować chorobą psychiczną, a w tym wypadku samobójstwem. W odpowiedzi zarówno WZL, jak i PGZ uznało to śledztwo dziennikarskie za „brutalny atak na firmę”.

Nawet zakładając rzeczywistą możliwość rozwoju tego przemysłu (który, przypomnijmy, pomimo ogromnych kosztów zdrowotnych dla pracownika nie owocuje absolutnie niczym przydatnym ani dla lokalnej, ani dla żadnej innej społeczności), w parze powinna iść odpowiednia ochrona zdrowia i zabezpieczenia socjalne, a także rozwój, dostosowanie lub stworzenie od zera wielu innych pomocniczych sektorów wytwórstwa i usług. Nawet burżuazyjna prasa jest zmuszona to przyznać:

Choć armia potrzebuje dziś dodatkowych dziesiątek miliardów złotych rocznie, to należy pamiętać, że nie jest to jedyny obszar państwa, gdzie brak środków jest dziś zagrożeniem dla bezpieczeństwa. Polska potrzebuje środków na ochronę zdrowia (która jest dziś jedną z najgorzej finansowanych w całej UE) czy inwestycje w energetykę, rozwój szybkich kolei i budowę Centralnego Portu Komunikacyjnego.

Jeden element się zgadza – PGZ rzeczywiście stara się „rozwijać” tak, by dotrzymać tempa NFZ – jeśli mówimy tu o masowych zwolnieniach i likwidacji zakładów pracy. Jaki procent z SAFE przeznaczony będzie na placówki medyczne, w których trzeba będzie leczyć płuca i ręce pracowników zbrojeniówki? O tym ani słowa ani ze strony rządu, ani prezydenta. Nagrodą dla pracowników zbrojeniówki ma być wielogodzinna podróż po leki niezbędne w leczeniu onkologicznym, odmowa badania tomograficznego, a na końcu sfinansowanie z własnej kieszeni ostatniego posiłku przed śmiercią z wielonarządowej niewydolności, bo trudno pomyśleć, jak osoba z tak poważnymi problemami zdrowotnymi miałaby przeżyć za marne 1978,49 zł miesięcznie. Rzecz jasna ogromna większość zagrożeń, które wymieniliśmy, w ogóle nie jest refundowana, bo pod nóż wraz z demontażem przemysłu szły przecież przyzakładowe placówki medyczne, całe sektory związane z BHP i leczeniem chorób zawodowych oraz rehabilitacją.

Ktoś mógłby powiedzieć, że nic nie stoi na przeszkodzie, by w miarę inwestycji w przemysł zbrojeniowy rozwijać z tych samych środków ochronę zdrowia. Niestety i w tym przypadku mamy do czynienia z myśleniem życzeniowym, bowiem w rzeczywistości szacuje się, że zwiększenie wydatków na zbrojenia o 1 proc. powoduje analogiczną obniżkę nakładów na świadczenia zdrowotne o 0,6 proc. Na przeszkodzie stoi zatem znów – kapitalizm. Wystarczy sięgnąć pamięcią parę dekad wstecz, by zrozumieć, że tylko socjalizm jest w stanie planować rozwój produkcji przemysłowej, w ramach którego bierze się pod uwagę nie tylko ochronę zdrowia, ale też mieszkania, przedszkola i szkoły, rozrywkę, odpoczynek, kształcenie i wiele innych absolutnie podstawowych świadczeń, na które dzisiaj podobno nie ma pieniędzy. Skoro to wszystko było możliwe w ramach biurokratycznego zdegenerowanego państwa robotniczego, jakim był PRL – to dziś moglibyśmy to robić dużo lepiej i rozsądniej. Pierwszym krokiem musi być otwarcie oczu i zrozumienie, że SAFE to przepływ pieniędzy od biednych do bogatych, a nie na odwrót.

A co ze środowiskiem? Czy w ogóle trzeba dowodzić, że przemysł oparty na wydobyciu surowców i intensywnej produkcji przemysłowej w ogóle można traktować jako pozytywny element krajobrazu miast i wsi Polski? Ile jeszcze rzek i jezior muszą polscy kapitaliści zatruć, by „lokalna społeczność” uznała ten fakt za pozytywny efekt militaryzacji? Nie ma i nie może być zrównoważonego rozwoju w kapitalizmie w ogóle, a w przemyśle zbrojeniowym w szczególności. Dodajmy, że przemysł zbrojeniowy odpowiada już dziś za ok. 3-7% emisji gazów cieplarnianych, powoduje zatrucia gleby i warstwy wodonośnej (w tym zasobów wody pitnej). Na przykład do produkcji prochu z nitrocelulozy, jak w przypadku planowanej 460-miliardowej inwestycji w Pionkach, zużywa się ogromne ilości wody. To fatalny krok w kraju, który stoi na skraju ogromnego kryzysu wodnego na niespotykaną w Europie skalę.

Z kolei bydgoski Nitrochem, który ostatnio zasłynął z tego, że produkowany tam trotyl trafia do bomb używanych do ludobójstwa w Gazie, w zeszłym roku został oskarżony o podrzucenie kwasów sulfonowych i nitrotoluenów lokalnym rolnikom, co miało doprowadzić do skażenia gleb. Być może zarząd Nitrochemu wpadł na ten genialny pomysł dlatego, że ta sama firma dwa lata wcześniej musiała się tłumaczyć z nielegalnego składowania ogromnych ilości tych odpadów na terenie fikcyjnej myjni samochodowej.

nfz mesko susza
Przemysł zbrojeniowy jest bezpośrednio związany z obniżaniem nakładów na ochronę zdrowia, stanowi zagrożenie dla życia i zdrowia robotników oraz mieszkańców, a także pogłębia kryzys klimatyczny. Na grafice trzy istotne wydarzenia z 2025 r.: zamknięta izba przyjęć szpitala w Żywcu, eksplozja paliwa w fabryce Mesko w Skarżysku-Kamiennej i krytycznie niski stan wody w Wiśle w Warszawie / praca własna

Rzecz jasna mówimy tu tylko o sferze produkcji. Nie trzeba chyba wykazywać, jak ogromne koszty dla życia, mienia i środowiska stanowi faktyczne użycie produktów militarnych. Nic, czego byśmy tu nie napisali, nie przebije widoku opadów czarnego, smolistego deszczu w Teheranie, który był tak nasycony zanieczyszczeniami ze zbombardowanych przez USA i Izrael rafinerii, że nie był w stanie gasić płonących instalacji gazowych. Nawet jeśli odrzucimy internacjonalizm i na całą sprawę będziemy patrzeć jak zwykli szowiniści narodowi, wówczas trzeba przyznać, że to właśnie polski przemysł zbrojeniowy stanowi bezpośrednie zagrożenie dla Polaków.

Przypomnieć możemy zniszczenie polskim pociskiem domu w Wyrykach-Roli albo niedawny incydent z dronem, który w Inowrocławiu uszkodził dwa samochody (w tym jeden należący do Poczty Polskiej) i budynek. W tym drugim przypadku doczekaliśmy się nawet odpowiedzi Żandarmerii Wojskowej, która uznała, że w ogóle się tą sprawą nie zajmie. Z kolei jeśli rząd wywiąże się z obietnicy zaminowania wschodniej granicy Polski, to stworzy tym samym nie tylko ogromne zagrożenie dla środowiska, ale też bezpośrednie ryzyku utraty życia w wyniku wybuchu. W tym kontekście całe tygodnie hałasu, z którymi co roku mierzą się mieszkańcy Torunia i okolic, to łaskawy wyrok.

Mit nr 7 – zadłużenie państwa to bezpieczny i rozsądny mechanizm finansowania

I wreszcie możemy przejść do sedna, wokół którego szaty drą wszystkie partie w polskim parlamencie. Czytelnik musi nam wybaczyć, że tak dokładnie przyjrzeliśmy się przemysłowi zbrojnemu – ale jest to właśnie ta praca, którą należy wykonać przed stawianiem wszelkiego rodzaju ogólnych tez. W przeciwieństwie do rządu, prezydenta i „lewicy” wiemy, że musimy najpierw dobrze zrozumieć miejsce przemysłu zbrojeniowego w kapitalizmie, żebyśmy mogli przejść do ferowania wyroków.

Towarzyszący nam przez tak wiele akapitów eksperci z Instytutu Sobieskiego najmniej miejsca w swoim raporcie poświęcają ocenie potencjalnego zadłużenia. Kwitują temat w ten sposób:

Najbliższe lata pokażą, czy i w jakim stopniu możliwe jest ograniczanie deficytu bez sięgania po drastyczne środki – czy to w postaci głębokich cięć innych wydatków publicznych, czy podwyższenia podatków.

I kolejny trafny wniosek burżuazyjnej prasy:

Przekierowanie dodatkowych środków byłoby zatem możliwe tylko dzięki rezygnacji z części obietnic wyborczych – 800 plus, babciowego, renty wdowiej czy 13. i 14. emerytury. Decyzja taka byłaby politycznym samobójstwem, więc trudno oczekiwać jej od rządu, który i bez tego mierzy się z kryzysem zaufania.

[…]

Rozwiązaniem może być też wzrost dochodów. Tutaj ścieżki są dwie – deficyt lub wyższe podatki. Jeśli chodzi o deficyt, to ten już teraz jest wysoki. Czy jest przestrzeń na jego zwiększenie? Jest, ale już w tej chwili sytuacja finansów publicznych w Polsce zaczyna budzić wśród ekonomistów wątpliwości. Wydaje się jednak, że jest to jedna z łatwiejszych alternatyw. Inną jest bowiem wzrost opodatkowania. Przykład akcyzy na alkohol i podwyżki podatku cukrowego pokazują, że te może skutecznie blokować nowy prezydent.

Niektórych może dziwić fakt, że nie zamierzamy opowiadać się po żadnej ze stron tego sporu. Wniosek z całej analizy może być tylko jeden – nieważne jaki mechanizm zadłużenia przyjąć, każdy trzeba będzie spłacić krwawicą klasy pracującej. Można (i należy) rozumieć potencjalne zagrożenia, jak wypływają z jednej strony z rozłożonego w czasie długu w obcej walucie, a z drugiej ze sprzedaży rezerw strategicznych złota. Jak wykazaliśmy, sama argumentacja za jakimkolwiek zadłużeniem dla zbrojeniówki jest oparta nie na faktycznych danych, lecz na żonglowaniu zwrotami pokroju „mogłoby”, „szacuje się”, „zakładamy” i tak dalej. Główny argument za każdym mechanizmem zadłużenia jest właśnie taki, że obsługa długu nie będzie w ogóle istotnym elementem kalkulacji budżetowych, bowiem lwia część zwróci się w postaci inwestycji i zysków z eksportu. Ten mit już rozbiliśmy – a więc pozostaje zgodzić się z co trzeźwiejszymi elementami klasy panującej, gdy mówią, że trzeba będzie ciąć, ciąć i jeszcze raz ciąć. Nie mamy tutaj miejsca, żeby dodatkowo odpowiadać na głosy tych, którzy uznają, że zadłużenie państwa w ogóle nie ma na nic wpływu, a budżet to magiczny kapelusz, z którego można wyciągnąć, co tylko się da. Takie głosy, szczególnie z „lewej” strony, pokazują dobitnie, jakiego spustoszenia w umysłach dokonała tzw. „ekonomia heterodoksyjna”.

Porównanie nasuwa się samo – pożyczka tak ogromna i ważna miała miejsce za czasów PRL-u, kiedy to w szczególności Edward Gierek zaciągnął ogromne zobowiązania wobec kapitału zagranicznego. Efekt? Pomimo różowych okularów, przez które spogląda na ten okres obecna klasa rządząca, nie było widać istotnego impulsu rozwoju przemysłu. Przeciwnie – rozwinęła się spekulacja, sektor prywatny, produkcja dóbr luksusowych kosztem przetwórstwa żywności – słowem te wszystkie elementy, przeciwko którym słusznie strajkowała polska klasa pracująca w latach 70. i 80. Dzisiaj te skutki, w kontekście kryzysu gospodarki kapitalistycznej, będą jeszcze bardziej bolesne i odczuwalne o wiele wcześniej.

Co jeszcze polski rząd może ciąć, żeby wyrobić się z obsługą zadłużenia? Czy możemy uznać, że w interesie polskiego robotnika jest przyspieszyć zwolnienia grupowe, likwidację szpitali i porodówek, demontaż Poczty Polskiej, cięcia w wypłacie emerytur? A może powinniśmy godzić się na wzrost cen paliw, energii i wody po to, żeby po zwolnieniu z pracy umrzeć z wychłodzenia na brzegu zdewastowanej przez produkcję trotylu rzeki? To właśnie te pytania powinni zadać sobie wszyscy zwolennicy zbrojeń. Innego sposobu finansowania tychże nie ma. Ani program SAFE, ani żaden inny nie jest i nie może być czarodziejską maszynką do drukowania pieniędzy. Świadome lub nieświadome wskrzeszanie ducha biednego starego Keynesa nie zmieni kapitalistycznej rzeczywistości.

thumbnail 2489008724
Dług publiczny i deficyt osiągają obecnie rekordowe rozmiary, a mechanizm SAFE w obu formach tylko ten problem pogłębi / Ministerstwo Finansów

SAFE będziemy spłacać my, robotnicy. I nie ma absolutnie żadnego znaczenia, czy wierzycielem będzie Unia Europejska, Stany Zjednoczone czy nawet polskie instytucje finansowe. Dla robotnika nie istnieje żadna inna „suwerenność” oprócz tej, którą może wyrazić – i będzie zmuszony robić to coraz częściej – w czasie strajku. Jeżeli stawia się nas przed wyborem bandyty, który da nam w mordę i odbierze ostatnie grosze z portfela, to zamiast zastanawiać się nad jego charakterem, narodowością i zdolnością wyprowadzania ciosów, wolimy zacisnąć pięść i się postawić. Tylko takie działanie jest godne komunisty i każdego, kto deklaruje stanie po stronie robotników.

Gwóźdź do trumny polskiej „lewicy”

Tym samym przejdźmy do absolutnie najbardziej żałosnego aktu tego całego spektaklu. Naszą główną krytykę musimy kierować właśnie wobec tych, którzy deklarują „lewicowość” i stawanie „po stronie pracowników”. W tej pełnej ironii sytuacji są to te same osoby, które dziś najgłośniej krzyczą o „zdradzie stanu” po wecie prezydenta.

Zostawmy głębsze rozważania na temat tego, czy w ogóle „lewicą” można nazywać najbardziej agresywnie promilitarystyczne stronnictwo polskiej polityki parlamentarnej. Jeśli „lewica” ma oznaczać rzeczywiście nie tylko demagogię i populizm „ludowy”, ale przede wszystkim politykę robotniczą, której niezbywalnym elementem powinien być internacjonalizm i generalny sceptycyzm wobec kapitalizmu, to lewicy w polskim parlamencie po prostu nie ma.

I rzeczywiście Partia Razem okazuje się być jak najwierniejszym pieskiem Donalda Tuska, międzynarodowego kapitału, spekulacji finansowych i militaryzmu. Jest najgłośniejszym głosem poparcia wojny na Ukrainie, a gardłowaniem za SAFE odebrała sobie jakiekolwiek prawo mówienia o Palestynie, Iranie czy imperializmie USA. O tym jednak za chwilę.

Przytoczmy najpierw słowa Adriana Zandberga, który korzy się przed władzą generałów jako jedynych, których należy słuchać w kwestii SAFE:

Wybór konkretnych projektów, programów i technologii to decyzja, która musi leżeć w rękach ekspertów. Mam alergię na posłów, którzy na sejmowym korytarzu udają generałów. Ja generałem nie jestem i nie będę udawał, że jest inaczej.

Niech pan Zandberg nie udaje, że jest generałem – wszystko w porządku! Ale czy w tym samym stopniu chciałby nie udawać ekonomisty, dewelopera czy dyrektora szpitala? Skoro kryterium ma być „wsłuchanie się w głosy ekspertów” to pan Zandberg powinien posłuchać właścicieli mieszkań i uznać, że na rynku mieszkaniowym problemem są zbyt niskie czynsze i zbyt wiele praw lokatorów. W ochronie zdrowia – słuchać dyrektorów i prezesów oraz uznać, że mamy zbyt wiele nierentownych placówek, szczególnie w mniej istotnej, prowincjonalnej Polsce. Przykłady możemy mnożyć.

Ale pan Zandberg to dziwne zwierzę – krytykuje rząd i kapitalizm tylko do tego momentu, w którym ta krytyka jest absolutnie najbardziej potrzebna – a wówczas zamienia się w największego zwolennika wzrostu zadłużenia proponowanego przez Donalda Tuska. Właśnie w tym momencie, w którym potrzebny jest choćby jeden głos w debacie publicznej przeciwko wszelkim dotacjom dla spekulantów zbrojeniowych – wtedy Partia Razem nawet nie milczy, tylko jednym głosem woła o jałmużnę dla kapitalistów, złożoną z pieniędzy robotników. Co otrzyma robotnik w zamian? Zwolnienie z pracy, choroby układu oddechowego, demontaż usług publicznych, zniszczenie środowiska. Ale za to będzie wiedzieć, że dzięki Razem jakieś dziecko na drugim końcu świata zostało zbombardowane przez uzbrojenie, w którego skład wchodzą polskie komponenty.

Po wecie prezydenckim w kąt poszły wszystkie resztki „lewicowości”. Zandberg żali się teraz w mediach społecznościowych:

Weto pozbawione racjonalnego uzasadnienia. Po co? Co ma w praktyce spowodować?

Partyjna wojenka okazała się dla prezydenta ważniejsza od polskiego przemysłu obronnego. Opinia betonu, którego nic poza partyjną wojenką nie interesuje – ważniejsza od tego, co uważa dowództwo armii.

To niesamowite, że Zandberg tak bardzo uwierzył właśnie w narrację o „partyjnej wojence”, że tylko przez pryzmat tego zagadnienia potrafi patrzeć na rzeczywistość polityczną. Teraz zawodzi głosem przypominającym nie lewicowego reformistę, ale raczej Szymona Hołownię. Pozostaje czekać, kiedy panowie spotkają się, by wspólnie lamentować nad „duopolem”, który zasłania wszystkim Polakom ostateczną świętość, czyli polską konstytucję i dowództwo polskiej armii.

I dalej:

To jest szansa dla Polski, szansa rozwojowa i powiem szczerze, smuci mnie, kiedy widzę, że taką szansę marnujemy przez to, że dla znacznej części klasy politycznej najważniejsze jest to, żeby można było rozkręcić jeszcze większą awanturę.

I znowu ta sama śpiewka. Szansa na co, panie Zandberg? Na zwolnienia grupowe i jeszcze szybszy upadek polskiego przemysłu? Zapomniał pan, że nie tylko komuniści mają możliwość zajrzenia do danych GUS-u i podręczników ekonomii politycznej. Lenistwo nie może być argumentem w dyskusji.

W tej samej wypowiedzi Zandberg kolejny raz przytoczył argument moralny pt. „a co z obronnością naszego kraju”? Pozostaje nam się dziwić, że człowiek, który nie do końca ufa kapitalistom w kwestii mieszkań i ochrony zdrowia, decyduje się oddać kapitalistom do dyspozycji nasze własne życie bez mrugnięcia okiem. Partia Razem myśli, że stoi po stronie „rozsądku” i „pragmatycznej” polityki, a w rzeczywistości – wspiera klasę kapitalistów i generałów przeciwko robotnikom.

Tradycyjnie w przepaść oportunizmu za partyjnym kolegą musiał wskoczyć samozwańczy „socjalista”, Maciej Konieczny. Według niego Nawrocki zawetował „interes Polski”. Od „socjalisty”„ chyba możemy wymagać, żeby znał chociażby podstawy marksistowskiej nauki ekonomicznej? Czekamy zatem na wyjaśnienie, jak kradzież publicznych pieniędzy i przekazanie ich w ręce przemysłu, który według wszystkich znaków na niebie i ziemi nie rozwija gospodarki, ale za to zwalnia grupowo robotników i zamyka zakłady, jest w jakiś sposób „socjalistyczna”. Na marginesie dodajmy, że jeśli ktoś jeszcze szuka powodu, dla którego my nazywamy się komunistami, a nie socjalistami, to właśnie po to, by odróżnić się od takich „lewicowych” przyjaciół.

Oportunizm Razem idzie w parze z najbardziej absurdalnym utopizmem. Przed wetem prezydenta Razem myślało, że rozbiło bank, proponując „trzecią drogę”. O co chodziło? Bynajmniej nie o to, żeby – co było jedynym słusznym krokiem – jednoznacznie wystąpić przeciwko każdemu atakowi na poziom życia robotnika. Nie, oto Zandberg w końcu znalazł uzasadnienie dla swoich pustych sloganów o „atomie i krzemie” z czasów kampanii prezydenckiej. Konieczny odkrył za kolegę wszystkie karty:

Poniedziałkowe spotkanie rządu i prezydenta w sprawie SAFE pokazuje, jak bardzo wojna PiS z KO odbywa się kosztem naszego bezpieczeństwa. Niestety, obie strony nie potrafią się dogadać.

Tymczasem my jako Razem proponujemy ścieżkę środka – europejski SAFE wydajmy na armię, środki z NBP na ambitny program rozwoju energetyki jądrowej. Zamiast kłótni POPiSu bezpieczna Polska z nowoczesną armią i tanią, czystą energią!

Niesamowite! Razem jest jak człowiek, który obiecuje obronić cię przed atakiem dwóch zbirów w ciemnym zaułku, po czym… dogaduje się, że cię wspólnie pobiją i okradną, ale łup podzielą między siebie pod warunkiem, że wydadzą twoje środki „ambitnie”. Oto, co znaczy reformistyczna sztuka kompromisu w praktyce. Jakże gorzko brzmi komentarz samego Koniecznego, który z weta prezydenta zrozumiał tyle, że „w zastraszającym tempie głupieje nam prawica”. Mówicie o sobie, towarzyszu Konieczny?

Trzeba przyznać, że niewiele oczekiwaliśmy od naszych rodzimych reformistów, a i tak się zawiedliśmy. Czy może być jeszcze gorzej? Otóż może. Różowa „lewica” z Razem pokazuje nie tylko pogardę dla polskiego pracownika, ale również dla ludobójstwa w Gazie i innych ofiar krwawych eskapad amerykańskiego imperializmu. Im bardziej Maciej Konieczny próbuje połączyć w swojej osobie rolę naczelnego zwolennika spekulacji zbrojeniowych z rolą „przyjaciela Palestyny”, tym bardziej zasługuje nie na zwykłą krytykę, ale jak największą pogardę. Pokazaliśmy już, jak wygląda polski przemysł zbrojeniowy i jego bezpośrednie powiązania z Izraelem i USA, w których obronie występuje teraz z wielką pompą Razem. Pozostaje wyciągnąć wnioski.

z32239271IBGMaciej Konieczny z flaga Palestyny w Sejmie 9 wrz
Poseł Maciej Konieczny chciałby, żeby „socjalistą” nazywać kogoś, kto pojawia się w polskim parlamencie w kefiji, a jednocześnie oburza się na brak poparcia dla polskiej zbrojeniówki, stanowiącej podwykonawcę dla machiny wojennej Izraela. Jest na to lepsze określenie – „ordynarny hipokryta” / Sejm RP

Przetłumaczmy naszym kolegom reformistom istotę ich obecnej pozycji w sprawie SAFE tak, żeby nie pozostawić żadnych wątpliwości: stoicie murem za wsparciem dla izraelskiego przemysłu zbrojeniowego, za zwiększeniem produkcji rakiet Spike spadających na głowy dzieci w Gazie, za dotacjami dla Nitrochemu produkującego trotyl, który niszczy szkoły i szpitale w Iranie oraz zanieczyszcza polskie środowisko, dla produkcji komponentów do śmigłowców niszczących obozy dla uchodźców w Libanie, za zaminowaniem polskiej granicy i wysadzaniem w powietrze uchodźców i cywili, za niszczeniem ochrony zdrowia, za likwidacją zakładów i zwalnianiem pracowników, za eksplozjami w fabrykach amunicji, za dotacjami dla bogatych spekulantów i rządowych kacyków. Nie ma innej twarzy polskiej zbrojeniówki – bo to właśnie się opłaca i będzie się opłacać jeszcze bardziej, gdy sypniecie nieswoim groszem pod nogi swoich panów kapitalistów.

Chcecie dyskutować? Dyskutujmy, ale wykonajcie choćby połowę tej pracy, którą zaprezentowaliśmy w niniejszym artykule. Przekonajcie kogokolwiek, że polska zbrojeniówka wygląda inaczej. Z chęcią zobaczymy, jak zamiast produkcji tanich sloganów i frazesów siłujecie się z twardymi danymi i prostymi faktami. Nie wyjdziecie na mądrzejszych, ale przynajmniej nie będzie wam można zarzucić najbardziej ohydnej hipokryzji. Jeśli tak odważnie „stoicie po stronie pracowników” – to pokażcie to w praktyce. Nie ma lepszej okazji niż ten największy atak na klasę pracującą od lat. Do roboty!

Co dalej?

Podsumujmy. Wsparcie dla jakiegokolwiek finansowania polskiej zbrojeniówki będzie oznaczać wsparcie dla przemysłu, który już dzisiaj:

  1. Marnotrawi absolutnie wszystkie dotacje i instrumenty finansowe,
  2. Jest w ogromnym stopniu dotknięty korupcją, nepotyzmem i notorycznym łamaniem praw pracowniczych, co konsekwentnie się tuszuje,
  3. Prowadzi do spadku produkcji przemysłowej, na której pasożytuje,
  4. Zwalnia masowo pracowników swoich zakładów, likwiduje miejsca pracy i nie wypłaca wynagrodzeń,
  5. Wykupuje zakłady i grunty, które notorycznie zadłuża,
  6. Prowadzi do ogromnych kosztów zdrowotnych i środowiskowych, w tym doprowadzając do śmierci i obrażeń oraz pogłębiania kryzysu wodnego,
  7. Powoduje ogromną presję inflacyjną na usługi publiczne, które już dziś są w stanie permanentnego kryzysu, w efekcie wymuszając cięcia (szczególnie w ochronie zdrowia) i wzrost cen podstawowych produktów;
  8. Drenuje budżet i wydatki publiczne, odbierając środki podstawowym i potrzebnym segmentom sektora publicznego,
  9. Oznacza w praktyce napychanie kieszeni spekulantów i pośredników,
  10. Nie wpływa pozytywnie nawet na modernizację armii i realizację zamówień wojskowych,
  11. Oznacza w praktyce wsparcie dla francuskiego, niemieckiego, amerykańskiego i izraelskiego przemysłu zbrojeniowego, dla których Polska jest podwykonawcą,
  12.  Jednoznacznie uwiązuje interes polskiego przemysłu z kontynuowaniem rzezi na Ukrainie, konfliktu w Gazie czy Iranie jako jedynymi możliwymi rynkami zbytu,
  13. Prowadzi do zwiększenia deficytu, wzmacniając potrzebę cięć i ataków na poziom życia klasy pracującej, jednocześnie ukrywając politykę zaciskania pasa pod demagogicznym hasłem „interesu narodowego”,
  14. Zwiększa zadłużenie państwa, przybliżając jego poziom do konstytucyjnego limitu 60 proc. PKB, pomimo stosowania fikcyjnych mechanizmów ukrywania długu w funduszach pozabudżetowych, które same w sobie są tykającą bombą dla polskiej gospodarki,
  15. Już dziś bezpośrednio zagraża zdrowiu i życiu także osób niezwiązanych bezpośrednio ze zbrojeniówką, powodując wypadki i zniszczenia budynków mieszkalnych i pojazdów; obietnica budowy Tarczy Wschód i stosowania min przeciwpiechotnych w ogromnym stopniu pogłębi ten problem.

Tak wygląda prawdziwy przedmiot dyskusji o SAFE. W obliczu tak jasnych i niezaprzeczalnych faktów musimy powiedzieć jasno i bez żadnych „trzecich dróg”:

  • Nie dla polityki militarnej! Precz ze zbrojeniami! Precz z wojną i imperializmem!
  • Nie dla żadnych pożyczek bez pytania robotników o zdanie!
  • Nie dla przerzucania kosztów spekulacji zbrojeniami na klasę pracującą!
  • Ręce precz od robotników! Nie będziemy ginąć w waszych wojnach!
  • Dzieci posłów i kapitalistów – na front!
  • Pełne wsparcie i solidarność ze strajkującymi robotnikami zakładów zbrojeniowych!
  • Mieszkania zamiast bomb! Edukacja zamiast czołgów! Jedzenie zamiast nabojów!

Wiemy, gdzie będziemy w następnych tygodniach. Zamiast ronić krokodyle łzy w Kanale Zero, jak nasi różowi reformiści, będziemy tam, gdzie ich nie spotkaliśmy – na strajkach w zakładach PGZ, na demonstracjach przeciwko agresji na Wenezuelę i Iran, na froncie walki klasowej przeciwko temu ogromnemu atakowi na poziom życia robotników. I mamy nadzieję, że spotkamy tam was. Nie ma lepszej okazji, żeby włączyć się w walkę o świat, w którym nie trzeba się będzie zastanawiać, który morderca dzieci jest dla nas lepszym partnerem gospodarczym. Wspólnie pozbędziemy się ich wszystkich.


Autor: Marcel Ostrowski